.
Poeci,
nie jesteście grupką knajpianych znajomych śmierdzącą piwem, która podróżuje z jednego końca Polski na drugi, by uczestniczyć w wieczorku poetyckim kolegi czy koleżanki. Nie jesteście też ordynansami wydawców czy producentów telewizyjnych, gotowych napisać kolejną kolorową książeczkę na zamówienie czy pokazać się w TVP wówczas, kiedy któryś z ministrów przypomni sobie o misji, o kaganku oświaty i innych tego typu głupotach. Nie jesteście też krętaczami ustawiającymi konkursy literackie po to, by zarobić trochę grosza. Nie jesteście też lizusami, biegającymi za dostojnymi krytykami, wydawcami czy utytułowanymi kolegami z wywalonymi na wierzch jęzorami, pozostając na każde skinienie, w nieustannej gotowości by wyczyścić butki, zaparzyć kawkę, ponieść neseserek lub wyprowadzić pieska.
Poeci,
część z was kurwi się par excellence wyświadczając przysługi, robiąc usługi, obciągając, fundując następne kolejki w knajpie, kadząc, błyszcząc pochlebstwem. Inni – dla których jesteście przykładem – za chwilę zaczną się kurwić a jeszcze inni kurwią się, gdyż bycie kurwą leży w ich naturze. Nikomu nic do tego. Ale Poeci – do kurwy nędzy! – jakby nie było jesteście solą tej ziemi, spadkobiercami duchowych gigantów, dziedzicami ducha: jesteście pięknymi umysłami tej epoki. Przyglądając się wam doświadczam unikalnego uczucia – oto jestem świadkiem dziania się pewnego okresu literackiego. Na własne oczy widzę jakiś ułamek literatury w chwili tworzenia się, w trakcie formowania. Wiem, że to jest ważne, że to co się dzieje nie jest pozbawione znaczenia i że przyszłe losy literatury są w dużej mierze z tym związane. I cieszę się jakoś wewnętrznie, że mogę na te trudne do zaobserwowania procesy patrzeć z boku, z dystansu. Bywa jednak, że ta optyka ulega zmianie, że z zewnętrznego obserwatora zmieniam się w absolutnie bezlitosnego despotę, spoglądającego na was z góry.
Czytając wasze listy, fragmenty w których piszecie:
„ech, chciałam tu Panu zarzucić jakimś moim wierszem i prosić o krytykę, ale stwierdzam, że nie będę się kompromitować i Pana przeproszę tylko za taki pomysł – sorka”
– i widząc ten brak szacunku do własnych wierszy, ten brak wiary, to zaczynam tracić nadzieję w jakąkolwiek przyszłość literatury. Jeżeli macie na tyle odwagi, by nazwać swój tekst wierszem, to – do chuja Wacława! – nie możecie ukatrupiać go stwierdzeniem, że: mnie „zarzucacie jakimś wierszem”. Wiersze są po to, by poeci byli z nich dumni. I nie ma na świecie nic piękniejszego niż dumny poeta.
Nie możecie też płaszczyć się bez krztyny godności pisząc: „nie będę się kompromitować”, „przepraszam”, bo jeżeli macie tyle dumy, by pisać wiersze – niezależnie od tego, co inni o nich sądzą – to musicie stać prosto. Sylwetka wyprostowana i twarz zwrócona ku słońcu – to naturalna postawa poety.
Poeci,
piszecie do mnie:
„Witam Panie Marcinie,
Mam do Pana prośbę o ocenę moich wypocin. Kurcze sam nie wiem na czym stoję… Użyłem nietypowej czcionki, podobnej do mojego charakteru pisma… te wiersze i przemyślenia to mój pamiętnik, stąd też taki nie inny wybór. Bardzo liczę na odzew z Pana strony.”
– i do korespondencji dołączacie stustronicowe załączniki. Ale jak ja mam je przeczytać, skoro wy sami piszecie o przesłanych tekstach, że to „wypociny”. Czy ktoś lubi czytać wypociny? Wiersze to wiersze a wypociny to wypociny. Już pomijam to, że różnica między Markiem a Marcinem jest taka jak między ewangelistą kanonicznym a pomniejszym świętym. Jednak wysyłając komuś swoje teksty do przeczytania nie tyle z szacunku dla lektora lecz ze względów czysto strategicznych warto poznać przynajmniej godność adresata, by ów przystąpił do lektury bez żadnych uprzedzeń.
Jednak najgorzej przychodzi mi czytanie waszych usprawiedliwień. Kiedy czytam, że:
„Witam,
trafił ostatnio pod moje oczy artykuł
http://www.literator.pl/*******
Nie wydaje mi się, aby tezy tam głoszone miały pokrycie w
rzeczywistości.
Spróbujmy się zastanowić przez chwilę nad wyciągniętą zwrotką (…)”
Nie można się tłumaczyć z wierszy. One się podobają lub nie. I tyle. Tu nie ma nic do dodania. Poeta co najwyżej może bić w mordę, jeżeli odbiorca jego wierszy okaże się zbyt mało uduchowioną i wrażliwą na piękno istotą.
Poeci,
zamiast kajać się, prosić, przepraszać, tłumaczyć się, usprawiedliwiać, stawiać kolejki, obciągać po kiblach, ściągać koszuleczki na slamach, wzruszać się przed kamerami, recytować publicznie wierszyki na przydechu, szmacić się po konkursach, błagać w redakcjach – piszcie wiersze i miejcie piękne życiorysy. Hodujcie w swoich wnętrzach kwiaty pychy oraz boskiej dumy tak, że kiedy będziecie spacerować między ludźmi, żeby ludzie widzieli, że jesteście poetami. I nie chodzi tu o przebrania, rozciągnięte sweterki, śmieszne pelerynki czy kwiatki wplecione w grzywki.