Tomasz Pohl, Niedosyt – a ja mam dość

24 września, 2010 by

.
Kolejny tydzień i kolejny tomik poezji – z przykrością stwierdzam: kupiony i przeczytany. Skandaliczne marnotrawstwo i pieniędzy i czasu. Niedosyt Tomasza Pohla wśród wszędobylskiej sieczki literackiej wyróżnia się tylko wydaniem – solidna robota w sensie technicznym.

Przede mną komputer, obok Niedosyt. Jest piątek, dziewiąta rano i trzeba by było coś w końcu napisać. Ludzie jak psy się przyzwyczajają. Literaci to najbardziej ludzcy z ludzi, także przywykli do rytualnego świniobicia raz w tygodniu. Jest jednak pewien szkopuł – w zasadzie mały problem: mam dość. Mam dość tej sieczki, tego gówna, które czytam i o którym piszę. Trzy lata wystarczyły, by zgrubieć wewnętrznie. Zrogowacieć i zlodowacieć.

Mógłbym po raz setny (może dwusetny) ubić te liche wierszydła packą na muchy. Mógłbym przetworzyć je na papkę, upchać w sztuczny flak i sprzedać. Ale czy ukatrupienie strof:

napełniam uszy dźwiękami
pięknymi jak sen dziecka o świcie
wypełniam oczy słowami

połykam zachłannie
płyny i pokarmy liczne

ale nie mogę nasycić

[niedosyt]

będzie – niezależnie od okoliczności – jakimś wyczynem? Czy do tego potrzeba moich zdolności? Czy muszę zmarnować kilkanaście minut, by dowieść, że gówno jest niejadalne niezależnie od formy w jakiej się je serwuje?

Na okładce patroni medialni:

Panorama Powiatu, Gazeta Kulturalna, siedemdni, telewizja TTM, Marek Jurecki, RED, Nasze Radio, ZW Media, źródło blog.onet, polskie radio Katowice.

Z przyczyn dla mnie niezrozumiałych nie dopisano tu jeszcze:

Sołtys, Sołtysowa, Pan inżynier, Miłosz Biedrzycki

Wypada jednak coś napisać o wierszach. Ale co można napisać o takiej sieczce:

Dzień, w którym odechciało mi się żyć był pogodny.
Co prawda przegraliśmy z kretesem
Mecz, ale przyjemnie było wiedzieć radość na twarzach rywali
I dzieci wymachujące na pożegnanie swoją tęsknotą.

[bądź wola moja]

Czy ci uduchowieni debile nie nauczą się nigdy, że nie można „wymachiwać tęsknotą” nawet na pożegnanie?

Jedyne czytelne zdania – jak przystało na przeciętne dzieło polskiej literatury pięknej – znajdują się na okładce. Czytam wydrukowany pomarańczową czcionką tekst, który zaczyna się:

Tomasz Pohl, to bez wątpienia twórcza indywidualność”

A kończy jeszcze ciekawiej:

Bardzo p i ę k n y tomik

Zastanawiam się, czy gdyby Maciej M. Szczawiński wprowadził większe odstępy między kolejnymi literkami w przymiotniku: „piękny” uczyniłby Niedosyt Pohla faktycznie piękniejszym?

Mam dość. Mam dość kiedy po raz tysięczny (nie przesadzam – 50 stron x 200 tomików = 1000 sztuk połyskującego literackiego gówna świetnie kontrastującego z celulozą wybieloną podchlorynem) czytam:

Mała Dziewczynka siedzi skulona w ciele dojrzałej Kobiety
Wstydzi się siebie i łez zbieranych pod poduszką
Mały Chłopiec w dużym Mężczyźnie ukrywa się
Czuje się nagi jak Dziecko


[dziewczynka z wyrzutami]

Gdybym to, co miał do powiedzenia na temat tej perły nonsensu ubrał w piórka kulturalnego dyskursu; gdybym nigdy do siebie nie zraził żadnego z polskich krytyków literackich, współczesnych poetów, redaktorów itp., gdybym nie zrobił durniów z nich skończonych, to w ramach riposty przeczytałbym, że:

Poeta w sposób znaczący używa Wielkich Liter. Stosując literacki kod stara skontaktować się z nieuświadomioną częścią duszy, która wprowadzona w socjalizacyjną śpiączkę uodporniła się na konwencjonalny przekaz… bla, bla, kurwa mać, bla.

Później ja odpowiedziałbym. I przeczytałbym inną odpowiedź na moją odpowiedź w sprawie odpowiedzi. Odpowiedziałbym po raz kolejny itp. To samo gówno przerzucane z rączki do rączki przez panów w białych rękawiczkach zmieniłoby się w utwardzoną kulkę kałową. Koprolit. Zmieniając konsystencję zmieniłoby może także woń – nasiąknęłoby zapachem detergentów i wody kolońskiej z białych rękawiczek. Dzięki temu stałoby się do zniesienia. Gówno które jest salonfähig! Specjaliści w białych rękawiczkach od brudnej roboty – gówniarze! Czy można napisać gorszy scenariusz.

W ciągu trzech lat pisania zauważyłem, że najbardziej popularne są analizy porównawcze tomików. Że ludzie lubią czytać: jeden tak, a drugi tak. Ten to, tamten siamto. Gówno jednak porównać można tylko fizykalnie. Na początek ciężar:

Tomasz Pohl, Niedosyt: waga: 184 g – Adam Pluszka, french love: waga 60 g
Gówno Pohla jest o 124 gramy cięższe niż Pluszki. To znaczy, że Pohl je więcej, ma lepszą przemianę materii i za jednym posiedzeniem potrafi się bardziej obficie wypróżnić. Zważywszy jednak, że Pluszka wypróżnia się częściej – produkując jedną literacką kupę na rok, bilans wydaje się być zrównoważony.

Niedosyt – ta sama waga: 184 g. – Marta Podgórnik, Dwa do jeden: waga 124 g.
Znowu Pohl jakby lepszy w produkcji kału, ale dziewczyny z reguły robią kupy mniejsze i mniej śmierdzące niż mężczyźni. Nawet jeżeli kwestia aromatu jest dyskusyjna, to pewne jest że kobiety nie pierdzą tak głośno i tak często jak mężczyźni.

Kolejne konfrontacja: Pohl, Niedosyt (184 g) a Wojciech Bonowicz, Hurtownia ran: waga 62 gramy. Przewagę Pohla w produkcji literackiego gówna nad kolegą z branży wytłumaczyć można tym, że Bonowicz ma dużo obowiązków służbowych w wydawnictwie ZNAK. Tyra po nocach, nie dojada a na dodatek umartwia się i pości, by osiągnąć tischnerowską świętość za życia. Stąd taka licha kupka. Gdyby jednak zsumować produkcję gastryczną Bonowicza i Podgórnik oraz porównać ją z tym, co wyrzucił z siebie w roku 2009 Tomasz Pohl, to możemy mówić o idealnej wręcz proporcji. O równowadze między gównem A a sumą kup B + C.

Kolejnym etapem analizy porównawczej miało być badanie składu chemicznego oraz uziarnienia.

Śmiałem się z Jakuba Winiarskiego i jego płaskich notatek o książkach. Drwiłem z jego ujednoliconych, mcdonaldowych recenzji. Po trzech latach obcowania z literackim kałem zaczynam doceniać jego wolę przetrwania. Bo potrzeba dużo silnej woli, by tak jak Winiarski tłuc recenzje. Jedna, druga, trzecia, dziesiąta, setna, tysięczna. Jeden wywiad, trzeci, pięćdziesiąty. Po setnym blurbie, po pięćsetnej recenzji człowiek traci czucie. Najbielsza z białych rękawiczek zmienia się w drelichowy łach służb asenizacyjnych. Nie ma na to rady.
Normalny człowiek rzuca to wszystko w trzy dupy. Mówi: „Dość, idę. Nie, życie jest piękne! Ale dość mam w życiu tego gówna”. Chyba, że jest się Jakubem Winiarskim – człowiekiem, który poszukiwał etatu, płatnej posady z pełnym zusem itp. Gdy ma się jeden kredyt do spłacenia, drugi i trzeci to trzeba zatkać sobie nos i wziąwszy gówno w palce należy z niego turlać kulki. Niepostrzeżenie – po roku albo dwóch latach dokona się metamorfoza: człowiek zmieni się w krytyka, który bez strat własnych jest w stanie przebrnąć przez tekst:

hotelowy wiersz jest bardzo nieswój
daleki od domu ma okna oko
na wielkie miasto z widokiem
na przyszłość
europejską lub wiejską

[hotelowy wiersz]

I napisać o nim: P I Ę K N Y

Kategoria: Bez kategorii | 9 komentarzy »

komentarzy 9

  1. przemek łośko:

    ale po co? czas, żebyś się przeprosił z ręką farbiarza i zmienił kaliber. najlepszą recenzją tej książki byłoby niedostrzeżenie.

  2. marek trojanowski:

    wiesz ile się Pohl namęczył, ile jego wydawca natrudził, ile drzew padło itp., a ty Przemku chciałbyś przemilczeć ten trud?

    moim zdaniem w kulturze powinna istnieć instytucja recenzenta negatywnego – czyli takiego, który wyławia tylko złe publikacje i o nich pisać. dzięki temu może by powstała jakaś nauka na temat tego jak nie należy pisać. zwróć uwagę, że dzisiaj każdy krytyk literacki, poeta itp. przedstawia się jako tzw. nauczyciel pisania. ogłaszane są kursy pisania, warsztaty artystyczne itp. Za pieniądze zrobią z ciebie, ze mnie, z każdego pisarza / poetę. Wszędzie uczą jak pisać. A ja bym chciał się dowiedzieć jak nie pisać. Chciałbym dowiedzieć się czegoś o tej czarnej stronie, by móc należycie docenić kunszt wszystkich poprawnych, ładniepiszacych artystów / literatów.

  3. przemek łośko:

    chcesz każdemu cuchnącemu bajoru poświęcić recenzję? moim zdaniem trzeba brać się a smród większych ubojni i rozlewnie estrów.

  4. marek trojanowski:

    polska literatura z nielicznymi wyjątkami jest na wskroś demokratyczna. tzn.: jest poprawna, zero aberracji, jest jednolita. w tej wydawniczej, ujednoliconej masie można oczywiście wprowadzać rozróżnienia: lepsze / gorsze. jednak uważam, że ten rodzaj demokracji literackiej – co pewnie także sam zauwazyłeś – obywa się bez przymiotnika: „gorszy”. uważam także, że wszystkie próby rozróżnień estetycznych w tej masie wydawniczej służą nadawaniu sensu, wyróżnianiu pojedynczych dzieł / autorów. w gruncie rzeczy jednak mamy do czynienia z jednolitą papką: realnie, fizycznie istniejącą wielką biblioteką literackiego gówna, która jest nieustannie produkowana bez względu na to, czy to się komus podoba czy nie. ze względu na specyfikę jedynym obiektywnym kryterium pozwalającym na rozróżnienie będzie nie lepsze czy gorsze, ale: waga, wymiar itp.

    Masz przykład:

    Tomik Wisławy Szymborskiej, Tutaj waży dokładnie 174 g.
    Niedosyt, Pohla waży dziesięć gramów więcej – tj. 184 g.

    Bardzo trudno uchwycić ową różnicę kiedy nie masz odpowiednich narzędzi. Ale kiedy zaufasz intuicji, która podpowiada ci: „te gówna muszą się czymś różnić”; kiedy odkryjesz podstawowe prawo literackiego szamba:

    – nie ma dwóch identycznych gówien

    (czyli zasadę, którą tak bardzo pielęgnują wszyscy producenci literackiego srakotłuctwa od autorów począwszy, przez wydawnictwa a na producentach programów kulturalnych w TVP skończywszy)

    wówczas w swoich badaniach skorzystasz z innych narzędzi. oprócz wagi sięgniesz po suwmiarkę i okaże się, że łudząco podobna pod względem fizycznym okładka tomiku Szymborskiej różni się grubością od tomiku Pohla. Grubość okładki „Tutaj” wynosi: 2,23 mm; grubość okładki tomiku „Niedosyt” to 2,58 mm. I ponownie jak w przypadku obliczania ciężaru także tutaj mamy do czynienia z subtelną różnicą wynoszącą dokładnie: 0,26 mm.

    Przemku, czy te różnice: o,26 mm oraz 10 g – jak uważasz, czy one są dostrzegalne? moim zdaniem nie i w życiu nie maja one żadnego znaczenia i dla życia i dla tego, kto tym życiem żyje. ale istnieje pewien rodzaj rzeczywistości w którym 0,26 mm oraz 10 g – to żaden niuans ale przepaść. to ziarenko maku podniesione do rangi absolutnej róznicy. tą rzeczywistością jest demokracja literacka, która zamiast estetyki przyjęła kryteria fizykalne:

    – lepszy ten, kto więcej wydaje
    – lepszy te konkursy, w których więcej pieniędzy
    – lepszy ten, który więcej lepszych konkursów wygrał

    Widzisz Przemek, w gruncie rzeczy na poziomie analizy tomików nie można rozróżnić między Pohlem, Dehnelem, Pluszką, Bielską, Pado, Mosiewicz itp. przy pomocy kryterium: lepsze czy gorsze. tu potrzebna jest analiza fizyczno-matematyczna. kryterium jakościowe ustąpiło ilościowemu już dawno temu.

    [czy nie uważasz, że za to, co ja piszę – za te moje teorie – to już dawno powinienem dostać jakąs dużą nagrodę. Jakąś mieszankę: NIKE/NOBLA itp.? Ja jestem po prostu niesamowity]

  5. przemek łośko:

    To wiadomo od dawna. Niemożliwe jest jednak ocenienie całego oceanu grafomanii w pojedynkę.

    Co jest przedmiotem krytyki w przypadku wierszy? Mimo najszczerszych próśb twórców nie jest nim wyłącznie dzieło. Ocenie podlega również podmiot, autor dzieła, a ściślej relacje autora dzieła z dziełem. Jeśli relacje są mierne, nie ma ich lub kwestionowana jest ich faktyczność, to krytyk ma obowiązek to wskazać, bo to ma kapitalne znaczenie dla perspektywy czytelniczej.

    Takie podejście do aktu krytycznego wymaga od krytyka oprócz rzetelnej wiedzy literackiej wielkiej, frommowskiej wręcz wyobraźni emocjonalnej. Recenzenci, których nie należy mylić z krytykami, rzadko błysną taką cnotą – mniej więcej raz na rok.

    Marzy mi się zatem praca u podstaw – wykorzenienie ze świadomości autorskiej i krytycznej znaku równości pomiędzy recenzją i oceną krytyczną. Marzy mi się krytyka recenzji – pp. Maliszewskiego, Winiarskiego, batalionu mniej znanych laurkarzy. Krytyka metod ich pracy, sposobu myślenia, pokazanie faktycznych motywacji: rynkowych i osobistych. Dopiero rozprawienie się z niewiarygodnymi laurkarzami powoli ocenić ponownie i bardziej rzetelnie, Tobie i innym krytykom, twórczość wierszową lat 1990-2010.

    Kiedy osoba podająca się za poetę jest jednocześnie krytykiem i redaktorem wydawnictwa, wtedy można taką osobę postrzegać jak anodę, katodę i prąd sterujący siatki w triodzie. Czytelnik oglądający taki efekt z zewnątrz dostrzeże zadziałanie dzieła dokładnie wtedy, kiedy zechce manipulator. Jest to sytuacja, choćby z estetycznego punktu widzenia, brzydka jak kupa przed ołtarzem – taka kupa przesłania całe misterium liturgii, a jej woń miesza się z dotąd kwietnym powiewem kultury.

    Trzeba zaszczepić ponownie Krytykę. Tego nie da się zrobić wskazując literacką niedojdę.

  6. marek trojanowski:

    i to jest ta trzecia droga. Tak traktować wierszy jak ja to robię – nie wolno. Ale nie wolno także tak traktowac poezji jak to od dawna robi Maliszewski, Winiarski & S-ka. Moim zdaniem ludzie w tej chwili tak samo mocno oburzają się literackim świniobiciem jak jeszcze nie tak dawno zachwycali się cukierkowo-bananowymi zachwytami Maliszewskiego czy Winiarskiego. Winiarski na tych cukierkach dorobił się posadki redaktora w Fantastyce. Moja droga prowadzi do poświęcenia (bardzo lubię podręcznikowe opowieści o bohaterach, którzy kładli głowę pod katowski topór dla jakichś abstrakcyjnych celów). I jak widzisz Przemku żadna z tych dróg, ani moja ani Winiarskiego nie ma celu związanego z poezją samą. W obu przypadkach poezja jest raczej środkiem niż celem.

    Należy zatem poczekać na nowe pokolenie. Ale nie chodzi mi tu o tych bezideowych bananowych chłopców z galaretką wiśniową między uszami typu Grzesiu Jędrek, Pułka, Brewiński itp. Bananowi poeci przykleja się do każdego prominenta literackiego, do każdego wydawcy, krytyka itp. Zamiast uważnie wybierać przyjaciół są gotowi zaprzyjanić się z każdym i o kazdej porze. A tu nie o takich przecież ludzi chodzi, bo jak sam wspomniałeś: nie można oddzielić wierszy od człowieka a człowieka od charakteru. Moim zdaniem potrzebne są nowe, wielkie idee. potrzebne są literackie trupy, ścierwa literackich przebierańców zdzierających sobie w dramatycznych aktach slamowych na scenie koszulki; potrzebne są łby literackich urzędasów wypreparowane na trofea i przybite do lakierowanych desek.

    Ktoś kiedyś napisze historię o tym jakie to nadzieje literackie wiązano z wolnym słowem, z nowymi mozliwościami i jak szybko te nadzieje zmieniły się w koszmar napędzany maszynerią marketingu, promocji i pozyskiwania funduszy z różnych źródeł. nie wyobrażam sobie tej spisanej historii bez takiego oto zakończenia:

    „i nagle wszystko się zawaliło. powstało nowe. Ale to już inna historia”

  7. przemek łośko:

    Muszę przyznać, że nie patrzę tak srogo jak Ty, na młodych :). Liczę na to, że po odwrocie od autentyzmu, który jest naturalny dla dwudziestolatków,ten i ów wróci do chłopięcej, naiwnej postawy. Taka postawa jest podstawą poznania, zarazem warunkiem koniecznym znajomości z Panią Poezją.

    Poezja olewa spryciarzy i cwaniaków, ma jednak siostrę bliźniaczkę, Pannę Połezję, cichodajkę, wydziedziczoną biedulę, co się przebiera w szmatki i gesty szlachetnej siostry. Połezja chętnie zaprzyjaźnia się z gołowąsami, byle dydek raźno stawał, byle były drobne na wieczór. Nie masz nieomal gołowąsa, który umiałby odróżnić siostry i niemal wszyscy dają się uwieść pustej spryciuli i zawlec do łoża, które tylko wygląda na małżeńskie.

    Część jednak zatraci w tym wyrze chłopca na zawsze. Ci będą wypisywać brednie o megalomanii romantycznego ducha, nie dlatego, że romantyzm i duch są czemuś winne, tylko dlatego, że sami utracili te cechy, te właśnie, dzięki którym można powiedzieć Pani Poezji w miejskim parku lub w burdelu „dzień dobry”, „dobranoc”, „jeszcze piękniej upięła Pani włosy” i doczekać się Rozmowy.

    Dekada minie, ani zauważymy :)

  8. Roman Knap:

    W ostatnich dniach doznałem trzech objawień.

    1) Od tysiącleci głównym i podstawowym zadaniem literatury jest zdobycie niezależności od śmierci. A śmierć to człowiek przecież, to on: autor, jest tym słabym, śmiertelnym elementem. Stąd literatura zdobędzie niezależność od śmierci, jak uniezależni się od człowieka. Jaki stąd wniosek? Prosty. Kiedy oglądamy „Terminatora”, o tym jak ludzkość, przeznaczona do wytępienia przez maszyny, walczy o przetrwanie z tymi maszynami w nierównej partyzantce, to trzeba uświadomić sobie również jedno – że do tych maszyn należy również książka. Tekst! Tak kochani, Tekst wyjdzie, wyzwoli się spod władzy człowieka, zdobędzie niezależność, zacznie się rozmnażać samodzielnie bez niczyjej pomocy, zacznie ewoluować, rosnąć w siłę, aż w końcu zacznie tępić człowieka, eksterminować ludzkość (robakoludzkość), by zająć jej miejsce.

    2) Była tu mowa o matematyce. Przemyślcie więc taką zależność – NN siedzi nad książką, załóżmy czyta Platona (albo Pohla, jak tam wolicie), a w tym samym czasie na świecie powstaje i pojawia się tysiące nowych książek. I kiedy nasz NN o tym nie myśli i czuje się szczęśliwy, że właśnie czytając mądrzeje, zdobywa wiedzę i erudycję, to jednak w tym właśnie czasie jego nieoczytanie astronomicznie wzrasta. Słowem, wraz z każdą przeczytaną książką nasze nieoczytanie wzrasta o tysiące minus jedna książka. Tak więc masowa, przemysłowa produkcja literatury i tekstu, chcąc niechcąc, czyni nas głupcami w sposób wręcz wykładniczy. Dlatego nieprawdą jest powiedzieć „jestem głupi”, trzeba, aby być w zgodzie z prawdą i logiką, mówić zawsze „jestem głupszy”.

    3) Talent. Talent – zauważcie – w dzisiejszych czasach jest czymś podrzędnym wobec „profesjonalizmu”. Oglądacie „Mam talent”? To zauważcie – to profesjonalizm ocenia talent, a nie na odwrót. Mieć talent to jakby przedmiot szkolny taki jak matematyka, fizyka itd. Nic więcej. Zdobywa się ocenę z talentu, żeby zaliczyć klasę i przejść dalej. O tym właśnie teraz myślę – o deklasacji „talentu” do roli podrzędnej wobec profesjonalizmu. Może jakieś sugestie?

  9. przemek łośko:

    Roman,

    zgadzam się z obserwacjami drugą i trzecią (ale nie z konkluzjami). Nie zgadzam się z pierwszą: wszystko jest śmiertelne, wszystko ulega przemianie. Dzieło, owoc aktu twórczego dowolnej maszyny, w tym biologicznej, ma kres zarówno jako fizyczny przedmiot (powiedzmy – miliard lat w najlepszych wykonaniach)jak i podmiot w świadomości zbiorowej (millenium, dwa, maksimum pięć w świadomości zbiorowej maszyn biologicznych, dziesięć, dwadzieścia, pięćset – w świadomości maszyn o większej trwałości).

    Arcydziełem, bezkreśnie trwałym są zasady przemian Świata. Zdumiewa to o tyle, że idea, dowolna idea, wymaga informacji, a dowolna informacja – energii. Z tego wynika, że zasady – idee – powinny także ulegać przemianom w trakcie swojego istnienia. A tego fizyka nie obserwuje. Platon nie mógł mieć intuicji w tej sprawie, gdyż nie wiedział, że idea zajmuje czas i przestrzeń (byłoby precyzyjniej – korzysta z wymiarów Świata) – wyobrażał sobie idee jako byty poza czasem i przestrzenią, jak boskie nieomal ramy Świata.

    Pozostałe arcydzieła obrócą się w proch, w kosmiczny wiatr.

    Co do głupoty i talentu w poezji: rolą poezji jest, pomiędzy innymi, zadawanie podstawowych pytań, kwestionowanie założeń. Nie po to, żeby kwestionować, ale po to, żeby rewidować całą Kulturę ( a przez to poznawać ją na nowo), w tym ukształtowane kulturowo, 'własne’: emocje, umysł, estetykę, etykę, metody poznania. Poezja czyni to w sposób daleko bardziej estetyczny niż filozofia, ale też z przyjętym raz na zawsze założeniem niewiary w jakikolwiek system. Poezja jest pozasystemowa, cieszy się z wielu modeli opisu Świata, nigdy żadnemu nie ufając w pełni, ale też w przeświadczeniu, że jedyną drogą poznania jest zaufanie złudzeniu i sprzeczności – temu, co nas oszukuje, ale też temu co oszukani, wyłącznie postrzegamy zmysłami.

    Przemysł wytwarzający produkt standardowy nigdy nie zastąpi procesu zadawania pytań podstawowych. Przemysł nie jest do tego zdolny, w jego ogromnych repozytoriach są wyłącznie gotowe receptury, nie te niegotowe, poszukiwane. Przemysł wytwarza produkty wygodne w konsumpcji i dystrybucji. Poezja jest niewygodna w konsumpcji, a finalnie, jest wyłącznie indywidualna i całkowicie ulotna – ginie wraz z osobą, poetą. To, co pozostaje po poecie, wiersze, to jedynie opis Poezji. To model. Niepełny. Gdyby na jego podstawie odtworzyć Poezję, otrzymalibyśmy jej wiotką postać w bikini, kapeluszu, widzielibyśmy jej kibić i stopy szybko odrywające się od rozgrzanego piasku, owal twarzy, uśmiech, ale ze źrenic ziałaby nieskończona pustka, obszar nieciągłości, residuum – nie byłoby w nich życia. Żaden profesjonalizm, choćby najdoskonalszy, najefektywniejszy, tej żyjącej głębi nie zastąpi.

Chcesz dodać coś od siebie? Musisz, kurwa, musisz!? Bo się udusisz? Wena cię gniecie? Wszystkie wpisy mogą zostać przeze mnie ocenzurowane, zmodyfikowane, zmienione a w najlepszym razie - skasowane. Jak ci to nie odpowiada, to niżej znajdziesz poradę, co zrobić

I po jakiego wała klikasz: "dodaj komentarz"? Nie rozumiesz co to znaczy: "załóż sobie stronkę i tam pisz a stąd wypierdalaj"?