Magdalena Bielska, Brzydkie zwierzęta – Pomidor!

14 września, 2010 by

.

Nowoczesne poetki oprócz pracy zawodowej – czyli pisania wierszy – mają prawdziwe pasje.

Na przykład taka oto poetka – Magdalena Bielska, dziewuszka spłodzona tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego przez Państwa Jerzego i Hannę Pilchów – po ciężkim wysiłku twórczym kiedy to zmaga się z weną, natchnieniem i kosmitami, odpoczywa oddając się bez reszty swojej prawdziwej pasji – ogrodnictwu. Swoją miłością do stokrotek Magdalena Bielska nie chwali się światu i prawdopodobnie pozostałaby ona sekretem poetki, który zabrany zostałby do trumny gdyby nie wiersze, które w godzinach urzędowania: od 8.00 do 15.00 w dni pracujące Magda Bielska musi pisać.

Magda wystukuje na klawiaturze nie tylko wierszyki ale także – niejako z obowiązku bo tatuś literat a mamusia historyk literatury i córeczce nie wypada zajmować się pieleniem marchewki – pisze „oniryczne, oryginalne prozy” (tekst o „oniryczności” oraz o „oryginalności” został przeze mnie bezmyślnie przepisany ze strony wydawnictwa a5, w którym ukazał się debiutancki tomik poetki Magdaleny Bielskiej, o którym za chwilę.).

Mimo godzin spędzonych na warsztatach literackich prowadzonych przez szanownego Papę, w sercu dziewczyny było tylko jedno miejsce i to miejsce przypadło ogrodnictwu.

Jedna z mądrości ludowych uczy, że co z oczu, to z serca. U poetek – w szczególności u tych najwrażliwszych, a do takich zalicza się Magdalena Bielska, która stanowi biologiczne i duchowe ukoronowanie związku pani i pan Pilch – kolejność jest odwrotna: co z serca to w oczy. I dzięki temu zwykły, szary czytelnik może się dowiedzieć o prawdziwej pasji dziewczyny, której rodzice kazali tworzyć literaturę – czyli o ogrodnictwie.

Magdalena Bielska nie ukrywa swoich namiętności. Jej ciało pozostało posłuszne nakazowi literackiej familii, ale duch przez 24 godziny na dobę swawoli w ogródku położonym tuż za domem. Pisząc wiersz poetka pisze go tak, jakby pieliła grządkę, podlewała warzywa, wiązała pomidory do palików. Jej serce wypełnione po brzegi teorią agronomii wylewa żar ze swego wnętrza do duszy kobieciny, a ta następnie sprawnie przerabia go na wersy. Z próbką tego rodzaju przetwórstwa empirii na literaturę mamy do czynienia w tomiku wydanym w 2006 r. pt. Brzydkie zwierzęta. Już z pobieżnej tylko lektury dowiedzieć się można, że w ogródku państwa Pilchów jest jak w niebie:

słodko pachnie maciejka, dzikie maliny
stokrotki mdleją, zakrywają oczy.

[***]

Kogoś mogłyby zdziwić antropomorfizacja pospolitego kwiatka – stokrotki, która w wierszyku Magdaleny Bielskiej posiada oprócz gałek ocznych także unikalny, typowo ludzki dar utraty świadomości. Zdziwienie niczym zły sen pryska w chwili, w której śmiertelnik uświadomi sobie, że ma do czynienia z opisem ogródka państwa Pilchów – czyli z opisem nieba na ziemi. A w niebie, jak to zwykle w takich miejscach bywa, pełno jest dziwnych stworów i cudownych roślin, wśród których mdlejące i zakrywające oczy stokrotki nie są niczym niezwykłym.

Przejdźmy do dalszych części opisu owego edenu:

Słodkie sierpniowe śliwki
chore pomidory, mimo to miały dziki smak.
Słońce schowane za modrzewiami

[***]

I to byłby koniec sielanki. A o tym, że wszystkie niebiańskie sielanki – w szczególności te, w których biorą udział ludzie a które odbywają się w boskich ogródkach – źle się dla gości kończą, o tym pouczają najstarsze przekazy piśmienne kultury judeochrześcijańskiej. Podobnie rzecz ma się z ogródkiem, który opisuje w poetyckiej relacji Magdalena Bielska. Oto bowiem na idealnym obrazie pojawiła się rysa – cienka niczym chujek dwunastolatka lub jak starotestamentowy wąż, który namówił Ewę by zgrzeszyła. Skaza, która odmieni sposób percepcji grządki z marchewką – oto: chory pomidor. Teraz już nic nie będzie takie jak wcześniej. Bo kiedy pleśń szara dopadnie pomidory, to syfa łapie cały ogródek. I jeżeli doświadczony działkowicz nie podejmie zdecydowanych działań (np. jeżeli nie użyje napalmu i nie wypali wszystkiego do gołej ziemi), to szlag trafi wszystkie rośliny. O tym przekonała się Magdalena Bielska:

Na starej śliwie owoce chorują z przegrzania

Drzewa chowają się we własnym cieniu,
pochylają do ziemi, która jakby mściwie
obojętnie żółknie schnie

[***]

Widać jak na dłoni, że miejsce onegdaj przyjazne człowiekowi zmieniło się w swoje przeciwieństwo. Owa metamorfoza nie umknęła uwadze poetki, której wyostrzony zmysł obserwacji świata od pewnego czasu robił za kosiarkę do trawy. Oto ogród Pilchów po mutacji:

Ogród jest stary, dziki, nastroszony
porusza się, chwieje, trzeszczy
grubymi łodygami jeżyn, rude sójki
ostrożnie podchodzą do chorych jabłoni.
Skrzywione gałęzie plączą się ze sobą.

[***]

Gdzieś w połowie dzieła pt. Brzydkie zwierzęta, poetka Bielska powraca do motywu pomidorów, które w wierszach zdolne są do odczuwania mąk większych niż hiobowe. Na stronie 16. pisze:

Chore pomidory pachną dziko w słońcu.

[***]

Każdy uważny czytelnik w tym momencie pozazdrości poetce konsekwencji w opisie. Okazuje się, że pomidory, które na stronie 6. tomiku „dziko smakowały” dokładnie dziesięć stron dalej zaczęły „dziko pachnieć”. Konsekwencja – jak na poetkę – wręcz niespotykana.

W tomiku Brzydkie zwierzęta debiutująca wówczas poetka opisała także „przekwitłe i wilgotne palmy łubinów”, które „kurczą swoje długie palce” (s. 16). Owe cudowne rośliny wymagają do wzrostu szczególnych warunków. Najważniejsze jest powietrze, które w opisywanym przez córkę państwa Pilch ogródku jest: „duszne od zapachu dzikich malin” (s.19). Ci, którzy zazdroszczą poetce uzdolnień oraz utytułowanych rodziców mogliby zarzucić, że ów skład chemiczny atmosfery nie jest czymś wyjątkowym. Wszak mieszankę ową zna ludzkość od czasów Leśmiana. Ale czy Leśmian zdołałby za życia wymyślić: „Powietrze – dzikie i pachnące solą.” ( Sen, s. 26)? Albo czy inny twórca lub twórczyni polskojęzycznej kultury byliby w stanie wyobrazić sobie na przykład: „żółte powietrze, którym mogą oddychać tylko ćmy” (s. 40)?

Po przygodzie z debiutem spadkobierczyni rodu Pilchów pozostaje mieć nadzieję, że Pan Jerzy i jego Małżonka nie powiedzieli jeszcze swego ostatniego słowa w kwestii zachowania ciągłości rodu. Być może za którymś razem wstrzelą się w ten właściwy moment, w milisekundę dającą początek życiu, które połączy wszystkie familijne uzdolnienia.

Kategoria: Bez kategorii | 76 komentarzy »

komentarzy 76

  1. przemek łośko:

    Tadeusz, Łukasz i Rockhora to młodzież. Mają talent, ich artystyczny ouvre dopiero się kształtuje. Do tego, żeby narodził się w człowieku artysta, czy precyzyjniej – żeby twórca przerodził się w artystę – trzeba daleko więcej, niż tylko nabycie umiejętności obróbki tworzywa. 'Tylkoobserwator’ nigdy nie zostanie artystą. Twórca musi poddać się przeżyciu (przeżyciom) znacznie wykraczającemu poza rutynowe – w sensie społecznym – granice, żeby zostać artystą. W takim sensie bliżej i szczerzej jest artystką p. Szymborska, niosąca pochwałę drobiazgu i codzienności, niż młodzi chlubiący się „szaleństwami” ostatniej nocy. Maleńkie to szaleństwa, szaleństwa chomików.

    Przykład Dehnela i jego klasy, do której można zaliczyć Radczyńską, Mosiewicz, Wiśniewskiego, wszelkich smyczowych wszelkich wydawnictw pokazuje, że warto doskonalić się w poprawności, jeżeli chce się osiągnąć umiarkowany sukces i zaistnieć w znikającej godzinie. Nie są to osoby zupełnie pozbawione talentu, ale też najzupełniej i trwale odarte ze zdolności do bycia artystą. Te osoby poszukują życia biurowego, wygodnego i bezpiecznego i takie znajdują oraz ustanawiają. I takie życie ogłaszają normą, normą wartościującą jakość twórczości. Jawny błąd takiego rozumowania nie jest dostępny ich percepcji, gdyż „stawanie się” jako proces jest poza ich kulturową rutyną.

    Rynsztok nie miał żadnych większych ambicji, ale miał trzy małe: zniesienie cenzury, wynikającej ze wspomnianej Normy Radczyńskiej, zaszczepienie niezależności od kogokolwiek, stworzenie intelektualnej platformy do nieuprzedzonej dyskusji. Myślę, że pierwsze dwa cele zostały częściowo osiągnięte, trzeci natomiast nie, głównie dlatego, że dopiero całkowite zniesienie autocenzury i całkowite poczucie niezależności pozwalają na nieskrępowaną dyskusję. Duch socjalny okazał się mocniejszy od demiurga anarchii. Nie można jednak powiedzieć, że takiej próby na Rynsztoku nie było.

    Niemałą rolę w niepowodzeniu portalu odegrały życiorysy uczestników – bezbarwne i wygodne. Mój także taki jest. Należymy do wielopokolenia egzystencji bez większych wyzwań. Wyrwać się z walki o byt codzienny do walki o przetrwanie – ten kierunek nie kusi. Nie oceniam czy dobrze to, czy źle, ale uważam, że rozmowa, dyskusja, bez wymiaru ostatecznego jest dyskusją spłaszczoną do tego stopnia, że artyzm i piękno stają się w niej wyłącznie terminami, nie opisem przeżycia, sposobem życia.

  2. Tadeusz Borowski:

    A skoro już się tak dzisiaj rozgadałem i nieco wkurwiłem z powodu Izy, to powiem ci, Przemysławie, o jednej papryczce, która ci umknęła, a która ciebie również – między innymi – dotyczy.
    Zauważyłeś demonstrację dzieciaków krzyczących „Kcemy Trojanowskiego”? To dotyczyło wszystkich tych, pożal się boże intelektualistów, którzy tłumnie tutaj walą w poszukiwaniu….no właśnie, w poszukiwaniu czego? Krytyki literackiej? No bez żartów.
    To właśnie te dzieciaki, ich reakcja końcowa jest alegorią was wszystkich. Smakuj teraz papryczkę, smakoszu. Smacznego! Ja już od dawna się tu nie udzielam, ograniczając się jedynie do bluzgów pod adresem Trojana. Ciężko pracuje. Zasłużył sobie sowicie.
    Za smakosza się masz i w barze mlecznym się stołować przyszedłeś? Naleśniki polane śmietaną i „ruskie dwa razy poproszę” smakować”?

  3. Tadeusz Borowski:

    och, nie zauważyłem twojego wpisu w pośpiechu

  4. Tadeusz Borowski:

    trudno mi przeciwstawić coś polemicznego do twojego wpisu, bo po pierwsz: jestem rozeźlony, a po wtóre – podpisuję się pod tym, co napisałeś.

  5. Tadeusz Borowski:

    Tak, precyzyjnie i jasno napisałeś. Gdybym ja tak umiał, to właśnie tak bym to napisał.
    Po namyśle nawet gotów jestem zgodzić się z pierwszymi dwoma zdaniami. Tu ci muszę oddać. Potrafisz przekonująco pisać, wiem to nie od dziś.

  6. marek trojanowski:

    Tadek, a propos naleśników i ruskich oraz kawioru z bieługi.

    Jestem właśnie w Krakowie. Wczoraj zatrzymałem się w hotelu Park inn. Wszystko ładnie, pięknie, dobrze oświetlony, jest chłopak od bagaży, jest pani od sprzątania, jest gruby kucharz w obcisłym białym, dwurzędowym uniformie. W hotelowym foyer ustawione skórzane fotele w stylu art deco (ale podróby). przy ścianie kanapy, na ścianie wielka plazma z ustawionym CNN News. Oczywiście, żeby goście czuli się bardziej wyróżnieni pod stopami mają czerwoną wykładzinę. menu: schab w sosie kminkowym, łosoś z grila, jagnięcina itp.
    Wiesz co było nie tak? – otóż na tych kanapach pod ścianą, na oparciach była dwumilimetrowa warstwa kurzu. na odchodne pozostawiłem tam graffiti: „brudasy”.

    przeprowadziłem się do Honey Hostel. Wejście – brama, jak do kamienicy. Otwieram i czuję charakterystyczny zapach kociego moczu i śmietnika. schody obite gumoleum, ale barierka z kutego żelaza zdradza, że mają jakieś sto lat. na piętrze drzwi obite boazerią i napis: „recepcja” wchodzę. wszystko wygląda jak normalne mieszkanie. obsługuje mnie jakaś miła studentka w mini. pyta się, co na śniadanie? odpowiadam, że kawa i szklanka mleka – taka pozostałość z przedszkola, której nie potrafię się pozbyć. dziewczyna się uśmiecha i prowadzi mnie do mojego pokoju z łazienką (taką opcje wykupiłem). wyprowadza mnie z mieszkania-recepcji i prowadzi gdzieś na balkon od strony „dziedzińca” (jeżeli można to tak nazwać). widzę brudne podwóko, na przeciwko ściana bez elewacji oraz inne balkoniki mieszkań. jestem zachwycony, bo sobie myślę, że tutaj mógłby zostać napisany niejeden dobry tekst. w zasadzie nie musiał mi pokazywać mieszkania, bo już byłem zachwycony. ale po tym jak zobaczyłem mieszkanie – czyste, schludne, w starej kaminicy, ze starymi kaflowymi piecami, ze starymi deskami na podłogach, ze sterylną łazienką (chociaż w hotelu Park inn – do toalety, nawet tej w holu, dla gości – nie można się przyczepić. wszystko błyszczało i pachniało, włącznie z przyciskami geberitu, na których nie było widać odcisków palców).

    a dzisiaj pójdę na zapiekankę. na takim małym rynku sprzedają zapiekanki. największa kolejka jest przy okienku firmy „endzior” (nazwa zastrzeżona). mimo, że na ryneczku jest mnóstwo sprzedawców zapiekanek, do endziora jest nadłuższa kolejka.

    jaki jest morał z tej opowieści Tadku? są trzy morały: nie wszystko złoto, co się świeci, że wyborne potrawy nie muszą być podawane na rosentalach, oraz że warto ustawić się zawsze w najdłuższej kolejce po jedzenie.

    ps.

    wiesz, że w Honey Hostel hot spot jest za darmo. Dziewczyna bez problemu podaje login i hasło. Natomiast w Park inn musisz zapłacić 1,80 zł / za godzinę. Płatne gotówką, kartą kredytową itp. Tu hotel idzie na ręke gościom jeżeli chodzi o formę płatności.

  7. Tadeusz Borowski:

    odpowiedziałbym ci równie jędrnie, gdyby nie to, że mnie dzisiaj obraziłeś. Nie mam zamiaru w tym roku z tobą gadać.
    To , co mi napisałeś jest bluzgiem zupełnie nieporównywalnym do jakichkolwiek moich tych najbardziej brukowych. Więc mówię ci jeszcze raz: rozmawiał będę z tobą, jak zmądrzejesz, a narazie – pierdol się.

  8. Izabella z Jeleńskich Kowalska:

    Mnie od wczoraj intryguje myśl, jak to jest, że oficjalna notatka o Tomaszu Pohlu w wikipedii zawiera szesnaście linijek plus spis czternastu nagród jakie otrzymał ów autor, a o Bolesławie Facu są zaledwie cztery linijki frazesów, bez wydarzeń istotnych.
    Kto w takim razie w wikipedii decyduje o randze notatek. Dla mnie to przeinaczanie historii.
    W notatce o Bolesławie Facu nie ma słowa, ani o czasach strajków w stoczni gdańskiej, ani o tym, że co roku organizowany jest literacki konkurs w Gdańsku jego imienia (musi być przecież jakiś powód, że Fac został tak uhonorowany).
    A jakby tego jeszcze było mało, nie ma słowa o żadnej nagrodzie, jaką zdobył.
    Dlatego postanowiłam napisać o nim na Marka blogu.
    Co jest powodem nierównego traktowania poetów w guuglarni? Niechlujstwo, lenistwo, czy zabieg celowy?

  9. marek trojanowski:

    izka, wiesz jaki był powód powstania nonsensopedii? otóż wikipedia do dzisiaj uchodzi za skarbnicę głupot wszelkiego rodzaju jednak, żeby zdjąć z niej odium nonsensu została powołana nonsensopedia, w porównaniu z którą wikipedia ma być tą obiektywną, mądrą itp.

    o tym jak szybko można edytować wikipedie opowie ci pewnie Piotr Czerniawski. Może on ci wyjaśni jak skutecznie i szybko edytować hasła w wikipedii. Za przykład dydaktyczny posłużyć mu może notka o Jacku Dehnelu, który na wikipedii był do niedawna „tłumaczem poezji Osipa Mandelsztama” ale po tym, jak go obśmiano na nieszuflada.pl już tłumaczem poezji Mandelsztama nie jest.

  10. Roman Knap:

    marek
    Ale muszę choć ciut oddać sprawiedliwość – z tej infantylnej stronki Borowskiego dowiedziałem się przynajmniej jednego, że Dehnel bardzo pochwalił twoją podłogę, której zdjęcia tu zamieszczałeś (bo w ogóle Dehnel, jak widzę, brał Borowskiego za ciebie). Pamiętaj zatem, ze odtąd Dehnel darzy cię marek wielkim szacunkiem :)

  11. marek trojanowski:

    Nie sądzę, by Dehnel się wpisywał na stronie Borowskiego. To pewnie jakaś prowokacja jeżeli tam czytasz jakieś wpisy Jacka. (podobnie jak z Biurem Literackim na hmn).

  12. Roman Knap:

    Marek, nie, nie że wpisy, Borowski po prostu daje tam odsyłacz do Ns, do wymiany zdań między sobą a Dehnelem. Tak więc to z wątku na NS, pod tłumaczeniem Dehnela. Rzecz w tym, ze akurat wtedy nie śledziłem Ns i nie czytałem tego tam.

  13. marek trojanowski:

    no właśnie przeczytałem. racja.
    ale do rzeczy: to, że Jacek Dehnel pochwalił moją podłogę, to mnie nie dziwi. Sam bym się pochwalił. I z chęcią się Jackowi Dehnelowi zrewanżuję stosowną pochwałą, jeżeli uda mu się napisać coś równie dobrego jak mi (zakładam, że Jacek Dehnel ma zbyt delikatne dłonie oraz paluszki wypieszczone przez stado manikiurzystek, że nawet nie dotyka zapraw klejowych nie wspominając o cięciu cegły zatem na analogiczną „podłogową” realizację nie liczę). To, że Borowskiego myli z Trojanowskim to mnie też nie dziwi. W ogóle nie zdziwiłoby mnie to gdyby widział mnie za każdym rogiem i gdyby w krytycznych chwilach szeptał: „Marku, Marku, ohhhh, Mareczku, Mareczku….” – Ja po prostu tak działam na kobiety, na niektórych mężczyzn – tych bardziej kobiecych – także.

  14. Roman Knap:

    Marek
    Zachwyt Dehnela nad twoją podłogą jest dla mnie zrozumiały i naturalny. Mnie się ona też podoba. Ale czegoś mi tam brakuje…
    Bo widzisz marek, ja też mam w domu szlachetnie wykafelkowaną podłogę. Ale było mi mało, czegoś mi brakowało, więc pewnego dnia wziąłem i na jej środku wyryłem tekst, a la motto, inskrypcja, coś jakby tekst tablicowo pamiątkowy, mający zadumać każdego, kto na tę podłogę wejdzie.
    Brzmi on tak –

    PODŁOGA W KUCHNI ZAKOCHAŁA SIĘ W PILE,A PIŁA ZAKOCHAŁA SIĘ W PODŁODZE W KUCHNI. I TA ICH MIŁOŚĆ BYŁA TAK SZALONA, ŻE PEWNEGO DNIA PIŁA POCIĘŁA PODŁOGĘ W KUCHNI NA KAFELKI :)))

  15. marek trojanowski:

    kran też podpisałeś? jak nie, to mam dla ciebie motto:
    KRAN ZAKOCHAŁ SIĘ W TEJ SAMEJ PODŁODZE, KTÓRĄ POCHLASTAŁA PIŁA Z MIŁOŚCI.

    generalnie, to przestałem pisać po ścianach i podłogach w okolicach 3 klasy ogólniaka (tak, tak późno z tego wyrosłem), kiedy to zainspirowany muzyką jakiegoś zespołu afro chwyciłem za plakatówki i w kilka chwil na ścianie w swoim pokoju namalowałem scenkę rodzajową – bezludną wyspę z jedną palmą na ocenie, na tle zachodzącego słońca w którego kierunku leciały trzy mewy. To wszystko opatrzyłem napisałem: „sun of jamaica”. To wszystko działo się wieczorem. Na drugi dzień w okolicach południa każdy z domowników miał okazję zapoznać się z dziełem oraz w odpowiedni sposób przeżyć je estetycznie. rodzice wykazali jakieś tam zainteresowanie. Musieli się zainteresować, w przeciwnym razie nie urządzaliby ze mną pogadanki na temat sensu i bezsensu mazania ścian. bracia mieli to w dupie.

    no i tak się skończyła moja przygoda z malarstwem. a szkoda, bo kto wie jakie ziółko by ze mnie wyrosło, gdybym szkolił się w tym kierunku.

  16. Roman Knap:

    Marek
    Nie wszystkim rzeczom w swoim domu nanoszę tekst. Np. nie mają u mnie tekstu, ani bodaj nawet jednego słowa, te wszystkie rzeczy, o których wiem, że pójdą na śmietnik. Otóż tym wszystkim rzeczom, o których wiem, że pójdą na śmietnik, nadaję jedynie numer obozowy…

  17. marek trojanowski:

    a jakim tuszem tatuujesz? kohinoorem?

  18. Roman Knap:

    Marku, te numery obozowe na przedmiotach, o których wiem, że pójdą na śmietnik, nanoszę i tatuuję własną krwią! Własną krwią!

  19. Tadeusz Borowski:

    Przemek Łośko ->

    teraz na spokojnie. Nie przyjmuję do wiadomosci twojej krytyki i to wcale nie dlatego, bym pielęgnował w sobie zadufanie Malgorzaty Gołąbek czy Brzozy Birk. Krytyka tego, co tam piszę, może być zawarta jedynie w konwencji, którą wybrałem. A jest to konwencja stylizowana na A. Fredro. Na pewno obiła ci się o uszy dodatkowa księga Pana Tadeusza, którą napisał ;) Więc tylko takie spojrzenie trzeba mieć na uwadze. Więc jaki są zastrzeżenia? Do formy, czy treści? Formę już wyjaśniłem. A treść? Czy brak tu fabularnego, płynnego przejścia do meritum tego, co chciałem wykpić, czyli do tłumaczenia dehnelowskiego owej „Syreny”? Czy, dajmy na to, język Stachnika nie stoi w zgodzie z jego językiem używanym, na przykład, w komentarzach?
    Przytoczę dwa, które zapamiętałem:
    „Panią chyba słowacki wyjebał”.
    „Proszę sobie polizać cipę w głowie”.
    Czy chwalenie się Dehnela szóstkami w liceum dla udowodnienia, że racja w tłumaczeniu jest po jego stronie, nie warte jest wyśmiania? Czy zrobiłem to nieudolnie? (Cały czas zaznaczam, ze chodzi o poruszanie się w pewnej konwencji). Czy może treść jest zbyt prostacka, pozbawiona subtelnych aluzji, a podana wprost? Masz tu żywy przykład tego idioty knapa. Jak mógłby zrozumieć treść aluzyjną, skoro nawet uwagę o podłodze odczytał wprost, nie doszukując się podtekstu?

  20. Tadeusz Borowski:

    Ja wiem, ludzie mają rozmaite poczucie humoru.
    O! Na przykład ten idiota knap swoje zaprezentował tutaj:
    http://www.historiamoichniedoli.pl/?p=1853#comments
    Widocznie trafił u trojana w dziesiątkę, bo ten mu finezyjnie wtórował.

    Za to ten idiota knap też mógłby trafić na moją stronę, gdyby nie przeszkoda w postaci jego maleńkiej, karaluchowatej osóbki, którą co najwyżej można przyciśnięciem paznokcia zniweczyć, a nie zaszczycać umieszczaniem na stronie.

  21. marek trojanowski:

    Tadek, byłeś w tym roku na grzybach? ja przed chwilą wróciłem. Jestem trochę zawiedziony, bo lubię się nachodzić. w tym roku jest tyle grzybów, że nie nachodziłem sie w ogóle. po półtorej godziny wyszedłem z lasu.
    Zobacz, tak wygląda podgrzybek:

    .
    tak wygląda prawdziwek (ten z lewej):
    .

    .
    a tak dwa wiadra grzybów:
    .

    .
    Tadku, odejdź od komputera, wyjdź z domu i wybierz się do lasu. Nazbieraj grzybów. Zbieraj do tej pory, kiedy znów zaczniesz odczuwać przyjemność z pisania. Kiedy tak się stanie napisz coś. Mówię ci teraz jako twój długoletni znajomy internetowy – nie czytam cię już z przyjemnością.

  22. Roman Knap:

    Marek, doradź, czy wobec fałszywego oskarżenia, jakie padło na stronie Borowskiego, że sobie żartujemy z holocaustu, powinienem na nie odpowiedzieć, wyjaśnić i udowodnić, o co w tej „reklamie” z udziałem ofiar holocaustu naprawdę chodzi i że w tym wszystkim wcale nie chodzi o żart ani o wesołość? Czy naprawdę mamy wokół samych głupców niezdolnych niczego zrozumieć?

  23. marek trojanowski:

    romek, zrób mi przysługę, a mianowicie obudź mnie kiedy Tadek skończy opowiadać historię ze stanu wojennego o tych chujach w mundurach.

  24. Roman Knap:

    Marek, możliwe, że ty, macho i twardziel, się tym oskarżeniem ze strony Borowskiego nie przejąłeś, ale ja bardzo. Owszem, idzie zignorować słowa kretyna, złożyć je na karb jego kretyństwa, ale bywają sprawy, podstawowe, fundamentalne, ideologiczne, wobec których nie można milczeć, nawet jeśli za rozmówcę ma się skończonego głupca.
    Marku, bo przecież oskarżono mnie o to, że jestem bez serca. Niewrażliwy na ludzkie cierpienia, dramaty i tragedie. Oskarżono mnie o brak humanitaryzmu! I to nieważne, że oskarżycielem jest Borowski, ważne, że to nieprawda!
    Całe moje życie to nie tylko szyderstwa, prześmiestwa, humory, zabawa słowem, jebanie, dojebanie – nie! Bo całe moje życie to próba zrozumienia, to próba współodczucia, próba współuczestnictwa w życiu drugiego człowieka, jego myśli, jego słów i jego emocji.
    A zatem zmuszony jestem się bronić w tej wyjątkowej sytuacji. Inaczej bym się nie bronił, bo niech jestem sobie „nieudolnym grafomanem”, „idiotą”, „trollem”, ale nie jestem bez serca! Nie jestem bez duszy! Nie!
    Nie potrafię podjąć się spraw ogolnotragicznych, ogolnodramatycznych, w sposób populistyczny, tzn. że jest zło i że jest dobro, i że dobro jest cacy i w końcu zwycięża, że są źli i że są dobrzy, biali i czarni – ten tok widzenia rzeczywistości jest mi zupełnie obcy. Ale potrafię przeżywać, doświadczać konflikt złego i dobrego, i przeżywam go głęboko. Czasem tak głęboko, że właśnie wychodzę na tego „Złego”.
    Dlatego Marek, muszę tu pokazać fundament mojego „przeżywania świata”. I choćby był nieudolny, grafomański, zbyt hermetyczny, albo zbyt erudycyjny, to jednak muszę się bronić, czy też i inaczej – muszę bronić podstawowej wartości ludzkości – wzajemnego współodczuwania się, współprzeżywania się zarówno w szczęściu jak i w nieszczęściu! W złym i w dobrym.
    I tego dotyczy moje „Enter”, list z „Compositae” – wiem o tym – może jeszcze niedopracowany warsztatowo (a więc w sumie jeszcze do poprawki), niepopulistyczny, trudny w odbiorze i czytaniu, hermetyczny, ale za to – o humanitaryzmie, o jego przeżywaniu! To list dla mnie fundamentalny i właśnie w nim zawarłem podstawy swojej emocjonalności. Rysunek mojego serca. Odbicie w moim sercu spraw życia i śmierci, Dobra i Zła, Czasu.

  25. Roman Knap:

    .
    ENTER (fragment z „Compositae. Listy Pana dzieja i Moca i umpanie”)

    Och, Mocu, posłuchaj, co mi się ostatnio przydarzyło!

    Otóż Mocu wyobraź sobie, że między pewnego dnia a dziś wziąłem i zacząłem czytać książkę pt. „Księga dziejów. Kronika ormiańska” Arakela z Tebryzu, starego mnicha, który coraz gorzej widząc i chorując, napisał ją w klasztornych murach w latach 1651-1662 z rozkazu katolikosa (władyki, patriarchy ormiańskiego monofizyckiego kościoła gregoriańskiego). Otóż sięgnąłem po tą książkę, wydaną w Holandii w 1669 (a na język polski przetłumaczoną dopiero w 1981), bo głęboko podejrzewałem, że to może za jej sprawą w tamtych barokowych czasach nastała we Francji i w Europie wielka moda na dalekowschodnią egzotykę, a to znaczy ze względu na tych wszystkich paszów, sułtanów, szachów, szejków, padyszachów, urzędników dywanu, melików, muftich, subaszych i innych perskich i tureckich wielmożów i dostojników, a także na te wszystkie ich tureckie turbany i perskie dżigi albo np. na takie siekiery zwane nadżak, ale może najbardziej i przede wszystkim to oczywiście na te wszystkie seraje, karawanseraje (gospody) i haremy. I wprawdzie egzotykę „Listów perskich” Monteskiusza albo nawet „Sofy” Crebillona można wyprzedzić francuską edycją i przekładem „Baśni tysiąca i jednej nocy” (w 1707), ale owa wschodnia egzotyka ma korzenie wcześniejsze, w bitwie pod Wiedniem (w 1683), a nawet jeszcze wcześniejsze, skoro rozczytywano się wtedy w „Historii wielkich wezyrów” Chassepola (z 1676). Sądziłem więc, że w tej „Księdze dziejów” Arakela z Tebryzu znajdowano materiał do krzewienia osmozy kultur, Wschodu i Zachodu. A po drugie sam zresztą Mocu wiesz, jak rozkochany jestem w słowach i z jak wielką czułością je wszystkie przygarniam, toteż oczywiście postanowiłem przy okazji czytania tej lektury wzbogacić swój język i wypisywać sobie te wszystkie pięknie brzmiące egzotyczne słówka.
    Księga Arakela z Tebryzu, licząca sobie 57 rozdziałów i pełna biblijnych i i i i i i i i, już jednak od samego początku okazywała się narracją prowadzoną w religijno-narodowej osobie – Armenią, Ormianami, chrześcijaństwem, toteż od razu, szybko, nagle, prawie natychmiast i bezlitośnie stawałem się świadkiem martyrologii Ormian i tych wszystkich okrucieństw na ludności, jaką doznaje się mieszkając i żyjąc w Armenii, Azerbejdżanie i w ogóle na Zakaukaziu, na terenie walk, które toczą między sobą Persowie i Osmanowie, żołnierze z zaborczych i zachłannych państw ościennych, mających ambicje mocarstwowe. I to dlatego jednocześnie spisując piękne orientalne słówka typu wardapet (przeor), nywirak (nuncjusz), gawar (z orm. obwód, powiat), Dżgał (ciekawe imię, bo tureckie, ale o etymologii włoskiej), otóż to właśnie dlatego przy tej okazji wczytywałem się też, jak walczą Persowie z Turkami i potem jak ustają te walki, i jak Persowie zdobywają ziemię armeńską i jak nią zawładają. Tymczasem, gdy łypałem oczami na słowa chan, beg, atabeg, sibaja (machina oblężnicza), kyzyłbasza, chondkar (orm. nazwa władców, ale o źródłosłowie perskim ) i gurusz (turecka, ale od słowiańskiego „grosz”, nazwa ogólna srebrnych monet europejskich, będących w obiegu na dalekim wschodzie), kronika Arakela ze strony na stronę coraz bardziej zaczynała epatować okropieństwami, ciągłym przelewem krwi i ze zdania na zdanie, z rozdziału na rozdział stawało się dla mnie jasne, że oto czytam jedną z najbardziej krwawych, bestialskich, brutalnych, drastycznych, potwornych i nieludzkich książek, jakie kiedykolwiek czytałem, a to wrażenie, okropieństw i nieludzkości, ludobójstwa, szczególnie narosło, kiedy pewnego dnia Persowie zarządzili na wielką i niepojętą skalę deportację całej ludności armeńskiej ze zdobytych terenów do Persji (co nazwano wielkim surgunem). I od tego momentu, gdy Persowie zaczęli uprowadzony lud pędzić do Persji, Arakel, autor kroniki, przeżywający i nagle piszący już innym językiem, bo wciąż niewystarczającym, aby zdać sobie sprawę z okrucieństw zaborcy, najazdu, pacyfikacji, wygnania, masowego i narodowego przesiedlenia, i wciąż niewystarczającym, aby oddać męczeństwo narodu i ludności, zaczął krok po kroku i sukcesywnie mnożyć gwałty, krew, spustoszenie, płacz, udrękę, mordęgę i wszelkie tego synonimy tak szczególnie przejmująco, brutalnie, gwałtownie i z taką pasją, że aż wówczas ja, ja sam, mając serce zupełnie nieprzygotowane na świadkowanie takim zbiorowym zbrodniom na ludności zacząłem uciekać się do przycisku „eneter”.
    (Bo przecież żyłem w innym świecie, w którym zapanowała miłość i pokój, a tą miłością i pokojem rozwijałem się w wiedzę, gust i smak. A przecież potem jeszcze tą miłością i pokojem zacząłem we wszystko wątpić, wszystko relatywizować i już nie przywiązywać żadnej wagi do żadnych słów, stereotypów i rozpowszechnień, i na każde zapewnienie jak było i jak jest, miałem zawsze zapewnienie inne, że było i jest zupełnie inaczej, i wyszukiwałem błędy, nieścisłości, konteksty i znaczenia, bo przecież jest kłamstwo, zmyślenie, wymysł, fałsz, przeinaczenie, retoryka, perswazja i spisek, i gra, tylko gra! I przecież jeszcze tą miłością i pokojem zaczynałem wszystko przedefiniowywać, wszystko definiować na nowo i w nic nie wierzyć, w żadne słowo, bo jak wierzysz w słowo to znaczy, że klęczysz, a ktoś dymka cię w usta. Och, a przecież jeszcze tą miłością i pokojem wszystko zrobiło się tylko tekstem, przygodą, a każde słowo tylko cudzysłowem i kolejnym pyłkiem w spójnym braku idei, unikniętych jak ognia. Och, a jeszcze przecież tą miłością i pokojem, och tak, kochałem słowa, namiętnie, ale tak jak się kocha przedmioty i przecież w końcu brzydłem sobie, jak każdy w miłości i pokoju, te wszystkie słowa, które już znałem od innych.).
    Otóż więc, wracając od kroniki Arakela, zupełnie nieprzygotowany sercem, wiarą i współczuciem na te wszystkie wstrząsające zbiorowe nieszczęścia i zbrodnie zacząłem uciekać się do – enter.
    Och, błogosławione enter!
    Och, bo otóż spośród wielu pewnych dni był i ten, kiedy to po raz pierwszy przeczytałem ten oto wiersz:

    cim city (Paweł Lekszycki, z tomiku „Wiersze przygodowe i dokumentalne”, 2001)

    słońce przenika przez paski żaluzji. sufit
    jest moim niebem, gdy budując miasta,
    wchodzę we władanie mocy
    spuszczania pożarów i trzęsienia ziemi.
    tornado jest mi posłuszne.
    mieszczański motłoch jest mi posłuszny.
    za moim podszeptem zapalają się
    zarzewia buntu i zamieszki.
    za moim rozkazem bywają tłumione.
    w moich rękach są: szerzenie oświaty
    lub wzrost przestępczości. lata chude i tłuste.
    moim przywilejem jest zawyżać podatki.
    to ja sprowadzam na miasto i niszczę potwory.
    jestem źródłem rozrywki i pracy. mecenasem sztuki.
    to jest mój świat, więc nie mieszaj mi w głowie.
    nie rozmawiaj ze mną o motywie boga
    w poezji współczesnej. nigdy nie strasz mnie
    śmiercią. znam wszystkie kody na nieśmiertelność.
    enter

    Och, błogosławione enter!
    Bo otóż to enter, enter, enter to ono śniło mi się od tak dawna i wiecznie, że trzeba mi było dopiero pewnego dnia, żeby zrozumieć, że owe „enter” to nie tylko wejście w grę jako gracz-demiurg, gracz Bóg, nieśmiertelny w wirtualnym świecie, które sobie wymyślił, stworzył, zbudował i nim zarządza, ale również że to „eneter” to jest wyjście, binarny bliźniak wejścia, a więc też ucieczka, anul (od anulować), escape, wyłączenie się, wycofanie, opuszczenie, wyjście z gry, wirtualnej, audiowizualnej, ale i z tej literackiej, językowej.
    Och, błogosławione enter! Godne sławień, hymnów i alleluja!
    Bo otóż przy okazji tego, że to było pewnego dnia, to teraz mogłem czytać sobie kronikę Arakela z większym spokojem i za każdym razem czytając ją, gdy zaczynał mnie nagle przytłaczać ten cały tam potęgujący się nawał męczeństwa albo dramatyzm, tragizm i koszmar kolejnego jego fragmentu, i gdy był on już zbyt wstrząsający, zbyt ponury i nie dający mi się zachwycać nowym egzotycznym słówkiem, np. takim jak kabz (z arab. dokument finansowy, weksel, pokwitowanie wystawiane, że się jest wolnym i niezadłużonym) albo arza (z pers. list, podanie, prośba) albo jeszcze didopala (z gruz. tytuł monarchiń gruzińskich w królestwie Kachetii i Gemi oraz w królestwie Tyflisu i Kartlii, a być może nawet we wcześniejszym królestwie Cylicji), to och, mogłem więc wtedy zrobić proste łatwe i zwyczajne – enter! Och, mogłem zrobić enter i wyjść! Swobodnie odetchnąć! Odczekać! Odpocząć! Zagoić się! Oswoić! I tak to właśnie było wtedy gdy czytałem – „A wówczas Persowie, nie pozwalając ludowi wytchnąć nawet przez godzinę, popędzili go z okrucieństwem wielkim, zadając śmiertelne razy, wydzierając nozdrza i uszy…”. Enter. Robiłem enter i zaraz nagle zapominałem o wydzieraniu ludziom żywcem uszu, i mogłem wtedy o tym nie myśleć, i mogłem już sobie tego nie wyobrażać, mogłem się po prostu wtedy uspokoić i wrócić do swojego świata miłości i pokoju (A tą miłością i pokojem mogłem też dowiedzieć się co to jest nagromadzenie, epatowanie i jak się nami manipuluje środkami wyrazu, mogłem sobie też porównać ten styl np. do stylu Saint-Simona. A tą miłością i pokojem mogłem wrócić jeszcze do tych wszystkich pięknych nowych słówek, jakie spisywałem, bo przecież najważniejsze w miłości i pokoju to zawsze być niedaleko swojego pisania, tylko swojego!, a z obcego jak już to tylko korzystać do swojego, tylko swojego!). Potem więc oswojony mogłem już czytać spokojnie i na luzie dalej. „Poniektórym zaś, jak na przykład bratu katolikosa Arakela, Ogandżanowi, odrąbywali głowy i zatykali je na żerdziach. Ogandżanowi i innym odrąbali głowy na brzegu rzeki Jerasch i wbili je na żerdzie. A dręczyli Persowie ludzi takimi i okrutniejszymi jeszcze torturami…”. Enter. I znowu chwila spokoju… I już właśnie tylko w ten przerywany sposób, wyrwami, partiami, enterując, mogłem czytać tę dramatyczną kronikę, owszem, szczęśliwy że mogę w niej uczestniczyć, ujrzeć ten wyjątkowy świat demiurga Arakela, ale i szczęśliwy, że w każdej chwili mogę go swobodnie opuścić i wrócić do innego świata, w którym gra się już tylko łóżkiem, kawą, papierosami i wokabułami. Na przemian więc czytałem, że „Persowie dokładnie przeczesali cały wąwóz i znaleźli wszystkich ukrytych w rozpadlinach skalnych i za głazami, i rozgrabili ich dobytek, poniektórych zabili, resztę zaś goniąc przede sobą dołączyli do głównej gromady przesiedleńców…”, a w tym miejscu, gdy miałem już dość, robiłem enter. Uff. I szedłem sobie zapalić, wyjrzeć przez okno, a dopiero potem uspokojony wracałem i czytałem dalej – „I weszli do jaskini, natarli z obnażonymi mieczami na mężczyzn i kobiety i jęli ciąć bezlitośnie, a chrześcijanie na widok rażącego ich bez żadnego zmiłowania miecza perskiego jęli gromko krzyczeć, lamentować gorzko, szlochać i opłakiwać śmierć bliskich. I wzburzeni niczym wzburzone fale cisnęli się ku sobie nawzajem w przerażeniu i miotali się po jaskini szukając ocalenia, ale nie była dla nich ratunku…” Enter. Uff. Tak właśnie za pomocą och, błogosławionego enter!, przestawałem czytać i idąc do kuchni co najwyżej mówiłem sobie „o zgrozo!”, a potem wracałem do książki, do miejsca, w którym ją przerwałem i czytałem dalej. „Zaś Persowie wtargnęli hurmem do jaskini i zabijali chrześcijan śmiercionośnymi mieczami, poczynając od wejścia do jaskini aż do najdalszych jej zakamarków i zabijali wszystkich, i porozrzucali ciała jakby to była skoszona trawa…” Enter. Uff. O matko z córką! Straszne. Brr. To tak jakby powiedzieć „a śmierć trach! a śmierć bach!. „A ponieważ zabici zostali wszyscy nieprzydatni dla Persów mężczyźni i starcy, to podłogę jaskini zalewało morze krwi i wszystkie kamienie poczerwieniały. Enter. I wtedy następował spokój, luzik, taki że po chwili mogłem powiedzieć sobie – „och, ślicznie ten Arakel o tych kamieniach, ślicznie! Że poczerwieniały od krwi”. I mogłem potem czytać dalej – „Poniektóre z kobiet, dziewcząt, a także pacholąt, które uszły cało, widząc, że są w rękach oszalałych bestii w ludzkim ciele, które porwą je w niewolę, zbezczeszczą ich czystość, po stokroć wolały przyjąć wieniec męczeński niż żyć nadal, lecz w grzechu i męczarni, i wiele z nich, osłoniwszy twarz chustą albo rąbkiem sukni, skakało w dół z bezmiernej wysokości jaskini i tak ginęło. A ponieważ na dole w wąwozie rósł gęsty las, to ich spadające ciała przebijały wystające konary…”. Enter.
    Mimo wszystko wracałem jednak potem do pewnych fragmentów, nawet gdy już je miałem daleko za sobą, już przetrawione i oswojone, jak np. szczególnie do tego fragmentu o Ormianach, kiedy ukryli się, tym razem przed bandą dżalalich (dżalalaliowie to tur. rebelinaci, buntownicy, tworzyli bandy partyzancko-rabunkowe), w pewnej podziemnej pieczarze, i czytałem – „Niektórzy z tych dżalalich udali się do gawaru garrnijskiego, gdzie znaleźli sztucznie wykutą pieczarę, a w niej wielu ukrywających się chrześcijan, którzy chowali się tam w strachu przed nimi. Wielka ta pieczara wykopana była w ziemi i miała jedno tylko wejście, a nigdzie poza tym nie było żadnego otworu, żadnego kominka ani szczeliny. Dawnymi czasy książęta wykuli i wykopali tę pieczarę dla jakichś swoich potrzeb, a teraz ukryli się w niej ludzie ze strachu przed dżalalim. I kiedy przyszli dżalaliowie i znaleźli ich, to mimo wielodniowych starań nie zdołali zdobyć tej pieczary. Uciekli się wówczas do takiego sposobu: przynieśli ogień i rozpalili ognisko przed wejściem do pieczary, by dym z ogniska wchodząc do pieczary wykurzył tych, co się w niej znajdowali; a do ogniska wrzucili śmierdzącego trupa, którego smród wdzierał się pod ziemię. W pieczarze było mnóstwo ludzi, około pięciuset, a może i więcej. Z powodu ciemności paliły się tam kaganki. Enter.
    Ale nagle smrodem wrzuconego w ogień trupa zacząłem psuć powietrze w pieczarze. Enter. Co jest do kurwy nędzy?! Co tu się dzieje?! Enter! Enter!
    Skałami potniałem. Enter, do chuja! Enter, enter, enter!
    Poceniem się zacząłem z ludzi w pieczarze ściekać strumieniami. Enter, enter, czemu to nie działa?! Czemu nie działa ten kurewski enter!? Enter, enter!
    Kagankami zacząłem gasnąć, aż zgasłem ostateczne. Enter, na miłość boską! Enter! Enter!
    Ludźmi w pieczarze zacząłem puchnąć, puchłem nimi i pokrywałem się bąblami. Enter, och Boże zlituj się, to przecież tylko gra! Tylko gra! Enter! Enter!
    A potem tymi bąblami sączyłem się w żółtą ciecz. Enter! Och, Boże, już nie mogę, proszę, Bożę proszę, przecież to tylko tekst! To tylko tekst! Enter, enter, enter, enter!
    A potem tymi wszystkimi mężczyznami, kobietami, starcami, dziećmi i niemowlętami dusiłem się, mdliłem, opadałem z sił, omdlewałem, nie wychodziłem z pieczary i umierałem, umierałem ojcem i synem, umierałem matką i córką, umierałem braćmi. Enter!
    A potem tymi umierającymi ojcem i matką, umierającymi matką i córką i umierającymi braćmi obejmowałem się wzajem. Enter.
    Dżalalimi zaś czuwałem u wejścia, czekałem, aż ukryci ludzie poddadzą się i zdumiewałem się, że nikt nie wychodzi. Enter.
    Och…
    Och, a to wszystko potem zaczęło jeszcze pędzić i już gdzie tylko zatrzymałem wzrok na księdze Arakela, nawet przypadkowo, to byle nagle pojawiające w tekście słowo sprawiało, że zasysało mnie i już nie mogłem się oderwać i pędziłem z tekstem, zniewolony, na daremnie enterując, próbując wyjść, gdy przed oczyma stawały mi obrazy nieszczęść, wielkich głodów i dramatów, tragedii, jakie ludność zadaje ludności wojskiem.
    Och, wojsko. Enter. A potem tym wojskiem zdobywałem i zajmowałem ziemię, a potem ją bezcześciłem, plugawiłem, zamieniałem w zgliszcza i gruzowiska, łupiłem, zagarniałem, rozgrabiałem, plądrowałem, ogałacałem, wypleniałem, ścierałem ziemię z ziemi, a potem wyrzucałem mieszkańców z ich wsi i miast, i niewoliłem, pędziłem, gnałem gwałtem przed sobą gromady mieszkańców wysiedlanych, puszczałem z dymem siedliska, zapasy i zasoby, niszczyłem, wydawałem na płomień, rujnowałem i pustoszyłem, wypędzałem i zapędzałem ludność, samotną jak ludność, i pilnowałem, przeczesywałem wszystkie domy i miejsca, szukałem i wyłapywałem zbiegów, nie pozwalałem wytchnąć, popędzałem, nagliłem, groziłem, szczułem, popychałem, batożyłem ciosami kijów, płazowałem, rąbałem, raziłem, siekałem, biłem batogami, zadawałem udręki, męczarnie i śmiertelne rany, ciskałem na ziemię, wydzierałem nozdrza i uszy, poniektórym odrąbywałem głowy i zatykałem je na żerdziach, uprowadzany lud pędziłem i wielu wybijałem, karałem na gardle, porywałem i uwoziłem dziewczynki i chłopców wydarte z objęć rodzicom, zabijałem. Enter! Czerwieniłem się wszystkimi kamieniami po drodze. Enter. Kijami łamałem się i pękałem. Enter. A potem tymi dziewczynkami, chłopcami i rodzicami ładowałem zwierzęta juczne dobytkiem i szedłem, (żołnierzami wiedziałem, dokąd), płakałem, szlochałem, trwożyłem się, jęczałem, porzucałem słabych i chorych krewnych (którymi to słabymi, bezsilnymi i chorymi potem konałem), obalałem się na ziemię, przeprawiałem się przez rzeki, aż w końcu przybywałem i samotnymi jak ludność między ludnością osiedlałem się, urządzałem, a potem dawałem się nimi uciskać przez poborców podatków, biedniałem, ubożałem, przejadałem wszystkie zapasy, nędzniałem, chudłem, słabłem, żebrałem, prosiłem, błagałem, rozpaczałem, żaliłem się, płakałem gorzkimi łzami, pożyczałem, marnotrawiłem, nie spłacałem, szlochałem, oddawałem syny i córki, bałem się wtrąceń (więzieniami czułem, gdzie), przymuszałem się, kombinowałem, słuchałem namów, poddawałem się i w końcu zacząłem udawać. Enter. enter. Potem więc tym udawaniem udawałem gwałtowników i grabieżców i nimi dziesiątkowałem, wytrzebiałem, zgładzałem i wytępiałem pewną ludność, samotną jak ludność, przez mordy i branie w niewolę, a to znaczy, że pustoszyłem, łupiłem, rozszarpywałem mienie, rabowałem, siałem postrach, zarąbywałem, wytracałem, męczyłem, srożyłem męki, wydawałem na śmierć, aż rozsiekałem wszystkich mężów i starców, wziąłem w niewolę ich żony i dzieci, i potem zacząłem tymi żonami starzeć się, a dziećmi rosnąć, służyć, pracować, osadzać się, rdzennić i rozmnażać, i potem jedną częścią z nich spędziłem jakąś ludność, samotną jak ludność, a to znaczy zgromadziłem mężczyzn, kobiety, starców i dzieci w wąwozie między urwiskami i wyciąłem ich w pień (a potem zacząłem się tymi mężczyznami, kobietami, starcami i dziećmi wydostawać i uciekać, zbiegać w góry, lasy i pustynie, kryć się, chronić, umacniać i zbroić w górskich niedostępach, jaskiniach i szczelinach skał), a drugą częścią z nich zacząłem się buntować, podburzać, oddzielać i zaciągać do band, w jakie wcześniej zbijałem się resztkami innej ludności, samotnej jak ludność, którą opuszczałem domy, przerażałem się, panikowałem, zgrzytałem zębami, nie widziałem znikąd pomocy, rozbiegałem się, nie dawałem się wyłapywać, błąkałem i uchodziłem półcało, gdy jakimś garnizonem wojska spędzałem ludność do przesiedleń. Pochodniami zapłonąłem się u tych band i już dalej tymi bandami wdzierałem się i wtargiwałem, podpalałem zabudowania, zrywałem i obalałem dachy, rozbijałem mury, rozkopywałem podłogi, szukałem schowków, chwytałem mieszkańców, wiązałem pęta, wieszałem za nogi, ręce i narządy rodne, ucinałem uszy, przebijałem strzałą nosy, katowałem, pastwiłem, dręczyłem głodem i pragnieniem, biłem łańcuchami, pałkami i drągami, torturowałem, przypiekałem żelastwem. I paznokciami tych mieszkańców odpadałem z palców. A potem tymi mieszkańcami bolałem, krwawiłem, krzyczałem, wydzierałem się, nie znosiłem więcej bólu, pokazywałem skrytki, wznosiłem skargi, głośno lamentowałem, narzekałem i biadoliłem, goiłem się z ran, dobrzałem, zdrowiałem, pozostawałem przy życiu, przejadałem wszystkie zapasy i cały prowiant, coraz trudniej zdobywałem pokarm, głodowałem, chudłem, marniałem, potajemnie wykopywałem loszki, zwabiałem podstępem obcych, zabijałem ich i po troszku zjadałem, gotowałem w kotłach ludzkie ręce, nogi i kawałki ciał, gromadziłem się w żebraków i strasznie bałem się wilków padlino i ludożernych. A potem tymi wilkami podchodziłem pod domostwa, zjadałem zwłoki, porywałem dzieci, rzucałem się na osłabionych i zacząłem powracać do lasów i gór, między drzewa. Konarami tych drzew zacząłem się potem przebijać w ciała zrzucane albo rzucające się w przepaść, wyprzedzając nimi w zabijaniu trawę, grunt i ziemię. Miejscem dalej stawiałem opór. Enter. I tym oporem muszę już kończyć ten list, bo doprawdy zupełnie nie wiem, ile mi go jeszcze wystarczy, aby w tym wszystkim co się tutaj dzieje, jeszcze pisać.

  26. KK IP: 89.79.14.216:

    Mansztajn i Pasewicz? :)) Panie Trojanowski, Pan chyba nie umiesz czytać poezji i jedyne co Pan umiesz to tworzyć własne i głupkowate teoryjki. Niech Pan nie wkłada Pasewicza w usta każdego młodego poety, tylko dlatego, że zna Pan tylko jego. Można doszukiwać się różnych wpływów w ksiązce Mansztajna, tutaj się zgadzam, ale Pasewicz? Matko Bosko Kochano, który Pasewicz? Wczesny, późny, middle age? Ależ z Pana głupek :)

Chcesz dodać coś od siebie? Musisz, kurwa, musisz!? Bo się udusisz? Wena cię gniecie? Wszystkie wpisy mogą zostać przeze mnie ocenzurowane, zmodyfikowane, zmienione a w najlepszym razie - skasowane. Jak ci to nie odpowiada, to niżej znajdziesz poradę, co zrobić

I po jakiego wała klikasz: "dodaj komentarz"? Nie rozumiesz co to znaczy: "załóż sobie stronkę i tam pisz a stąd wypierdalaj"?