„analiza poetycka” vs. W.A.B

17 lutego, 2009 by

.

Kiedy zrozpaczony odmową z WL-u, błąkałem sie po bezdrożach bezsilności, kiedy pogrążałem się w lotnych piaskach najczarniejszych z czarnych mysli, nagle jakiś anioł schwycił mnie za rękę. wyciągnął mnie na słońce i zaczał powtarzać w rytm znanej mi skądś melodii:

– Nie daj się, ludzie niech sobie myślą, nie daj się z diabłem do piekła wyślą, nie daj się, warto być zawsze w życiu sobą! nie daj się…

Mijała wieczność a ja ciągle musiałem wsłuchiwać się w anielski hymn. Wiedziałem, że to sam Stwórca ma mi coś do powiedzenia. Jednak nie bardzo wiedziałem co. W końcu i aniołowi znudziła się ta upływająca wieczność ze śmiertelnikiem i dyskretnie podpowiedział mi na ucho, tak żeby żaden inny sługus niebiański nie zauwazył:

– W.A.B

Olśniło mnie! I nawet nie wiem dokładnie jak, a znalazłem się znów pomiędzy śmiertelnikami.
Bez zwłoki wygrzebałem adres majlowy do Pani Agnieszki Femiak – sekretarki z W.A.B i wysłałem do niej taki oto list:

wab-1.jpg

Nawet nie przyszło mi do głowy, że Pani Agnieszka tak szybko odpisze. A odpisała ładnie. Bo i „Szanowny Panie” i „z poważaniem” się znalazło:

wab-2.jpg

Przeczytawszy odpowiedź pomyślałem: „Skąd goście z W.A.B, w szczególności Pani Agnieszka, mogą wiedzieć, że wywalono mnie z pracy i nie mogę, z dyplomem doktora, nigdzie znaleźć pracy. Bez tytułu to i owszem, ale z dyplomem z UJ, to ja w naszym Urzędzie Pracy robie za dziwoląga, za kuriozum, które sobie wytykuja palcami kolejne urzędniczki. Każda mnie pociesza, ale ja dobrze wiem, co one sobie myslą. Że teraz doktory chodza podbijać kwity do kuronia. Kurwa! że nie mam na chleb a co dopiero na druki. Ale o tym ludzie z W.A.B nie mogli wiedzieć?”
Dlatego postanowiłem napisać prawdę. I napisałem:

wab-3.jpg

Odpowiedź Pani Agnieszki z W.A.B była identyczna jak poprzednio:

wab-4.jpg

Pomyślałem, że się niewiasta pomyliła i źle kliknęła myszką. To nie mogła być odpowiedź na moją prawdę. Napisałem zatem kolejny list, starając się szerzej nakreślić obraz nędzy w jaką popadłem:

wab-5.jpg

Po chwili Pani Agnieszka odpisała już w tonie bardziej ludzkim. Jakby mniej mechanicznie:

wab-6.jpg

„Co tu robić? Co teraz?” – biję się z myślami. Czytało się dwa tomy ekonomii Begg’a na egzamin kiedyś tam. Słuchałem też ostatnio radio i cos tam o kryzysie usłyszałem. Ale przecież moja prawda, prawda o mojej biedzie była dla mnie i będzie zawsze bardziej prawdziwsza niż prawda wielkiego wydawnictwa. Dlatego postanowiłem się otworzyć. Jak u psychologia na kozetce. Zagrałem wabank:

wab-7.jpg

Kiedy kończyłem list – płakałem. Dla pewności, przed wysałaniem go Pani Agnieszce, przeczytałem go swojemu owczarkowi niemieckiemu testując nie tyle poziom wrażliwości wilczura, ale jakość ładunku emocjonalnego mojego wyznania. Pies się rozbeczał a ja klinkąłem „ENTER”. Miałem pewność, że rozczulę swoją dolą każdą kobietę, każdego wydawcę. Nigdy bym nie przypuszczał, że katolik katolikowi, że Polak Polakowi może po takim wyznaniu odpisać, to co mi Pani Agnieszka z W.A.B – tym razem już bez żadnego: „szanowny panie” czy „z poważaniem” -:

wab-8.jpg

Zanurzam się w otchłani. Idę w czerń najczarniejszą z czarnych. Zmieniam się w punkt bez wartości.

de profundis…

Kategoria: Bez kategorii | 16 komentarzy »

„analiza poetycka” vs. Wydawnictwo Literackie

17 lutego, 2009 by

Pan

MAREK TROJANOWSKI

Szanowny Panie,

Odsyłam do strony www.wydawnictwoliterackie.pl

Istnieje tam od lat stosowny regulamin współpracy z potencjalnymi autorami.

Ale podczytałem Pana propozycję i obawiam się, że trudno będzie o nasze uznanie, nawet jeśli Pan przyśle wydruk całości.

Z poważaniem

Krzysztof Lisowski

wl.jpg
—————————————————————————————

Ps.

nie wiem, co powiedzieć. jest mi smutno i w ogóle jakoś tak nieswojo. Nie będzie NIKE, Paszportu, ba! nawet drewnianej deseczki czy dyplomiku. Teraz pozostało mi tylko samobójstwo i sława po śmierci! Żegnaj świecie! Drżyjcie zaświaty! Nadchodzę

Ps. 2

ale oni długo pracują. tyrają po nocach by to wszystko ogarnąć, te setki manuskryptów.

Kategoria: Bez kategorii | 3 komentarze »

Jacek Dehnel, Brzytwa okamgnienia. Uniwersalna prognoza pogody

16 lutego, 2009 by

.

Wydawać by się mogło, że zarówno Marzena Słupkowska, Jarosław Kret czy ten grubas z POLSATU to jedyni możliwi prezenterzy pogody. Że nikt nie jest w stanie ich zastąpić w przekazywaniu milionowej publice nowinek na temat nadchodzącej nocy i kolejnego dnia. Prawdopodobnie, pewni swoich posad, mogliby bez obaw o swoje zawodowe i finansowe jutro tak sobie żyć beztrosko, gdyby nie Jacek Dehnel.

Jak wiadomo młody geniusz poezji polskiej, ostatnio przerzucił się na zajęcia bardziej dochodowe niż produkcja tomików poetyckich, które ostatecznie kończyły na dolnych półkach tanich księgarń. A mianowicie: zaczął pisać książki i co najważniejsze pomału, acz systematycznie zaczął przenikać do telewizji. Można go oglądać co jakiś czas w odcinkowym tokszoł pt. Łosskot. Kto widział choćby jeden z odcinków tej polskiej telenoweli, wie, że Jacek Dehnel nie mając rozpisanych w scenariuszu dłuższych kwestii, nie mówi zbyt wiele, ale za to bardzo ładnie się uśmiecha i bardzo naturalnie się zachowuje co przed obiektywem kamery nie jest wcale takie łatwe. Innymi słowy: w wachlarzu zdolności Jacka, aktorstwo stoi tuż po jego talentach poetyckich, prozatorskich, malarskich, oratorskich, krawieckich i kulinarnych.

Właściwie jest to tylko kwestią czasu, zanim któryś z łowców głów z Woronicza, dorwie się do tomiku Jacka Dehnela Brzytwa okamgnienia, by w okamgnieniu aktor Dehnel z niszowego Łoskotu błyskawicznie awansował na głównego prezentera pogody w TVP. Mając swoje pięć minut w czasie najwyższej oglądalności mógłby wiele zdziałać dla przeciętnego widza, a i sama TVP mogłaby się pochwalić realizacją założeń misji, którą ma wpisaną w statut. Zamiast drętwego: Od wschodu do Polski napływa arktyczne powietrze. Temperatura od minus 8 stopni w Gorzowie, minus 6 na Pomorzu i aż do minus 21 w Suwałkach, w milionach odbiorników pobrzmiewałoby:

Zaczęli sezon grzewczy na parterze wisi stosowna
kartka. Dla nas żadna to nowina

(sezon grzewczy [6-10. X])

O obfitych opadach śniegu i o tym, że zima jak co roku i tym razem zaskoczyła polskich drogowców, Jacek Dehnel opowiedziałby milionom przed telewizorami tak:

W dole delta kaniony w płaskowyżach bieli
odsłaniają czarnoziem asfaltu

(szerokie okna [28.II])

Jacek Dehnel jak żaden inny prezenter pogody, ani nawet jak wszyscy prezenterzy razem wzięci, potrafiłby oddać uroki pierwszych dni późnomarcowej wiosny. Przeczytałby z promptera uprzednio przygotowany tekst:

Topnieje. Nieba widać więcej niż zazwyczaj, w
górze tyle, co zwykle, na dole bonusy: ogromne
składy ciekłych, niebieskawych luster

(odwilż [30.III.])

Po tych słowach redakcyjny telefon dosłownie urywałby się. Tysiące pytań i wątpliwości: Co to jest ciekłe, niebieskawe lustro? huczałoby tak doniośle, że pół godziny po wyemitowaniu tego odcinka pogody, w którym Jacek Dehnel zapowiadał nadejście wiosny, prezes TVP zdyscyplinowałby pisemnym upomnieniem swojego podwładnego. Dlatego już następnego dnia, o stałej porze, ubrany w ładny garnitur prezenter pogody ogłosiłby:

Dookoła,
rozkuta z lodów, trawa strzępiasta, raz ubita, raz
grząska, anarchia roztopów: czubki drzew ponad
wodą, migracje gryzoni, bezładny pęd obłoków. W
lasach resztki śniegu bieleją

(odwilż [30.III])

Jako etatowy pracownik TVP, Jacek Dehnel pewnie odbywałby służbowe podróże do USA. Każdy z telewizji przecież przynajmniej raz był w Stanach. O tej wizycie, w trakcie której zapoznałby się z najnowszymi wynalazkami techniki prognozowania pogody, opowiedziałby z takimi emocjami w głosie, których mógł mu sam Mariusz Max Kolonko tylko pozazdrościć. Uprzednio przygotowaną notę:

lot AE60 z Michigan to pole
rudej spalonej ziemi, obsiane w krąg złomem

(kompleta [9.V. 6. VI])

przeczytałby tak, jak to sobie rozpisał w scenariuszu:

lot [! Albo nawet !!, żeby nie było wątpliwości, że to był lot a nie podróż autobusem czy PKP] A [przerwa] E [przerwa] 60 [ton głosu jak u Kraśko] z Michigan [potrenować amerykańskie czi i to charakterystyczne a, które zmienia się w e. Miczigen powtórzyć w drodze z pracy do domu i przed snem) to pole [zawieszenie głosu, jak u Maxa, gdy mówił pustynia Mohawe], rudej [wymawiając pomyśl o Kasi Dowbor, która dyga teraz w redakcjach dziecięcych, żebyś wiedział co cię czeka, jak źle wymówisz!!] spalonej [ tu można pokusić się o taka interpretację, jaką zaproponował Maciek Stuhr parodiując Maxa. Ważne: odcinek przejrzeć dziesięć razy przed snem i dwa tuż po przebudzeniu. Jest na jutiubie!] ziemi [tu złapać oddech i wykonać charakterystyczne złożenie rąk w modlitwę. Sprawdzić skórki i paznokcie. Pożyczyć złote spinki do mankietów. Program na żywo! ] obsiane w krąg złomem [powiedzieć szybko, tak szybko żeby nikt się nie skapnął. Żeby nie zdarzyła się powtórka z nieszczęsnymi lustrami, po których wylądowałem na dywaniku u prezia]

Wszystkie datowane wiersze Jacka Dehnela z tomiku Brzytwa okamgnienia, mają charakter meteorologiczny. W lutym w wierszach Dehnela pada śnieg, w marcu przychodzi wiosna, a latem, kiedy są wakacje poeta Dehnel lata do USA. Dlatego nie powinno dziwić, że jest to tylko kwestia czasu, kiedy jeden z jego siedemdziesięciu dziewięciu ukrytych talentów zawiedzie go na najwyższe z pięter wieżowca przy Woronicza. Nie sadzę jednak, by Jacek Dehnel zechciał ograniczyć się do tych kilku chwil, po głównym wydaniu Wiadomości. Po wykoszeniu Horczyczaków, Kretów i Słupkowskich nadejdzie pora na samego prezesa.

Poeta wie co zrobi. Jak zwykle wcześniej rozpisał sobie to zdarzenie w detalach, tak, żeby przypadkiem nic mu nie umknęło, gdy zabierze się do roboty.

Użyje staromodnego narzędzia z szafki dziadka brzytwę ze stali damasceńskiej, tak, żeby spece z laboratorium policyjnego się nie zorientowali. (Całe szczęście, że policja zdradza swój warsztat pracy w CSI, kryminalne zagadki Miami). Następnie zakradnie się, sieknie jednym płynnym ruchem i spoglądając na litry krwi, tryskającej w rytmie skurczu serca powie: właśnie tędy przeszła brzytwa okamgnienia . Po odcięciu uszu, nosa, rąk, nóg i innych członków pana prezesa, przyglądając się ponuro walającemu się po posadzce korpusikowi zupełnie obojętnie wyzna: Brzytwa okamgnienia odcina to, co zbędne.
A kiedy go złapią bo o tym, że zostanie schwytany przez rudowłosego policjanta z CSI, niejakiego Horeszjo Kejna, który zawsze wszystkich i tak złapie, choćby nie wiadomo co się działo kiedy zbombardują go miliardem pytań, kiedy wysoki sąd, zanim ogłosi dożywocie zapyta: Czy oskarżony żałuje? odpowie: bez chwili i po chwili. A później, we Wronkach będzie: wielka woda i strach (na wróble) i ukryte paski(na pasiakach) z czego także, jako umysłowość genialna, zdaje sobie sprawę Jacek Dehnel.

Tomiczek Jacka Dehnela pt. Brzytwa okamgnienia należy uważnie studiować. Tu każdy znak ma znaczenie, każda data i dedykacja. O pożytkach z tych studiów nie muszę zapewniać. Mało kto wie, że amerykański suseł widzący swój cień, ma mniejszą liczbę trafień niż chociażby Dehnelowska Odwilż. Każdy czytelnik będzie mógł sam przetestować trafność prognoz Dehnela w kwestii zmiany pogody już 30.III tego roku. Gwarantuję, że tego dnia zresztą jak co roku, dzionek będzie wyglądał tak:

Topnieje. Nieba widać więcej niż zazwyczaj, w
górze tyle, co zwykle, na dole bonusy: ogromne
składy ciekłych, niebieskawych luster

nu-zajc-nu-pagadi.jpg

Kategoria: Bez kategorii | 11 komentarzy »

Paweł Kozioł, Wpław. Eksperyment X

13 lutego, 2009 by

.

Kolumbijscy przemytnicy narkotyków opanowali wiele technik robienia w tak zwanego chuja celników, policję a nawet agentów FBI, którzy o czym wiadomo z filmów amerykańskich są nie do zrobienia w chuja, choćby nie wiadomo jaki ów chuj miałby być.

Redaktorzy wydawnictw literackich, podobnie jak gangsterzy z Ameryki Południowej, także prześcigają się w wynajdowaniu coraz to nowych metod w przemycaniu do oficjalnej rzeczywistości literackiej, salcesonu, który przypadkowo pocięty został na wersy i strofy. Te metody nie są jeszcze tak wyrafinowane, jak te stosowane przez przemytników koki, ale wyraźnie widać gwałtowną tendencję o charakterze nie tyle ewolucyjnym, co rewolucyjnym w zakresie redakcyjnej metodologii wciskania czytelnikom gówna.

Przykładem może tu być dzieło pt. Wpław, które napisał pospolity i skromny, żerujący gdzieś na uboczach wielkiej areny poezji, poeta z rocznika siedemdziesiąt i coś tam o imieniu Paweł i nazwisku Kozioł. Razem: Paweł Kozioł.

————————————————————————————-

Paweł Kozioł, jak na prawdziwego Polaka przystało, zapragnął być wielki, sławny, mieć dużo pieniędzy, kupić mieszkanie w Warszawie, mieć fajną dupeczkę (najlepiej blond i okularkach w typie metroseksualnym), zapragnął udzielać wywiady w Tel-Awiwie, w Izraelu i chuj wie jeszcze gdzie. Ale w głębi ducha najbardziej pragnął zostać gwiazdą portalu nieszuflada.pl i żeby jego zdjęcie koniecznie znalazło się na stronce literackie.pl.

Wiedział, że najkrótszą drogą do osiągnięcia celu byłoby małżeństwo z Justyną Bargielską. Po ślubie, który pewnie zostałby obfotografowany z każdej strony przez Gilinga, a który bez wątpienia byłby bezpośrednio transmitowany w Internecie na wszystkich stronach przyszłej żoneczki i co oczywiste na stronie Biura Literackiego, Paweł Kozioł nie musiałby już nic robić. Zapewne oblubienica, wierna słowom przysięgi sama pisałaby za ukochanego wiersze o rozwielitkach, rekinach, o niepokojącym spadku liczebności populacji krylu w okolicach okołobiegunowych i wpływu tego zjawiska na zwyczaje godowe wala błękitnego. Powstała dzięki temu poezja zaangażowana zapewniłaby Pawłowi nagrodę Nobla. Żaden filmik i żadne staranie Al Gorea o dobro naturalnego środowiska nie mogłoby się zmierzyć z tekstami płynącymi z kochającego, świeżo poślubionego serca.

Ale Paweł Kozioł nie idzie na łatwiznę. Jest poetą, poetą z rocznika siedemdziesiąt i coś tam. Szlachetny niczym flaszka Russkoje Igristoje rozprawiczana tylko na przełomie mileniów, Paweł okazał się nosić w sobie coś unikalnego, w przypadku polskich poetów tak rzadkiego jak niedźwiadek panda na orbicie okołoziemskiej. A mianowicie Paweł Kozioł miał ambicję.

Skoro już zdecydował się zostać poetą, to chciał to zrobić sam, bez niczyjej pomocy a zwłaszcza żony. Jak postanowił, tak tez uczynił. Ani się spostrzegł jak okazało się, że w ciągu kilku chwil zapełnił kilkanaście stron A4 wierszami. Teraz należało je tylko obwieścić światu, pokazać ludziom i aniołom, samemu stwórcy by mógł kontemplować dzieło swego dwunożnego stworzenia.

Dzięki pewnemu wydawcy, dzieło Pawła Kozła ujrzało światło dzienne. Zaległo w internetowych księgarenkach, znalazło się w sortymencie Taniej Książki. Paweł Kozioł był dumny. Musiał być. Kiedy zgodnie z umową wydawniczą redakcja przysłała na adres domowy Pawła egzemplarze autorskie, ten się bardzo ucieszył. Wreszcie mógł się pochwalić nie tyle kolegom i koleżankom, gdyż oni wiedzieli o jego marzeniach, ale przed rodzicami, którzy nie mieli pojęcia, że w miłosnym uniesieniu kilkadziesiąt lat temu spłodzili wieszcza.

Z wypiekami na twarzy i wpisaną w nią niepewnością oczekiwał reakcji mamy. Nerwowo skubiąc skórki przy paznokciach spoglądał na ojca. Co tam Winiarski i jego befsztyki, które nazywa eufemistycznie recenzjami! Tylko oni się liczą! Ich zdanie! myślał w duchu.
Dlatego łatwo wyobrazić sobie to rozczarowanie, gdy z ust rodzicieli niemalże w tym samym czasie padło pytanie:
– Synku, ładne te próbki tapet. Z jakiego sklepu ci to przysłali? Czy dają rabaty?

————————————————————————————————————

Tomik Wpław Pawła Kozła, to zbiór tekstów pozbawionych treści w sensie klasycznym.
Brak tu nie tylko przyczyny i skutku, ale przede wszystkim treści, która wypełniałaby przestrzeń między przyczyną i skutkiem, nadając sens temu związkowi. Innymi słowy: w tekstach Pawła Kozła są zdania, wyrazy, znaki i także te interpunkcyjne, ale poza tym nie ma nic. Przykład:

plączę sieć płaszcza, kable, szwy spójnego
słowa. i wiersz się sprzęga. zapraszam na pisk
mikrofony jak mewy: jeden, dwa, trzy. próba

(now my charms)

Przykład drugi:

ultramaryna, ultradźwięki w czaszce. więc cała siłą, co została, jest
niczyja: zwykłe, twarde promieniowanie tła
na wspólnym zdjęciu. zwykła radioaktywność

(and what strength)

I ostatni bajszpil:

wiersz jest najsłabszy. lepiony z tej samej
wegetatywnej wody. zaplątany wokół
klifów, nadbrzeży, marginesów. szum

(chich is most)

Prawda o dziełach zawartych w tomiku Wpław nie wymaga żadnego odkrycia. Powyższe przykłady nie były wyselekcjonowane intencjonalnie, by służyły za argument w dowodzie, którego konkluzja równałaby się owej złej intencji. Cytaty pochodzą z 3. pierwszych, kolejnych tekstów Pawła Kozła, opublikowanych w tomiku.

I zdaje się, że ta prawda o dziełach poety Kozła, nie była obca wydawcy, który zdecydował się wydać Wpław.

Każdy wydawca książek marzy o autorze, który napisze dla niego, dla siebie, dla milionowego zysku książkę o Harrym Potterze. Dlatego w redakcjach zatrudniani są specjaliści, którzy potrafią w zalewie manuskryptów odnaleźć to jedno dzieło, tego jednego autora tego rodzynka, którego drukowanie zapewni pełną michę dziesiątemu pokoleniu spadkobierców praw autorskich. Ze specjalistami bywa jednak tak, że:

1) jako spece mają ustaloną markę w środowisku
2) znają innych środowiskowych speców

W pierwszym przypadku oddziałują jako autorytety, które olewając wszelkie prawa estetyki, sensu itp., mocą swojego sakramentalnego TAK, starają się uczynić z osła orła. W drugim, występują jako kumple kumpli. A najlepszy kumpel, to ten, który zawsze pomoże albo zrobi coś fajnego, miłego na zasadzie: ty mi i moim kumplom, to ja tobie i twoim. Obowiązuje tu żelazne prawo konsekwencji: kumpel mojego kumpla jest moim kumplem. Łatwo sobie wyobrazić, że i w tym przypadku osłom dorabiane są skrzydła, a tylko dlatego, że osioł lub oślica nagle zechciał wzbić się w przestworza i potrzebował skrzydeł. Masz jakieś na stanie? Druknij, co ci szkodzi. Nie bądź chujem Romek i tak odchodzisz

Ale z tomikiem Wpław Pawła Kozła było inaczej. Nie wydaje się być prawdopodobne, że któryś z redaktorów mógł parafować druk tekstów bez treści. Przeciwnie. Traktując tomik Wpław integralnie to znaczy: sumując wytłuszczenia tekstów, studiując dokładnie obrazki, odszyfrowując anglojęzyczne wstawki, okazuje się że mamy do czynienia z wielkim wydawniczym eksperymencie.

Ale powróćmy na chwilę do kolumbijskich karteli kokainowych i ich metod upowszechniania białego proszku na całym świecie. Okazuje się, że narkotykowi bosowie fundują szkoły, w których biedne dzieciaki na parówkach cielęcych uczą się połykania prezerwatyw wypełnionych koką. Parówa połykana jest w całości a następnie wyciągana z gardła. Osobliwa technika może być w pewnych okolicznościach zabawna, jednak dla ubogich dzieci z Ameryki Południowej tego rodzaju lekcje są jedyną okazją by zobaczyć kiełbasę z bliska. Inne techniki polegają na połykaniu dużych czopków wypełnionych białym proszkiem, zbudowanych ze specjalnych polimerów, które mają się nie rozpuszczać w kwaśnym środowisku żołądka. Mają bo technologia jeszcze wymaga dopracowania.

Wydawca Wpław także postanowił przetestować najrozmaitsze metody przemycenia tej wyjątkowej, beztreściowej papki tekstu, do świadomości estetycznej. Zamiast parówek i czopków używa: obrazków i wytłuszczenia pewnych części tekstu.

Oto rysunek:
Kwadracik, na nim helikopter, dwie pary babskich cycków ( jedne sflaczałe inne sterczące i jędrne), pięć kresek, jakaś konstrukcja przypominająca krzesło i pan stojący za nią. W tle coś tam jeszcze jest, co wymaga dopiero hermetycznego koniecznie odkrycia, bo to coś uległo przesłonięciu jako zasłonięciu, stąd należy uciec się do deskrypcji Heideggerowskiej o prześwicie i o aletei i o innych uczonych rzeczach.
Rysunek nie jest osamotniony w tym zawirowaniu znaczeniowym, które wywołać musi w każdym umyśle taka dawka piktorealnych cycków. Obok rysuneczku jak byk stoi dzieło Kozłowe, pt. And my ending, które koniecznie domaga się cytatu:

ja niby wiem: to znowu dykcja zatrzaśniętych
drzwi, grodzi za którymi zaznaczają ostatni
błękitny pasek w miejscu, gdzie tamta twarda ściana
Wyjątkowe, niczym megaczopki z kokainą wypłukiwane na durszlaku z kupy pod bieżącą wodą, są także elementy wytłuszczone w tekście.Przykład:

W tekście Gentile breath Paweł Kozioł nie zaskakuje pisząc:

sunie się taśma. spuszcza niebo wszystkie
tytuły burzy. potem rozwija twój
lekki oddech, lokuje cały alfabet raf

Zaskakuje jednak redaktor, który wyróżnił w tekście:

źle toczą się puste
rozmowy jak kalorie alkoholu

i:

no zobacz

oraz:

tak się odpływa

Połączenie tych pogrubionych fragmentów w całość skutkuje bardzo dobrym i sensownym tekstem w odniesieniu nie tylko do tego konkretnego wiersza, z którego pochodzą te wytłuszczenia, ale do całego tomiku.

Ten eksperyment wydawcy na czytelniku i jego świadomości estetycznej, na żywym poecie jest przede wszystkim eksperymentem na samym sobie. Wydawca, zwłaszcza poezji, ma doskonałe rozeznanie w rynku. Wie, że nie będzie w stanie konkurować z zalewem garmażeryjnym: z salcesonami i kaszankami w miękkich okładkach z klejonymi grzbietami, które płyną szerokim strumieniem z wrocławskiego Biura Literackiego, które specjalizuje się w asenizacyjnych połowach.

Nie ma szans na konkurencję, ponieważ na rynku jest brak poetów. Nie ma kogo wydawać, nie ma towaru, którym można konkurować w bitwie o statystycznego Polaka, który jak wiadomo czyta 1,34 książki / rok.
Z tego powodu wydawca zdecydował się na innowacyjny zabieg: na redaktorskie usensownienie dzieła. Treść albo przynajmniej jakąś fatamorganę treści czytelnik odnajdzie w redakcyjnych wyróżnieniach oraz w rysunkach, które mogą robić za artystyczną tapetę ścienną w pokojach zbuntowanych nastolatek z poprzekłuwanymi uszami, w których dźwigają odwrócone krzyżyki. To one sprawiają, że wyrzut sumienia po wyrzuceniu kilkunastu złotych na dzieło Wpław jest jakby mniejszy. Ale tylko ciut, ciut.

nu-zajc-nu-pagadi.jpg

Kategoria: Bez kategorii | 25 komentarzy »

trojanowski, trjoanowski, trojanwoski, torjanowski, trojnaowski, trojanoswki

12 lutego, 2009 by

.

To się musiało kiedyś stać. Okazało się, że i ja uległem pokusie wdania tomiku / tomiczku / tomiczusia poetyckiego. Ustalając warunki z Wydawnictwem Literackim (stąd moje milczenie w ostatnich dniach) oprócz wysokiego honorarium dla siebie, wynegocjowałem także coś dla was. Otóż będziecie mogli za darmo zapoznać się z moim debiutem w roli poety.

Wystarczy tu kliknąć: analiza-poetycka.pdf

Kategoria: Bez kategorii | 20 komentarzy »

Radosław Kobierski Wiek rębny. Rębanie literatury. Pani Bieńczycka

11 lutego, 2009 by

Będąc ostatnio w Miejskiej Galerii Sztuki w Chorzowie i biorąc do ręki pocztówkę z reprodukcją obrazu ojca Wojciecha Kuczoka, malarza chorzowskiego, pytałam podstępnie jego kolegów malarzy:
– Czy bił? Czy naprawdę bił?
Koledzy potwierdzili prawdziwość zdań, całych sekwencji włożonych przez Wojciecha Kuczoka w literacką postać opresyjnego ojca, który stosował metody wychowawcze tak przecież umiłowane polskiej obyczajowości.
Ale nikt z nich nie potwierdził, że bił.

Biorę do ręki wspartą autorytetem wielkiego pisarza, debiutancką powieść Wiek Rębny Radosława Kobierskiego, chorzowskiego kolegi Wojciecha Kuczoka.
Wzięłam tylko dlatego, by po czytaniu wyjątkowo drewnianych tekstów o literaturze Radosława Kobierskiego na sieciowym BL , zrozumieć entuzjastycznie przyjęcie ubiegłoroczne tomiku Lacrimosa – lamencie poetyckim po śmierci ojca.
Jak widać, biblijny wymiar ojcostwa dla pisarzy tego regionu jest ważny.
Debiutancką powieść trzydziestoletni mieszkaniec śląskiej aglomeracji pisze realistycznie i rzetelnie, tak właśnie jakby rąbał drwa na podwórku wiejskiej, biednej i na dodatek wyjątkowo brzydkiej, postindustrialnej zagrody.
Robi to jednostajnie, miarowo, metodycznie jakby sadystycznie i beznamiętnie wymierzał czytelnikowi karę. Ten minorowy pejzaż odmalowany w powieści, ten nieciekawy zbiór postaci, ten wlokący się jak ból zęba nieznośny ciąg nudnych zdarzeń, to w sumie bardzo właściwy i prawdziwy dokument opisujący wchodzenie roczników siedemdziesiąt w świat dorosłych. I być może pisarz musiał to napisać. Natomiast wydać już nie musiał, gdyż powieść nie przeszła z jednego stanu w drugi. Zapis, to jeszcze nie twórczość, a rejestracja niekoniecznie musi być dziełem sztuki. Jeśli w konceptualizmie używa się ciągu fotografii, gdzie odpowiednie ich zestawienie daje nową jakość, śmietnik nieciekawego człowieka w nieciekawych czasach i sprawach nie może być sztuką.

Bardzo trudno mi pisać o twórczości śląskich artystów, gdyż niemal całe życie, oprócz okresu studiów spędziłam tutaj i coraz częściej ze zgrozą i niepokojem dochodzę do coraz radykalniejszych, wręcz faszystowskich wniosków.
Ten krótki (całe szczęście) zbiór składa się z 18 opowiadań, opisujących ludzi zwyczajnych, pospolitych i nieciekawych.
Jest taki rozdział zatytułowany Ołtarz Gandawski, który przeczytałam specjalnie trzy razy, by się dowiedzieć, dlaczego gandawski i dlaczego ołtarz.
Bianka jadąc pociągiem inicjuje akt kopulacyjny z przypadkowym pasażerem, niewidomym mężczyzną i opowiada to narratorowi, który jest jej chłopakiem. Chłopak w monologu stara się opisać stan ducha, jaki w nim nastaje po słowach dziewczyny.
Myślę, że te pozostałe rozdziały zbudował autor na podobnym chwycie artystycznym: zdarzenie, być może i ważne dla narratora i bolesne, wyjątkowe, dla czytelnika, który rozpaczliwie szuka powodów napisania tych zwierzeń, jest zwyczajnym nudziarstwem, identycznym, jak za chwilę zafunduje mi nie do uniknięcia spotkany sąsiad osiedlowy na spacerze z psem. Równie atrakcyjne są tematy bardziej wyraźnie, niż zdrada ukochanej. Np. opowiadanie Wera od porodów opisująca w końcu obiektywnie naprawdę wstrząsający dla każdego, kto obserwował przyjście na świat człowieka, moment. I tu znowu następuję coś niebywałego. Pisarz dobiera słowa właśnie nie te, określające ten, jak Pascal Quignard pisał – najgorszy moment z życia człowieka, a właśnie celuje we wszystko, co nie powinno być napisane. Tak, jakby to, co w akcie twórczym dążyło do szczytowania, zatrzymywało się na poziomie impotencji, skręcało w bok, nie trafiało do celu, umykało. Podobnie jest w opowiadaniu Babka(oczywiście obowiązkowa babcia roczników siedemdziesiąt) tym razem dotyczącym radosnego odejścia na zawsze. Również ten trudny przecież temat czyta się i chce się pozabijać wszystkie na świecie staruszki, by ich śmierci nigdy oczami pisarza nie oglądać.
I są, jak zwykle, koty
Są sceny naprawdę z założenia wyraźne głównie wiejskiego okropnego domu, picie wódki prostackie i ordynarne, popegeerowskie spustoszenia w ludziach i pejzażu. Ale, jak pisałam, wszystko napisane nie tyle nieporadnie, co beznamiętnie, martwo, niezobaczone, bez błyszczących iskier intelektu w opisie, w smaku aktu stwarzania, co natychmiast czytelnikowi się udziela.

Literatura śląska nie odpowie na pytanie, czy bicie dzieci zabija w dzieciństwie ich talent, czy wręcz przeciwnie. Może kiedyś miała takie ambicje, dzisiaj zostały zamazane wszelkie tropy, nie tylko autobiograficzne. Także i te wiodące do odpowiedzi na pytanie, dlaczego produktowi Kobierskiego – gdyż nie można go nazwać literaturą piękną – dano możliwość zaistnienia poprzez druk, autorowi o wyjątkowo nieartystycznej osobowości.
Trudno mi uwierzyć, że ten niewielki literacki talent przejdzie z wieku rębnego w wiek męski.

Kategoria: Bez kategorii | 25 komentarzy »

Mariusz Grzebalski, Pocałunek na wstecznym. liberate me ex inferis!

9 lutego, 2009 by

.
W szaleństwie proporcji, matematycznych obliczeń, na wskroś racjonalnych rachunków naprężeń i sił, w statyce, zawiera się ukryty lęk. Wewnętrzny stan psychiczny o nieznanym źródle i przedmiocie, ale na tyle silny, by zmusić architekta do wpisania Maszkarony w projekt linii prostych.

Z poezją, w szczególności polską poezją, jest trochę inaczej. Poezja jako architektonika ducha związana jest z szerokościami geograficznymi, z określonymi punktami na mapie. Wiadomo, że najlepsi poeci to ci z familoków górnego śląska, bo tam bida była i się pokolenie zbuntowało. Najgorsi są z wybrzeża, bo tam naród produkował solidarnościowców i na nic więcej sił duchowych nie wystarczyło. Jednak od zawsze wylęgarnią poetów był Kraków. Gdyby moje życie dało mi szansę wychowania się w Krakowie, między tamtejszymi gołębiami, drzewami, kamienicami; gdybym tylko mógł regularnie przez ostatnie 32 lata zmuszać najmniejszą cząstkę hemoglobiny by zapierdalała z prędkością światła po organizmie roznosząc krakowskie powietrze, wówczas na pewno bogowie olimpijscy i wszystkie muzy Hellady przemawiałyby do śmiertelników moimi ustami, a ja sam dzięki skrzydełkom u sandałów oszczędziłbym na komunikacji PKS, nie wspominając o nieśmiertelności, którą odziedziczyłbym w spadku po zdetronizowanym Hermesie.

Ale w niektórych miejscach bogowie odpowiedzialni za natchnienie poetyckie umieścili na straży bram weny poetyckiej przedziwne Maszkarony. Te bezlitosne bestie mają inne zadanie niż ich odpowiedniki architektoniczne. Maszkarony poetyckie mają odstraszać nie poetów bo jak wiadomo cały dywizjon pancerny generała Heinza Guderiana nie jest w stanie powstrzymać jednego, wychudzonego polskiego wieszcza, hodującego namiętnie prątki gruźlicy w płucach, który jak coś sobie postanowi, to nie ma zmiłuj się. O nie! Maszkarony poetyckie mają odstraszać czytelników od rozkochania się w łonie soczystej, wzruszającej, absolutnie mądrej poezji.

Ale ktoś mógłby zapytać: po co te maszkarony? Jaki jest sens odstraszania od poezji potencjalnych czytelników, skoro jak wskazuje doświadczenie empiryczne: żadna z dziedzin tak szybko nie przerabia zjadacza chleba w anioła, jak poezja?

I jak mawiają niemieccy klasycy, którzy przeżyli stalingradzki kocioł, a którzy nie zdążyli napisać swojej wersji doktora Faustusa: hier liegt sobaka begarben. Otóż gdyby nie poetyckie Maszkarony, każdy obywatel państwa znad Wisły, zamiast wypracowywać dochód narodowy brutto, szybowałby po nieboskłonie na anielskich skrzydłach, które niechybnie doprawiłaby mu najczystsza z najczystszych poezji. Gdyby nie Maszkarony poetyckie, nie powstałaby Solidarnosć, nie byłoby komuny, ani Katynia. Wajda nie nakręciłby swoich filmów a żadne z wydawnictw nie doczekałoby się skryptu z opisem relacji podróży pociągiem i o tym, dlaczego rynek w Smyrnie jest taki zajebisty, że jego blask przyćmiewa rynki krakowskie, opolskie, poznańskie, białołęckie, ludwikowskie, ługowskie, bobrownickie i chuj wie jeszcze jakie byle były polskie.

To Maszkarony poetyckie, z siłą anielskich mieczy strzegących bram Edenu przed ludzką pokusą nieśmiertelności, chronią Polaków od skrzydeł. I tylko pospolity umysł postrzega w tym obawę bogów przed uśpioną potęgą uczłowieczonej małpy, która mówi po polsku. Ale każda chwila głębszej refleksji kieruje sporadyczną, ale jednak myśl słowiańskiej małpy ku trosce stwórcy, który reglamentując dostęp do śnieżnobiałych skrzydeł wybawia od troski związanej z ich pielęgnacją i od nieprzyjemnego uczucia wynikającego z cyklicznego pierzenia się.

Dzięki maszkaronom poetyckim świat jest taki jaki jest. Jedni pracują, inni stoją, drudzy nie pracują a leżą, a trzeci pisząc uważają, że są lepsi niż pierwsi, drudzy a nawet niż ci, który tylko stoją.

Chwała zatem Maszkaronom poetyckim! Chwała im, bo gdyby nie one, żaden z nas nie zaznałby trudu stąpania po ziemi. Nikt, kto potrafi poprawnie powiedzieć: gżegżółka nie doświadczyłby uroku siły grawitacji, która zmusza plemniki do penetracji jak najgłębszych zakamarków kobiecego łona.

Chwała miejscu, które ich najwięcej gromadzi! Chwała współrzędnym: 510636 N / 170120 E! niech żyje mały punkt na mapie, który chroni nas przed zbawieniem!

W 2007 r., Maszkarony poetyckie zaryczały tak donośnie, że odgłos ich wycia rozlega się po dzień dzisiejszy pod strzechami najodleglejszych nawet lepianek, w których mówi się po polsku. Wydaje się to przeczyć prawu rozchodzenia się dźwięku w próżni, ale skądinąd wiadomo, że w kraju cudów, ojczyźnie Jezusa, kraju rodzinnym Matki Boskiej i Witta Stwosza, który jak wskazuje imię i nazwisko musiał być Polakiem, klasyczna fizyka zawodzi. Tu nie działa żadna geometria, żadna optyka. W tym kraju liczą się tylko cuda, a człowiek jest człowiekiem wówczas, gdy sprawnie je czyni i z precyzją odprawia czary.

Relacja naocznego świadka:

I widziałem bestię wychodzącą z wydawnictwa. Miała dziesięć rogów i siedem głów. W dłoniach stokilka stron manuskryptu, a na rogach jej było dziesięć diademów, na jej głowach imiona bluźniercze, wśród nich m.in.: Grzebalski, Mariusz Grzebalski [podkr. – moje] (Zez. 9. 19-7)

Ta sama ciekawość, która każdego dnia wiedzie mnie do piekła, podkusiła mnie, by odnaleźć owe imię. Co też bez zwłoki uczyniłem. Jeden telefon, drugi i trzeci. Za każdym razem pytam znajomych, którzy są bardziej obcykani w literaturze niż ja: Wiecie coś o Grzebalskim? Za każdym razem słyszę wymowne: Nie. Nic nie wiem. A kto to? Rolnik, technik, traktorzysta?.
Dopiero po kilku tygodniach odezwał się mój jak zwykle niezawodny przyjaciel z Moskiewskiego Instytutu Zjawisk Paranormalnych dr Witalij Stuhlpysk. Wysłał on priorytetem załącznik zapisany jako plik PDF (ci Rosjanie! Jak łatwo im przejść obojętnie nad rygorem praw autorskich!) o tytule: Pocałunek na wstecznym.

Znam Witalija nie od dziś. To sprawny wyga w świecie nauki. Syn biednej Rosjanki i majora Wehrmachtu Kastropa Stuhlpyska, który – jakby na przekór nazistom, rozkazom Himmlera i całej tej obłędnej ideologii uebermenscha szukał ciepła i pocieszenia w ramionach wroga, untermenscha, blondynki o imieniu Katarina, w trakcie oblężenia Stalingradu.

Mimo, że Witalij był mądrzejszy od wszystkich skostniałych profesorów stalinowskich, którzy habilitacje robili po tym, jak związali swoje życie prywatne z córkami dygnitarzy partyjnych, on nie zrobił kariery. Zszedł do wolnorynkowego podziemia naukowego, w którym robił za grube dolary ekspertyzy tekstów. Pracował dla tego, kto płaci. Olał etykę i wszystkie etosy, którymi nafaszerował mu głowę ojciec zanim zginął na zesłaniu w Archangielsku. Musiał przeżyć. Dlatego do lat 90. robił dla KGB, później dla GPU. Jego analizy sylwetek autorskich pod kątem badań stylometrycznych były zawsze wysoko cenione. Dosłownie i w przenośni – obojętnie, kto za nie płacił.

Ale do rzeczy. Skłamałbym, że załącznik przesłany przez Witalija przeczytałem z troską średniowiecznego magistra, studiującego dzieła pisane od deski do deski. Moja lekturę przerwał Maszkaron poetycki Gorgona, która zmieniła moje pióro w zielony, fosforyzujący jad, odcięty łeb z wężowym językiem podzielonym na pół, który ssyczy, ssssyczy. Maszkaron ten ujawnia swoje prawdziwe oblicze w tekście: Godzina dziewiąta. Oto ono:

Zielony masztowiec elewacji pręży
żagle okien pierwszym słońcu.
Mewy anten wszczęły na dachu
świetlny zgiełk, czeszą skrzydła
nad bocianim gniazdem klatki schodowej,
którąś ktoś opuszczał się w dół.
Ich pióra dają znaki lusterkiem?

Kiedy miałem nadzieję, że horror się kończy, że ów szkaradny monster jest tylko projekcją mojego chorego umysłu, że to co czytam nie istnieje, że to, co się dzieje nie istnieje naprawdę zjawiła się przed oczami dalsza część tekstu:

Lecz kim jest kobieta bez obaw
przemierza fale powodziowej trawy
pieniącej się czarno w korycie Warty
czyją jest posłanką i jakie niesie wieści?

Nie tylko to, co dobre szybko się kończy, ale także to co szkaradne, złe, co przerażające. Dlatego i wiersz, będący relacją z oblicza Maszkarona, urywa się nagle.

W takich chwilach każdy agnostyk i ateista przekonuje się o mocy i wszechpotędze stwórcy. Świadomość, że wystarczyłby jeden wers więcej, by mózg czytelnika zmienił się w galaretkę, ugnie każde kolano. Nawet tej nogi, którą wieńczy czarny kopyt, obeznany z najtajniejszym duktem piekieł.

Cóż mi teraz pozostało? Nic, ponad misję! Jestem Szymonem, który schodzi ze swego słupa; jestem polskim Chrystusem, który brechą wyciąga każdy gwóźdź zagradzający drogę ku wolności; jestem młotem na czarownice, którego rozmiar, ciężar i sposób działania zawarto w tajemnym malleus meleficarum jestem tym, który ostrzega was przed Mariuszem Grzebalskim i pozostałymi Maszkaronami poetyckimi miasta Wrocław.
Safe our Souls! Bowiem, powiadam wam: extra Vroclaviensiae salus est.

ps.

Wydawnictwo powinno rozważyć umieszczenie na tego typu dziełach dopisku: „Czytasz na własne ryzyko”

nu-zajc-nu-pagadi.jpg

Kategoria: Bez kategorii | 20 komentarzy »

traktat o kurestwie idealnym

7 lutego, 2009 by

.

Ax. X = X

1. W każdym zbiorze wartości etycznych (E) istnieją takie (e,e, e), które się wzajemnie wykluczają.

2. Sytuacje, w których jednostka X, w skończonych odcinkach czasu: t, t, t wchodzi w relację z elementami zbioru (E), tak że:

A = {t=[(X= e) ^ (X= e)]}
B = { t=[(X= e)] ^ t= [(X= e)]}

określa się jako kurestwo (K)

Komentarz:

Człowiek od świata zwierząt odróżnia zdolność dokonywania wolnego wyboru. Człowiek jest człowiekiem wówczas, kiedy dokonuje takich wyborów. Niemowlęta i osoby psychicznie chore (w niektórych stanach chorobowych) nie są w stanie dokonać wyboru, dlatego nie są ludźmi. Jednak etyka ogólnoludzka nie pozwala traktować dzieci i upośledzonych jako nie-ludzi.

3. Wolny wybór (WW) to określenie swojej pozycji w stosunku do elementów zewnętrznych [EZ] (fizycznych / psychicznych) jak i elementów wewnętrznych (psychicznych) [EW] w danym przedziale czasowym (t). Wybieramy zawsze w ramach danych możliwości. nie można wybrać czegoś, czego nie ma, co nie jest dane jako możliwość.

Komentarz:

Na przykład: prowadząc wojnę, nie mogę jako wódz zdecydować się na użycie działa pozytronowego, o którym wiem z filmu o Star Treeku, że jest w stanie zniszczyć wszystko, włącznie z planetą. Nie mogę go wybrać, ponieważ nie istnieje ono faktualnie w zbiorze środków ofensywno/defensywnych.

4. określenie pozycji to albo: wprowadzenie w określonej jednostce czasu (t) równości lub różnicy między podmiot a przedmiot:

A = [X=EW ^ EZ]
B =[X=EW v EZ]

A=[[XEW ^ EZ]
B=[XEW v EZ]

Komentarz:

Wolność wyboru rozciąga się nie tylko na przedmiot wyboru, ale na wolność samą. Wolność jest gwarantem niej samej: wolność umożliwia wolność i odwrotnie z wykluczeniem przypadków meta- czyli, takich że: {A[X=EW ^ EZ]; }, które rozstrzygane są w ramach teologii.

5. Każdemu EW i EZ można przyporządkować tylko jeden element ze zbioru E.

Komentarz:

ścisłe przyporządkowanie jednej tylko wartości etycznej ze zbioru E dla konkretnego EW czy EZ jest sprzeczne z aksjomatem wolnego wyboru ale nie na poziomie systemu samego. Pojawia się ona tylko wtedy, gdy (X), na mocy aksjomatu (WW) tworzy sytuacje:

A = {t=[(X= e) ^ (X= e)]}
B = { t=[(X= e)] ^ t= [(X= e)]}

stąd: kurestwo (K) jest podobnie jak aksjomat wolnego wyboru (WW), aksjomatem człowieczeństwa.

Komentarz:

Żadne dziecko, ani osoba upośledzona psychicznie nie może być kurwą. Kurestwo pojawia się wraz z wolnym wyborem. Gdyby tej wolności nie było, nie istniałoby kurestwo jako takie, albo każde X byłoby kurwą, na mocy zewnętrznej woli jako rozkazu.

Ax. X=(K) ->X(K)

Komentarz:

jeżeli X raz był kurwą, to ten sam X zawsze będzie dążył do tego by być kurwą. Kurestwo jest atrakcyjne jako konsekwentne urzeczywistnienie wolności. Kurestwo jest bowiem takim stanem, gdy konkretna jednostka w tym samym czasie korzysta ze sprzecznych wartości.
Innymi słowy: w sytuacji kiedy inne jednostki: X,X,X będą wybierały w określonej jednostce czasu jeden element ze zbioru E, tak że:

X= e (e ^ e)
X = e (e ^ e)
X = e (e ^ e)

a:

X = (e ^ e ^ e)

to:

miedzy jednostką X a każdą inna jednostką: X,X,X powstanie relacja pokrewieństwa wyboru.

Tak że:

X X^X
X X^X
X X^X

X= X ^ X ^X

Komentarz:

Wybory, jakich dokonują ludzie różnicują ich wzajemnie i umożliwia postrzeganie obcego jak i identyfikacje siebie. Kurestwo pozwala na zniesienie owej różnicy. Kurwa jawi się jako swój dla każdego innego, mimo że miedzy innymi występują różnice.

Kurwa jest przyjacielem wszystkich. Chce być. Jest w stanie w każdej chwili, na każdym etapie wybrać taką wartość e, by wprowadzić relację pokrewieństwa miedzy siebie a każdą Ina jednostkę ze zbioru X.

Ax. Zbiór X jest funkcją X

Komentarz:

zbiór jednostek dlatego łączy jednostki, ponieważ jest zbiorem czymś co łączy jednostki. Kurwa wprowadzając miedzy każdą jednostkę a siebie relację pokrewieństwa, dąży do zastąpienia funkcji zbioru X, przy zachowaniu różnorodności jego elementów.

Nie istnieje taki zbiór X, gdzie: (X = K) ^ (X=K) ^ (X=K)

Komentarz:

mimo, że kurestwo jest doskonałym wcieleniem zasady wolnego wyboru, to samo kurestwo jako postawa wobec innych jest czymś, co człowiek wybiera. Gdyby wszyscy ludzie byli kurwami, wówczas nie istniałoby coś takiego jak wolny wybór każdy człowiek skazany byłby na bycie kurwą.

Kategoria: Bez kategorii | 14 komentarzy »

Szczepan Kopyt, [yass]. Paralipomena

6 lutego, 2009 by

[Pierwotnie napisany jako odpowiedź Ewie]

Ależ gra, gra. Tomik [yass] jest bardzo muzyczny. Ściślej biorąc: matematyczny.
Jakoś przez przypadek zacząłem rysować sobie czyli robić to co zwykle robię, gdy czytam po tekście. Padło na: wierszyk z kiszonej kapusty.

Trauma po zajęciach z teorii prawdy, którą noszę w sobie a z którą zmagam się od kilkunastu lat, nie pozwoliła mi przejść obojętnie nad początkiem pierwszego wersu. Jednak nie ten początek jest ważny, ale inne fragmenty, które odkryłem przez przypadek.

Wgapiając się w kolejne wersy, drwiąc z mądrych słów, które Kopyt włożył do tekstu (abrazja. Interglacjał) tak, aby nikt nie miał wątpliwości, że to mądry tekst, niektóre wyrażenia zakreślałem czerwonym długopisem. Oto one (w nawiasach podany jest numer wersu) :

rodzą się w (w. 5)
czekoladek (w. 8)
broni (w. 12)

Miejsca te następnie połączyłem. Zrobiłem to z czystej ciekawości. Chciałem zobaczyć, jak będzie wyglądał trójkąt wpisany w tekst. Dopiero po chwili zwróciłem uwagę, że prosta łącząca punkty, to osobliwy zbiór ciągów znakowych, które ułożone kolejno wg reguły przyprostokątnej, tworzą autonomiczną całość, pod warunkiem, że się je ułoży parami. Oto ona:

rodzą się w uśmiechu
klatkach czekoladek
aksjomatów broni

może ciebie Ewo ten fragment nie przekonywać. Ale zwróć uwagę, na matematyczną perspektywę na przeskalowanie trójkąta, które otrzymujemy w tej hybrydzie poezji i matematyki. Połączenie tych samych wyrażeń skutkować będzie pojawieniem się trójkąta o tym samym kącie między przyprostokątnymi, lecz o mniejszej długości ramion. Ta matematyczna redukcja udzieliła się semantyce tekstu. Z palcem mógłbym wykazać tożsamość znaczeniową między oryginałem a tymi trzema wersami.

Moim zdaniem podobnych dowodów na muzyczność / matematyczność wierszy można przeprowadzić jeszcze więcej w oparciu o teksty z [yass].

Można się pokusić o stworzenie takiej odmiany keplerowskiej stelli octangulis, którą można by stosować w ramach poezji. Figury wpisywane w słowa, słowa, które układają się w figury schematy, które gwarantują perfekcję. Wyobrażasz sobie ten rodzaj szaleństwa, który zamyka poezje najpierw w regułach kwadratu, a później sześcianu foremnego. Masz dodatkowy wymiar poezji, którego interpretacja wymaga wprowadzenia ogólnego wzoru na przestrzeń, w strukturze formalnej wiersza, oraz wymyślenia trójwymiarowej hermeneutyki, która będzie musiała uwzględnić sferę liczb. Być może jest w tej utopii coś z kabały, ale nie można odmówić atrakcyjności jeżeli nie poznawczej, to na pewno intelektualnej temu pomysłowi.

Piszesz o zaangażowaniu Kopyta.

Zaangażowanie jest czymś specyficznie ludzkim. Takim pradawnym instynktem, rodzajem miłości, która żąda odnalezienia czegoś więcej aniżeli tylko drugie ja.
Każdy więc sobie szuka idei, porządku, zasad i trudno mieć pretensję, że poeci także to robią.
Jeżeli Kopyt udziela się w ramach struktur lewicowych i robi to z potrzeby serca (wszak zaangażowanie jest odmianą miłości), to należy tylko życzyć mu powodzenia czyli tego, czego się życzy każdej młodej parze na nowej drodze życia.

Jeżeli Kopyt traktuje lewicowość tak, jak Patrycja Markowska nazwisko swojego ojca. Jeżeli przedmiot zaangażowania traktuje jako instrument / narzędzie do osiągniecia jakiegoś celu ogólnego: sława, uznanie, możliwość publikacji, przychylna krytyka, to też nie należy się temu dziwić.

Zwróć uwagę, że lewicowość w światku artystycznym jest teraz bardziej modna niż gejostwo. Pedalstwo już nikogo nie dziwi, nie zaskakuje. Nie jest ani egzotyczne, ani nieestetyczne. Dzisiaj geje komentują na kanałach vivy zachowania gwiazd, style ubierania. Podsumowują osiągnięcia roku, wymachując przy tym charakterystycznie łapkami i robiąc usta w równie charakterystyczną dla pedalstwa rureczkę, tak małe o. Innymi słowy: pedały wydymały społeczne ego tak, że społeczne ego, nawet gdy dyma je jeszcze jakiś pedał, to i tak tego nie czuje.

Dlatego artyści wzięli się za politykę. I tu też nie chcą być tylko zwolennikami partii danej opcji, ale muszą pojawić się medialnie, zacząć żyć jako element społecznego ego.

Najkrótszą i najprostszą drogą do tego jest – podobnie jak w przypadku recytowanego do obiektywu kamery wyznania: jestem pedałem wywołanie szoku.
Dzisiaj lewicowość, jeżeli artysta publicznie ogłosi: Marks i Engels mieli całkowitą rację w krytyce burżuazyjnej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej. Powróćmy do 11. tezy o Feuerbachu. Zmieniajmy rzeczywistość! Nie ograniczajmy się tylko do czczych interpretacji. Do broni! to nagle wszyscy zwracają na takiego artystę uwagę.

Jedni dlatego, bo:

1) uważają, że poecie nie przystoja takie deklaracja, bo poeta, to sługa boży a bóg ma w dupie politykę.
2) Inni dlatego, że widzą w tym szwindel, rodzaj przemyślanego zabiegu marketingowego, by zwiększyć swoje szanse w środowisku, sprzedając kilka tomików więcej.
3) Jeszcze inni wezmą te deklaracje poważnie i zaczną studiować ponownie wszystkie teksty zaangażowanego artysty pod kątem owego zaangażowania by:
3.1. wykryć rozbieżność miedzy obecnymi deklaracjami a wcześniejszymi poglądami.
3.2. dowieść, że poeta od zawsze miał takie a nie inne poglądy. Że marksistowski humanizm skrywany był głęboko w jego sercu i duszy, ale niestety ze względu na krwiożerczych, kapitalistycznych wampirów, czających się w redakcjach wydawniczych, nie mógł się wcześniej określić. Dopiero teraz, gdy Sierakowskiego jest jakby więcej w TVN może przestać się bać i może być sobą w pełni.

4) pojawią się też naśladowcy, którzy z popkulturowego symbolu czegewary na tle gwiazdy, zrobią sobie fetysz i zamiast rozkładówki plejboja powieszą na ścianie, by uwiarygodnić swoje zaangażowanie. Wszystko po to, by pozwolić się unieść tej samej, nośnej fali. I tylko jedno się liczy: nieważne jaka fala, ale ważne by była nośna.

Z falami i zaangażowaniem bywa jednak tak, że czasami te dwa zjawiska mogą skrócić życie tego, kto z nimi igra lub nierozważnie się obchodzi.
Najgorsza jest tzw. śmieszność historyczna. Czyli jeżeli ta sama osoba A, na przestrzeni danego odcinka czasu: t zamiast określonego X , gdzie X oznacza pewne przekonanie, prezentuje także Y i Z, tak że w zbiorze: [XYZ] wszystkie elementy są wzajemnie sprzeczne.
Wówczas mamy do czynienia z kurewstwem. A żadna inna osoba w tłumie nie jest tak szybko i bezbłędnie identyfikowana jak właśnie kurwa.

Teraz byłoby dobrze, gdybym napisał traktat o dymaniu kurwy.

Zastanawiałaś się kiedyś Ewo, dlaczego nikt nie kocha się z kurwą, ale każdy kurwę jebie, pierdoli, dyma, rucha. Dlaczego pojęcie kurewstwa wyklucza pojęcie miłości?

Kategoria: Bez kategorii | 10 komentarzy »

tu było ” Nic” – czyli nic nie było. Dosłownie: nie było niczego

4 lutego, 2009 by

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

zamiast patrzeć na nic, lepiej oglądać krzyżyki

Kategoria: Bez kategorii | 46 komentarzy »

« Wstecz Dalej »