Jarosław Lipszyc, Poczytalnia. poczekaj mi mamo

26 lutego, 2009 by

.

Był rok 2000., był i minął. Tak zwyczajnie się skończył. Pamiętam, że byłem bardzo zawiedziony tą pospolitością. Pani, która w telewizji wróży codziennie z kart i przepowiada przyszłość każdemu, kto się do niej dodzwoni, przepowiedziała mi zresztą nie tylko mi, ale wszystkim, którzy wówczas oglądali kanał astro.tv że w sylwestra 2000 r., znany mi świat legnie w gruzach. Że na jego zgliszczach wykiełkuje jakość do tej pory nieznana, rzeczywistość bezprzymiotnikowa, dla której dopiero trzeba będzie wynaleźć określenia.
Zgodnie z trzyminutową relacją telewizyjnej specjalistki od czasu przyszłego, koniec świata miał wyglądać następująco (cytuję dosłownie. Dobrze zapamiętałem wróżbę nie dlatego, że zapłaciłem za nią 190 zł, które doliczono mi do rachunku telefonicznego, ale z powodu scen drastycznych, które mi pani wywróżyła):

Wróżka: Ziemia się rozstąpi. W płomieniach zginie większość ludzi, ale pan przeżyje.
Ja: A żona?
Wróżka: Ona też
Ja: Jest pani pewna?
Wróżka: Tak, ale się upewnię. O następna karta… chwilę… chwilę… to wisielec, oznacza śmierć. Jednak nie, i ją czeluść pochłonie. Tak, niestety, ona także…
Ja: Uff, co dalej.
Wróżka: Będzie koniec świata.
Ja: Ale ja na pewno przeżyję?
Wróżka: Tak, bez wątpienia, karty mówią, że tak.

Pierwszego stycznia 2001 roku nic się nie zmieniło. Obudziłem się jak zwykle u boku tej samej baby, z którą od lat żyję, u boku której od lat zasypiam, której smród z zepsutych zębów od lat wącham. Gdyby nie ten fetor zgnilizny, który wieczorem i tuż nad ranem bywa szczególnie nieznośny, może nie miałabym szczególnych powodów do narzekań. Jednak ani gumy miętowe, ani tik-taki, które jej podsuwałem każdego dnia i tuż przed pójściem do łóżka nie skutkowały. Tyle razy jej mówiłem o postępach w dziedzinie stomatologii. Opowiadałem o bezbolesnych znieczuleniach i o tym, że już nie boli. Ale ona zamiast na dentystę wolała wydawać pieniądze na wykałaczki, którymi wydłubywała naprawdę spore kawałki jedzenia z dziur w zębach. Brała je następnie między palce, rozgniatała i wwąchiwała się w fetor, który wydzielał się z nadgniłych resztek jedzenia.

Dlatego łatwo sobie wyobrazić powód, dla którego jak nikt inny na świecie, to właśnie ja, wyczekiwałem katastrofy milenijnej. Cudu odmiany, który się przytrafia raz na sto lat.

Równie łatwo można sobie wyobrazić moją pretensję do świata, który się nie zmienił; moją nieufność do panów i pań z telewizji; mój brak wiary w moc kart tarota. Każdego poranka i każdego wieczoru te same żale, te same pretensje tyle że za każdym razem odrobinę większe. Miałem pewność, że to tylko kwestia czasu zanim ta narastająca substancja psychiczna osiągnie któregoś dnia masę krytyczną. Świadomość, że długim nożem kuchennym zakończę życie istoty, która dosłownie zatruwała mi życie, dodawała mi ochoty do życia.

Dzisiaj, tj. 26 dnia miesiąca luty roku 2009 odczułem na chwilę ulgę. Nie dlatego, żeby moja żona odwiedziła w końcu gabinet stomatologiczny. Nie dlatego także, żebym ją zamordował a odciętą głowę ukrył w hermetycznie zamykanym pojemniku. Przyczyna poprawy mojego samopoczucia była inna. Okazało się co odkryłem dopiero po 9. latach beztroskiej niewiedzy – że w 2000 roku świat był o krok zaledwie od katastrofy, że ten sam krok dzielił mnie od ocalenia.

Otóż 2000 roku w warszawskim wydawnictwie Lampa i Iskra Boża wydany został tomiczek Jarosława Lipszyca pt. Poczytalnia. Tomiczek tomiczkiem. Niby zbiór wierszyków wieszcza polskiego, ale jednak nie. Nie w tym konkretnym przypadku. O jakości tej poezji, o zbawiennym novum, o sile w niej zawartej równej impetowi asteroidy przedzierającej się przez atmosferę by pizdnąć w ziemię i spulweryzować ją, zmienić w kosmiczny pył, przekonuje już pierwszy tekst słuchaj, który Lipszyc zadedykował Tomaszowi Januchcie. Oto fragment:

to oczywiste mówisz jak dla ciebie nic
a dla mnie wszystko traci kolory i ląduje w ostro skontrastowanym
to syndrom kastracji powiem re
interpretacja reinkarnacji o!
jakbym w ogóle nic nie mówił
nic nie zmienia faktu że cmok cmok absmak
ale soczyście

Gdyby na powierzchni mojego mózgu znajdowało się o 10 fałdek więcej, zapewne w chwili, w której odkryłem istotę przerzutni: re interpretacja miałbym swojego (sic!) penisa w lewej dłoni, ściskałbym go tak, jak tylko ja potrafię i masturbowałbym się płynnym ruchem: góra dół, góra dół.

Akt samogwałtu byłby krótki. Dotrwałbym zaledwie do frazy: cmok cmok absmak. Nie mam pojęcia, co znaczy i co znaczyć może kategoria abmsak, ale wiem jedno, że w tej samej chwili, w której bym się doczytał do tego cmokającego miejsca w tekście, miałbym dosłownie w garści kilka miliardów istnień ludzkich. Minutę po tym, jak wtarłbym lepką, białawą ciecz w spodnie poczułbym się przez kilka sekund jak uczestnicy konferencji w Wannsee w czterdziestym drugim, którzy właśnie osiągnęli porozumienie we wszystkich ważnych kwestiach.

Z nieuchronnym nadejściem strony kolejnej zmienia się moje samopoczucie. Lipszyc pisze:

te zdania pąki zdań pęta
zapętlenia
prawdziwe barokowe szaleństwo!
powoli można zaśmiecić odwrócić uwagę od pewności
rutyny naszych splątań

W tym miejscu nie w głowie mi już samozadowolenie, ale troska o dobro kultury narodu polskiego. Chwytam za telefon, dzwonię do ministerstwa kultury i zadaję proste pytanie:

Czy z polskim rękodziełem wszystko w porządku? Jak tam panie od makram i gobelinów?
Czy nowe pokolenia Polaków, na pracach ręcznych w podstawówce uczone są narodowej techniki wytwarzania ozdobnych kwietników ze sznurka do snopowiązałki? Czy sekretna sztuka splotu sznura, z którą równać się może japońska origami, przetrwa?

Sekretarka ministra obiecuje, że wszystkie moje pytania przekaże panu ministrowi, kiedy tylko ten wróci z ważnego posiedzenia. Odkładam słuchawkę. Wczytuję się dalej, ale nie na długo. Kilka wersów dalej zaczyna mi głowa podskakiwać. Czytam:

zdania są krótkie
wersje ostateczne
poglądy ustatkowane
tonących się nie uraduje

W tej samej głowie, która podskakuje rodzi się pytanie o sens wyrażenia:

tonących się nie uraduje

I znów sięgnąłbym do rozporka. Bowiem nowatorski, neolingwistyczny manewr bojowy wymiana t na d zawładnął mną bez reszty. Niestety, jak zwykle o tej porze dnia pojawiła się małżonka z tym samym pytaniem:

– Obciągnąć ci?

Dziwne jak łatwo można nauczyć się separacji niektórych zmysłów. Ostatnio uświadomiłem sobie, że nie muszę zatykać palcami nosa by nie czuć zapachów. Mimo wewnętrznych sprzeczności sensualizm jest do zanegowania z pozycji samego sensualizmu.

Wracając jednak do Lipszyca i do katastrofy, która minęła świat zaledwie o włos. W neolingwistycznym na wskroś tomiku pt. Poczytalnia jednym z najciekawszych, bo najbardziej zbliżających do katastrofy, tekstów jest dyptyk obłędny. Jarosław Lipszyc staje wręcz na wysokości języka (bo przecież nie zadania), gdy wymyśla swoje potworniki (to neolingwistyczny rebus: potwory + języki):

…ciekawość którą trudno
i nudno wtłoczyć w cienkie rurki…

...słowo dawno wyszło z życia…

…duszy mężatki z dwojgiem dzieci która pewnego dnia
wstaje zza stołu od komputera taśmy montażowej biurka i biura…

…przyjdą się źle bawić w karty
dań tańczyć dancing i cafe cologne wielki bal z otwarcia…

…naiwne myśli co jest co co co….


I tak każdy kolejny lipszycowy neolingwistyczny potwornik z tomiku Poczytalnia zbliża mnie do prawdy o milenijnej katastrofie, którą przeoczyłem ja, której nie dostrzegł świat, a w szczególności moja żona ze swoim spróchniałym uzębieniem. Teraz mogę mieć jedynie pretensję do wydawnictwa Lampa i Iskra Boża, że nie zadbało o odpowiedni marketing dla lipszycowego dzieła. Jestem pewien, że gdyby tylko świat w 2000 roku obiegły lipszycowe słowa:

trawa jak papier ścierny niebo jak ścierka rozpostarte na proszek przyklejony do płótna
widzę zatacza małe i duże koła
pikuje w dół

(obrona cywilna)

albo:

rozsypię trutkę i wślizgnę się w trud snu

(miłosny akt analogii)

lub o:

wiecznym odpoczynku w pancernym sejfie

(rozpocząć akcję asenizacyjną)

Gdyby tylko poeta zdecydowałby się dziewięć lat temu ogłosić swoje słowa poza nakładem 500 egzemplarzy Poczytalni gdyby nie tylko rodzina i najbliżsi znajomi, ale cały świat dowiedział się o tym wszystkim, co polski wieszcz neolingwista miał do powiedzenia – właśnie w tej chwili mielibyśmy dziewiąty rok ery zlodowacenia za sobą, moja żona robiłaby za zamarznięty kawałek mięsa, a ja siedziałbym przy ognisku i wymyślał nazwy dla tych dziwnych stworzeń futerkowych z zielonymi siekaczami, których pełno dookoła.

nu-zajc-nu-pagadi.jpg

Kategoria: Bez kategorii | 14 komentarzy »

komentarzy 14

  1. Ewa Bieńczycka:

    Czy Twoja żona nie jest przypadkiem Mao Tse-Tungiem? Jerzy Pilch pisał kiedyś felietony o tym władcy i jeden z kilku poświęcił wyłącznie zębom Mao. To był chyba najśmieszniejszy i najlepszy tekst Pilcha.
    Dobry humor jest zawsze nieśmiertelny, bez względu, jakiego używa się w twórczości sposobu. Humor spaja, jest bezczasowy, nie posiada żadnego zabarwienia i nie ulega deformacji. Jest zawsze czysty, bez względu jakich obyczajowych świństw się używa.
    Szkoda, że Lipszyc jest w tym tomiku tak mało dowcipny. Czytam i czytam i czytam wciąż od nowa i może dzisiaj znajdę.

  2. Izabella z Jeleńskich Kowalska:

    Urzędnik od klasyfikacji rodzajów zawodów po przeczytaniu neolingwisty Jarosława Lipszyca, miał obowiązek wpisać do grupy zawodów nową profesję:

    -wróżbita (poetycki)

    I nie wiem dlaczego jeden profesor fizyki tak się burzy na opisany, sklasyfikowany porządnie nowy zawód w przepisach urzędu pracy.
    Pewnie nie czytał dzieł polskich neolingwistów.

  3. Ewa Bieńczycka:

    Obok humoru, którego nie ma, nawet tego ironicznego, charakteryzującego młodzieńcze występy muzyczne Lipszyca o Żydach, nie na humoru noir.
    Jest jeszcze problem kalamburu.
    (…) słowa już nie bawią się w kotka i myśl (…) (długie słuchaj) napisze Lipszyc
    (…) jestem umiarkowany j a k ubek i j a k ubikacja wierny przesądom(…) (dyptyk obłędny)

    Kalambury wkradają się w wiersze jak rymy. Jak dawniej poeci szukali rymu ciekawego, to rezygnowali też z sensu na rzecz tego wyszukanego słowa, odkrycia, z którego nie opłacało się rezygnować, bo pasował, bo tam dobrze siedział.
    A jeśli, wierząc Jungowi, czy Freudowi, to można przyjąć, że słowa nie przychodzą do nas przypadkowo. Freud udowadniał, że stłuczona filiżanka ukochanej przez nas świadczy, że tak naprawdę jej nie kochamy. Nigdy by się nie stłukła, nie upadła. To nie jest przypadek.
    I teraz te nieznośnie kalambury, które, jak Iza słusznie zauważyła, kalectwo człowieka podnoszą do wartości.

    A swoją drogą, to wypada też pytać o ten ciągle pojawiający się w Waszym pokoleniu klozet.
    Ja wiem, że papier toaletowy w stanie wojennym to było trofeum zdobyczne, to wszyscy jak korale na szyli nosili bezwstydnie, ale czy fatycznie coś podobnego mogło tak zaciążyć na pokoleniu moich dzieci? I u Marka Trojanowskiego też jest. Zęby to nowość, widzę. Chociaż zęby też w PRL-u to było to. Nie było dobrych past, nawet prezenterzy telewizyjni mieli popsute.
    Ot, pokoleniowa czkawka.

  4. Ewa Bieńczycka:

    Nie odczytałam tak Izo tego tomiku Lipszyca. Tam widzę raczej zaangażowanie w ból świata i młodzieńczą niezgodę na jego odwieczne, wredne prawa. Nie wróży Lipszyc poprawy takiego stanu, też nie widzę tam żadnych wizji wskazujących na katastrofizm takiego stanu rzeczy. Jarosław Lipszyc językiem poetyckim chce jedynie ten stan zilustrować. I właśnie ten język jest nieznośny, gdyż rezygnacja z komunikatywności (poezja nie musi być komunikatywna) nie wnosi nowej jakości. Ratunkiem miał być język w jego nowym, wittgensteinsteinowskim poznaniu. Ale neolingwistą być nie jest łatwo. Dostajemy szyfr jedynie, bardzo trudny w czytaniu, bardzo niepotrzebny. Świadczy o tym tez frustracyjny tomik poezji wydany przez poetę w ubiegłym roku. Poeta nie widzi szans dla poezji w jej pierwotnym katharsis. Budowaniu przez poetę swojego uniwersum, przez jej rolę wzrostu wewnętrznego dla niego. Ona jest ciągle ilustracyjna.

  5. przemek łośko:

    Ewo,

    boziu miła, kiedy był Freud, kiedy Jung? To prehistoria psychologii.

    Co do reszty, to nie nie szafujmy może słowem „poeta”.

  6. Ewa Bieńczycka:

    Poezja nie ma czasu. Poezja nie ma nazwy. Albo ktoś ośmiela się niepokoić kosmos, albo nie. To nie jest kwestia nazwy, tylko przyzwoitości. Gwiazdy nie są do zabawy, boby nocka była zła.

  7. Izabella z Jeleńskich Kowalska:

    Nie tylko ja wyczułam fluidy czarodziejskie, wcześniej przede mną wychwyciła je Joanna Mueller
    A potem napisała pochwalny tekst o „Poczytalni”

    „Lipszyc popisuje się rzemiosłem magicznym, które opanował do perfekcji.”

    Recenzja została napisana kilka lat temu i wreszcie rzemieślnik neolingwista doczekał się wpisania na listę zawodów.
    Teraz już może się przedstawiać:- dzień dobry jestem wróżbitą. (lepiej brzmi: dzień dobry, wróżbita jestem)

  8. Izabella z Jeleńskich Kowalska:

    ha! Ewa Szelburg-Zarembina napisała o nocy co ma w fartuszku pełno gwiazd.
    ps.
    Wczoraj w Gdańsku miejscy radni odrzucili Jana Brzechwę na patrona szkoły. Dzieci i rodzice zgłosili poetę na patrona swojej szkoły.
    Radni PiSu wypomnieli mu wiersze ku czci generalissimusa
    Ani jeden radny opozycyjny nie wychylił się. Ciekawe czy Kaczka Dzwiaczka była tego powodem, czy dzik jest dziki.

  9. Ewa Bieńczycka:

    Poważnie, Izo?
    U nas na Śląsku pewnie dlatego, że nie wysuwają,, ani dzieci, ani rodzice, to nie ma problemu. U nas jest Morcinek, który wymyślił, że Katowice mają nazywać się Stalinogród, ale za to Żydem nie był i tak dobrych rzeczy nie pisał, mimo, że dla dzieci pisał bardzo dużo. Więc szkoły są pod jego patronatem i ulice. Polska to klimaty umiarkowane, a więc żadna się nie przeciśnie wielkość. Tylko średniość.

  10. Izabella z Jeleńskich Kowalska:

    Nie usunęli Morcinka? za dewiacje? Biedne dzieci nie zdają sobie sprawy jakim deprawatorem jest ich patron.

    A co do Jana Brzechwy, uważam, że radni nie znają ani życiorysu poety, ani jego wierszy. Obawiam sie, że Aleksander Wat tez nie zostałby patonem szkoły, od razu wypomnieliby mu opozycyjni radni komuchowate poglądy w młodości.
    Myślę, że radni głosujący przeciw zdali sobie sprawę ze śmieszności. Zostali wyśmiani przez mieszkańców Gdańska.

  11. przemek łośko:

    ale o co chodzi z tym nazwaniem ulicy, skweru? zmarły nie przejawia próżności.

    ulicę można nazwać: D47. zarówno mieszkańcy jak i radni mają wiersze i życie Brzechwy w dupie.

    w starciu poglądów liczą się tylko Ci, z którymi ścieramy się teraz. strasznie ich mało: siedmiu, może siedemnastu.

    proceduralny radny, salcesonowy mieszkaniec mogą sobie co najwyżej palec w dupę wsadzić, żeby stwierdzić, że nie są wymarzoną kurą z mławy.

  12. Izabella z Jeleńskich Kowalska:

    nic nie można nazwać bez zgody rady miasta, a dzieci chciały szkołę nazwać imieniem poety. Miały dość numeru.

    Sprzeciw radnego w takim wypadku jest bardzo medialny. Za darmochę staje przed kamerami. Wszystkie gazety ogólnopolskie i trójmiejskie lokalne o tym pisały i wymieniały nazwisko radnych.

    Malwy są na poligonie heh.

  13. Ewa Bieńczycka:

    Izo, wystarczy wejść w google i zobaczyć, ile jest szkół Gustawa Morcinka u nas. Przez ulicę Gustawa Morcinka przechodzę idąc do mamy, więc bardzo często, mieszka obok tej ulicy.

    Myślę Przemku, że to ma jakiś sens, chociaż numerowanie ulic i projektowanie w miastach ulic w kąty proste, jak jest w Stanach, jest bardzo wygodne i przejrzyste. Jak się przekonać, ilu jest w Polsce antysemitów inaczej. Przecież każdy antysemita publicznie Ci powie, że kocha Żydów, jak ksiądz Jankowski w telewizji. Ale dzieje się, dzięki tym wymianom, tej rotacji bandytów, tym przepychankom. To też są ślady, też jakieś historyczne doświadczenia, dowody na wariactwo narodu. Ja się urodziłam w Przemyślu, ale moje szkole koleżanki w Stalinogrodzie. To jednak kawał historii.

  14. Ewa Bieńczycka:

    Zanim przejdziemy do kolejnych neolingwistów, chciałabym jednak obronić Jarosława Lipszyca, jako najinteligentniejszego frustrata z tej grupy poetów.
    Zwróćcie uwagę na wiersz: w kwestii smaku raz jeszcze kontynuujący myśl słynnego powiedzenia Zbigniewa Herberta odnośnie komunizmu. Pretensja pokoleniowa :

    (…)należy się pogodzić zapłacić że nie należy
    nie wolno się ruszać żeby istnieć
    nie trzeba myśleć wiemy że prawda
    umarła że pojęcia da się wykluczyć zapić zabić(…)

    jest tu wyartykułowana bardzo wyraźnie, gorzko i nie neolingwistycznie. Ten ani krzyk pokoleniowy, ani skowyt, ani skomlenie, jedynie skromna rezygnacyja jest niczym nowym w ustach dzisiejszego poety. To takie same młodopolskie Przerwy- Tetmajera, tylko w aprobacie, a nie potępieniu:

    (…) Dawniej się trzeba było zużyć, przeżyć,
    by przestać kochać, podziwiać i wierzyć;
    dziś- pierwsze nasze myśli są zwątpieniem,
    nudą, szyderstwem, wstrętem i przeczeniem(…).

    Dalej w wierszu Lipszyc:

    (…)kiedy otrzepywaliśmy się ze złotego pyłu mieliśmy bardzo głupie miny
    dawno kiedy oswajaliśmy chrom żeby wąskie blachy nie kaleczyły nas w ręce żeby srebrzysta
    szklistość oczu nie rozpłynęła się w gładki beton
    chrom zardzewiał i wszystko poszło na marne(…)

    Widzisz Marku, to nie jest kwestia Wisielca. Lipszyc nie jest ani magiczny, ani awangardowy, ani wieszczący. Jest jak każdy z nas, borykający się z prozą życia, z niedogodnościami pozyskania pieniędzy, z kłopotami pożądania i jego wydatkowaniem w najprzyjemniejszy sposób. Lipszyc nie cierpi za miliony, nie cierpi za neolingwiztów, których jak wieloosobowego golema w Warszawie w latach około milenijnych powołał.
    Lipszyc robi ukłony w tym kierunku dzieląc wyrazy jak pierwotniaki z których powstają zupełnie ich nowe znaczenia. Używa ni w pięć ni w dziesięć słowa hortensja, mojego ulubionego cmentarnego kwiatu.

    (…)próbuję pretensji hortensji rewerencji(…)
    (się)

    Wie, że neolingwizm został powołany do życia tylko dla pozyskania decyzji urzędniczych, czyli pieniędzy:

    (…)nic nie znaczące słowa przekomarzanek płatanie figlów i labiryntów
    słownych lub niesłownych ale nieźle płatnych(…)

    (słowa na zamówienie)

    ale w sumie, to nie ma nic wspólnego z awangardą. To bardzo egzystencjalny, konfesyjny tomik, najprawdopodobniej najlepszy w dorobku poety. Wątpię, by Jarosław Lipszyc po ubiegłorocznych Mnemotechnikach miał odwagę być poetą w dalszym ciągu. I tak jak pieniądze zostały wydane, tak została wyszastana poezja.

    (Co z naszym blogowym 1% procent? Nie jest Marku łatwo. To sztuka o wiele trudniejsza niż pisanie wierszy.
    Wpadłam dzisiaj zaciekawiona uwagą Przemka o Winiarskim do nieszuflady, gdzie płacz za Starowieyskim. Tu nigdy nic się nie zmieni. I już nie gombrowiczowska pupa, tylko panuje zwyczajna, ordynarna dupa.)

Chcesz dodać coś od siebie? Musisz, kurwa, musisz!? Bo się udusisz? Wena cię gniecie? Wszystkie wpisy mogą zostać przeze mnie ocenzurowane, zmodyfikowane, zmienione a w najlepszym razie - skasowane. Jak ci to nie odpowiada, to niżej znajdziesz poradę, co zrobić

I po jakiego wała klikasz: "dodaj komentarz"? Nie rozumiesz co to znaczy: "załóż sobie stronkę i tam pisz a stąd wypierdalaj"?