Jacek Dehnel, Tytan z plastiku

22 stycznia, 2010 by

.

Był rok 1980 . Naród, który na ustach czuł jeszcze metaliczny posmak papieskiego pierścienia szykował się do odnowy duchowej i do odnowy tej ziemi – polskiej ziemi. Czujne oko władzy dostrzegło ów zamiar i władza także postanowiła się przygotować na odebranie kolejnego porodu idei w historii. Zmobilizowano ZOMO, wojsko i MO. Rozdano dodatkowe komplety uzbrojenia. Na resortowych wtryskarkach wyprodukowano odpowiedni zapas gumowych pałek. A generał w zaciszu swego gabinetu pisał przemówienie do narodu. Na słowa: „Obywatelki i obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej! Zwracam się dziś do Was jako żołnierz…” naród będzie musiał poczekać jeszcze rok.

Ale rok 1980 obfitował także w wydarzenia niezwykłe, przy których wyczyny solidarnościowców tęskniących za ciepłymi posadkami w zarządach związków zawodowych blakną. Otóż w tym roku urodził się słynny bramkarz Artur Boruc, który pełnię swego talentu ujawni w 2009 r., w eliminacyjnym meczu z Irlandią Północną. Dwa miesiące później tego samego roku przyszła na świat Anna Mucha. Kto nie zna Anny Muchy – kobiety, która słynie z tego, że w tydzień czasu jest w stanie zgubić 14 kilogramów tłuszczu z okolic brzucha i bioderek? A jej mimikę, w szczególności sposób mrugania prawym okiem przeszedł do kanonu warsztatu aktorskiego. Podobno sztuki puszczania oczka na tzw. „Muchę” uczą w rosyjskiej szkole baletu, pekińskiej operze oraz w Hollywood.

Sześć dni po tym jak odtwórczyni roli Madzi w serialu M jak Miłość ujrzała pierwszy promień sztucznego oświetlenia na sali porodowej pani Dehnel powiła synka, różowego bobaska, któremu dano na imię Jacek.

Jacek Dehnel urodził się 1. maja 1980 r. Oprócz tego, że był to dzień wolny od pracy, to także był to dzień szczególny, skoro niespełna tydzień po biskupi zebrani na Konferencji Episkopatu Polski ostrzegli przed „niepokojącymi zjawiskami negatywnymi w życiu społecznym, kulturalnym, gospodarczym, i politycznym”.
Jakie to zjawiska mieli na myśli włodarze kościoła rzymskokatolickiego w Polsce? Dziś możemy się domyśleć i podziwiać zdolności profetyczne episkopatu wspieranego mocami pozaziemskimi.

Jacek Dehnel, jak można przeczytać w licznych biogramach jest: polskim gejem, poetą, tłumaczem, prozaikiem i malarzem. Interesuje się rysunkiem. W wolnej chwili zasiądzie u boku pana dyrektora Zachęty, to wystąpi w TVP (nie mylić z TVN Turbo). „Jego wiersze były tłumaczone m.in. na baskijski, francuski, gaelic, łotewski, słowacki, słoweński”. Sam zaś zabłysnął jako Laureat Nagrody Kościelskich (2005) i Paszportu Polityki (2006). Jest też znany z tego, że niektórych nagród jak Angelus (2007) i Nike (2009) nie dostał, chociaż było blisko. Sam o sobie mówi:

żelu nie używam, we fraku chodzę wyłącznie do opery (i z pewnością nie noszę do niego melonika), zwrotu „kurwa mać” nie stosuję

[Jacek Dehnel | 2007-06-03 13:16:35]

O poecie Jacku Dehnelu świat usłyszał od innego poety – Czesława Miłosza. Ów utytułowany przyjaciel Iwaszkiewicza natychmiast dostrzegł potencjał w dorastającym młodzieńcu. Przeczytawszy (albo i nie) „Żywoty równoległe” (wyd. 2004) napisał:

Pojawienie się nowego i niewątpliwie prawdziwego poety jest zawsze rzeczą radosną (…). Poetyka jego wierszy jest mi bliska i nie ukrywam, że ona to skłoniła mnie do tego pochlebnego sądu”

Niestety, nie dane było mu się zbliżyć oraz zaznać pełni smaku poetyki „nowego i niewątpliwie prawdziwego poety”, bowiem tuż po lekturze debiutu młodzieńca Czesław Miłosz umarł. Jedni mówią, że ze starości. Inni milczą.

Namaszczonemu Krzyżmem Czesława, młodemu poecie z dnia na dzień zrobiło się jakby lżej, jakby łatwiej.

Ale nie wszyscy jednak podzielali wiarę Miłosza w potencjał drzemiący w Jacku Dehnelu. Oprócz przebrzydłych zawistników łasych na trofea, które przypadły w udziale utalentowanemu młodzieńcowi uwagi krytyczne zgłosił też wybitny znawca literatury polskiej i światowej, ekspert w dziedzinie poezji i kosmicznych znaków von Daenikena, krytyk, prozaik i poeta – Jakub Winiarski. W recenzji „Żywotów równoległych” Winiarski napisał:

„Cóż, mnie, człowieka innej epoki zdecydowanie mniej przekonały utwory Jacka Dehnela i skromniejszy jest mój zachwyt, a w istocie: zachwytu we mnie generalnie brak. Mnie wiersze Dehnela kojarzą się ze stylistycznymi wprawkami, zręczne to i bez błędów, ale – paradoks taki dostrzegam – wierszem jest tu nie każdy wiersz. Nie przekonuje mnie sprytny zabieg antydatowania utworów, mający uwiarygodnić ich językowy anachronizm i stylizację, nie bawią mnie koncepty quasi-klasycystyczne w dedykacjach („Niegdyś niesłusznie dedykowane pannie…”) i tylko dandysowska aura tej liryki wydaje mi się poruszająca, bo śmieszna”

Jacek nie zraził się słowami krytyki. Nie miał zresztą ku temu powodów, gdyż błogosławieństwo Czesława Miłosza otworzyło mu drzwi salonów literackich. Rok po debiucie młodzieniec odbierze nagrodę Kościelskich. Później Paszport Polityki za rok 2006 w kategorii „literatura”. Do szczęścia brakuje jeszcze Nike, Angelusa i oczywiście Nobla.

Zastanawiające jednak jest to co się stało z wybitnym krytykiem – Jakubem Winiarskim.

Otóż wystarczyło kilka miesięcy by krytyk zrozumiał krytykowanego poetę – uświadomił sobie, w którym momencie popełnił błąd. W recenzji kolejnego tomiku Dehnela „Wyprawy na południe” (wyd. 2005) Winiarski napisał:

już Dehnela lepiej rozumiem, już mnie nie rozbawia tak bardzo jego emploi, uważam, że emploi nieważne, bo Dehnel ma talent bardzo duży i że ciekawsza jest jego wersja klasycyzmu od wielu, jakie pojawiły się na polskiej scenie poetyckiej w ciągu ostatnich przynajmniej dziesięciu lat.

Ale taka samokrytyka nie zadowoliła Winiarskiego. Obcując z dziełami Jacka Dehnela długo, często i namiętnie w 2006 r. Jakub w recenzji zbioru pt. „Wiersze 1999-2004” (wyd. 2006) wyznał:

Poezja Jacka Dehnela – a przynajmniej wiersze do tej pory przez niego napisane – najmocniej chyba stawia pytanie o czas. Ale nie w sensie jego łatwego do zaobserwowania „przemijania”, lecz w jego tajemnym stosunku do kultury i sztuki, której najdoskonalsze wytwory przejawiają się jak gdyby w przestrzeni, gdzie władza czasu nie sięga, lub sięga słabiej, ze znacznie stępionym ostrzem. Zdaniami tym – poza wszystkimi dalszymi ich implikacjami – chciałbym dziś zasygnalizować zmianę swojego nastawienia do poezji Dehnela, z którą pierwsze moje zetknięcie, jak dziś to widzę, nie było bardzo fortunne.”

W niespełna dwa lata „stylistyczne wprawki” zmieniły się w dzieła filozoficzne, w których mędrzec rozstrzyga istotę sekundy, minuty i godziny zadając pytania o sens czasu i przemijania.

Dokonał się cud pierwszy – Nawrócenie Krytyka. Cudem drugim była przemiana dandysa w filozofa. Jacek Dehnel bardzo dobrze odnalazł się w tej roli. Jako filozof – miłośnik mądrości wszelkiej – zna się na wszystkim, wszystko umie i w ogóle jest taką intelektualną złotą rączką. I tak:

.
Jacka Stosunek do polityki.
.

Jest rok 2006. Władzę w Polsce przejęli bracia Kaczyńscy. Roman Giertych jako minister edukacji zarządza na poziomie szkół podstawowych, w gimnazjach i w szkołach średnich obowiązkową uniformizację. Przy okazji – w trosce o dobro duchowe narodu – zabrał się za „oczyszczanie” kanonu lektur z elementów antypolskich. Wylatuje m.in. Gombrowicz.

Jacek Dehnel nie pozostał obojętny na takie niszczenie dziedzictwa kulturowego. Pogrążył się w filozoficznej zadumie, przemyślał wszystko raz, przemyślał drugi raz. Następnie zebrał się w sobie i jednym tchem wyrzucił ze swojego filozoficznego wnętrza następującą myśl:

to, co robi polski minister edukacji jest, moim zdaniem, żenujące. Minister Łybacka była żenująca, minister Wiatr był żenujący. Ale Giertych i Orzechowski to już spełnienie najgorszego koszmaru, to nieuctwo jakiego nawet Ochab chyba nie reprezentował.

[Jacek Dehnel | 2007-06-03 14:31:51]

Prawda, że to głęboka myśl? A wszystkim, którzy zgłosiliby pretensje do takiej oceny relacji kultura – kolejni ministrowie rządów zaczynając od roku 2004, Dehnel odpowiada:

ja, jako obywatel kraju, który opłaca tych patafianów, mam święte prawo krytykować ich, kiedy w sposób oczywisty kompromitują siebie i Polskę, udowadniając zupełny brak kompetencji.

[Jacek Dehnel | 2007-06-04 20:36:59]

Tworząc podwaliny nowej koncepcji myśli politycznej, w której kluczową rolę odgrywać będzie kategoria: „żenujące”, „żenująca” i „żenujący” oraz pojecie „najgorszego koszmaru” i „patafiana” Jacek Dehnel objawił się jako doskonały teoretyk polityki dorównujący Clausewitzowi, co zapewne nie zostanie przeoczone przez biografów.

.
traduttore traditore
.

Unikalny talent Dehnela ujawnia się szczególnie w jego roli jako tłumacza. I tak, w lipcu 2009 r. na portalu nieszuflada.pl publikuje tekst Carla Sanburga pt. A Coin, Bronzes.

Translatorski kunszt Jacka Dehnela objawia się nie tylko w dziele ale i w polemice z argumentami krytycznych czytelników. Oto dowód.

Pierwsze wersy oryginału Dehnel przetłumaczył następująco:

Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu,
Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.

[Jacek Dehnel 2009-03-16 00:43:08]

Jedna z krytycznych czytelniczek zwróciła uwagę na osobliwość wspólników zacierających się we mgle. Przeczytawszy oryginał (Your western heads here cast on money, / You are the two that fade away together / Partners in the mist), poszperawszy trochę w głowie, trochę w słownikach Ewa Poniecka – bo o niej mowa – zwróciła utalentowanemu tłumaczowi uwagę, że:

Pan chyba nie rozumie wiersza „Moneta”, nie można tłumaczyć tak mechanicznie jak Pan to robi, lecz należy poznać kontekst i sens słów.
tłumaczy Pan początek:

Wasze zachodnie głowy tutaj, odlane w metalu,
Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.

toż to brednia buffo i jakaś nieudolna kalka!

Po pierwsze monety się bije (tutaj cast) a nie odlewa, odlewa się dzwony, czy armaty lub pomniki, monety się bije. I jest to w języku polskim związek frazeologiczny „bić monetę”,
który też doskonale oddaje proces technologiczny, polecam na Żelaznej przed Mennicą Polską obejrzeć wystawioną prasę… do bicia, nie do odlewania.

a dalej w tłumaczeniu zagubiony jest Pan jak dziecko we mgle:

„Dwaj, którzy razem się zacierają,
Wspólnicy we mgle.”

czy Pan w ogóle orientuje się o czym mówi wiersz w oryginale, do czego sie odwołuje?????
Można pomyśleć, że pisze Pan, ni w pięć ni w dziewięć, o jakichś bimbrownikach pędzacych samogon na zacierze gdzieś w leśnej mgle koło Limanowej…

Panie Jacku, bardzo lubię Pańską prozę, ale do poezji to Pan głowy nie ma i poza powielaniem schematycznych form jak pantum, pokazuje Pan, nie po raz pierwszy, że poezji Pan nie czuje.

[Ewa Poniecka | 2009-03-16 14:02:00]

Nasz bohater nie zdał się zbić z pantałyku. Nie takie zarzuty odparł, nie takie uwagi przeżył. Z wrodzoną sobie finezją i taktem odpowiedział:

Fajnie, że Pani mnie posyła do mennicy (mam niedaleko), ale wystarczy do słownika – gdyby Sandburg chciał napisać „minted”, to by tak napisał. Nasze „bicie” monety to właśnie „to mint”. „Cast” to „odlewać” właśnie. Proszę nie poprawiać autora, autor wiedział, co pisał.

[Jacek Dehnel | 2009-03-16 21:32:06]

Ewa Poniecka to nie Jakub Winiarski. Zresztą kobiety są złym materiałem na dobrych konwertytów.

Pokazując, że w jej żyłach zamiast delikatnej, wycackanej krwi menstruacyjnej płynie stężony kwas siarkowy odpisała:

Kompromituje się Pan :)
Pan nie zna angielskiego, już któryś kolejny raz pisze Pan

„Good-by” to „Żegnajcie”.
GOOD BYE – Panie Dehnel, or welcome to the dictionary. a „where”(gdzie) myli sie Panu z „when”(kiedy) „My, którzy nadchodzimy, kiedy was już nie ma,”

twierdzi Pan ze „cast” to odlewać, nie rozumie Pan postawowych zwrotów,
skąd Pan wziął prerie w liczbie mnogiej? I nade wszystko arcynieudolne „Dwaj ktorzy sie razem zacierają” pomijam błędy z kolejnych wierszy, poziom żenujący:(, obawiam się
że byłby Pan bez szans na rozszeżonej maturze z angielskiego.

Bez satysfakcji stwierdzam po tym co Pan tutaj opublikował, że się Pan ośmiesza porywając sie na tłumaczenia poezji amerykańskiej. Panie Jacku, wygląda na to że nie zna Pan ani języka ani kultury amerykańskiej. Nie uważam sie za znawczynię, chociaz będąc tam 4 razy, przejechałam je wzdłuż i wszerz, Pan jednak jest – Pan wybaczy – ignorantem idącym w zaparte, jak młokos.

ps.
Wracając do „cast”, może Pan sobie „odlewać” nawet „w metalu”, ale będą Pana polewać. Może zacznie Pan uczyć Amerykanów angielskiego i wytłumaczy im to słówko.

Ten prosty wiersz Pana przerasta, od początku do końca Pan bredzi i nawet do głowy Panu nie przychodzi, że słowo cast dotyczy wizerunku „western heads” który moze być przedstawiony (cast!) na banknocie lub monecie, jak głowy prezydentów, Statua Wolnosci, Indianin czy inne.

Pan odlewa z metalu monety magicznym słówkiem cast w dehnelowym rozumieniu.
Pozostaje tylko powiedzieć Panu w dehnelowym angielskim „good-by” czyli Dehnylu żygnaj;)


[Ewa Poniecka | 2009-03-17 00:14:42]

Jacek, mianowany 2006 r. przez Winiarskiego na filozofa, ma tę rzadką przypadłość, że nie myli się nigdy (z akcentem na „nigdy”). Wybadawszy po tonie wypowiedzi, że Ewa Poniecka nie da się łatwo przekonać do jego wersji angielszczyzny, że jest ona tego rodzaju kobietą, której definicje zapisano w słowniku pod literką W jak Walkiria postanowił użyć argumentu terminalnego, który ostatecznie przechyliłby szalę zwycięstwa w tej jakże zaciętej polemice na jego stronę. Stawka jest niebagatelna. Nie chodzi tu o „odlewanie” czy „bicie” monet, nie chodzi tu też o poezję, literaturę i jakość przekładów literackich ale o prestiż. Jeżeli chodzi o kwestie prestiżu i honoru Jacek Dehnel działa szybko i bezkompromisowo – niczym legendarna brzytwa Okchama (sic!). Odpisał:

P. Poniecka:

Jasne, że nie znam angielskiego. Dlatego właśnie kończyłem klasę dwujęzyczną z wykładowym angielskim, pisałem z angielskiego maturę, a magisterium – z translatoryki na przykładzie Larkina.

[Jacek Dehnel | 2009-03-16 23:52:32]

I wszystko jasne.

Inny rodzaj uzdolnień translacyjnych Jacek objawił przy okazji pracy nad przekładem wierszy łotewskiego poety Karlisa Verdinsa (Karlis Verdins, Niosłem ci kanapeczkę, wyd. 2009). O tym, że Jacek jest dobry z angielskiego, bo zdawał z tego języka maturę o tym wiemy z jego rozmowy z Ewą Poniecką. Ale czy Jacek Dehnel miał ocenę celującą z łotewskiego? Podobne pytania nurtowały innych miłośników poezji:

Tłumaczył Pan z łotewskiego? To jestem pod wrażeniem, bo ja wiem tylko, że „nams” to dom, „”iela” to ulica, „kalns” to wzgórze, „parstavnieciba” to przedstawicielstwo, a „filiale” to filia, oddział. Wiem, bo dwa lata tem zakładałem w Rydze przedstawicielstwo spółki, w której pracuję, a rok temu musiałem je przekształcać w oddział:-)


[ Maciek Froński | 2009-06-07 22:48:07]

Jacek Dehnel odpowiedział:

Nie znam łotewskiego.

[Jacek Dehnel | 2009-06-07 23:51:46]

Zatem jak powstało polskie tłumaczenie wierszy łotewskiego poety Verdinsa? Przetłumaczyć instrukcję obsługi pralki można przy użyciu słownika. Do tego nie trzeba specjalnej wiedzy filologicznej. Ale tłumaczenie poezji to inna sprawa. Czyżby kolejny cud? Wszystkich zainteresowanych tłumacz Dehnel odsyła do „Od tłumacza”, w którym wszystko wyjaśnia.

Ale jak to w życiu bywa znaleźli się tacy – nazwijmy ich „konserwatystami” – którym rewolucyjna metodologia przekładu sie nie spodobała.

Pierwszym był Andrzej Tchórzewski – poeta i tłumacz, który występując pod pseudonimem „lusia gremplarka” napisał:

byli już tacy, którzy tłumaczyli z gruzińskiego nie znając nawet liter gruzińskiego alfabetu lub z nieistniejących języków takich jak mołdawski(rumuński używany w Mołdawii) czy tadżycki(perski z Tadżykistanu.)Tłumaczenie z „rybek”(przekładów filologicznych) kojarzy się z socrealizmem i ociera o hochsztaplerkę. Zapewne „lansowanie” (głównie siebie),bo żeby coś zasadnie promować z jakiejś literatury trzeba znać tę literaturę i wiedzieć, co wybrany przez nas autor znaczy w tej literaturze. W przeciwnym razie jest to zwyczajna dezinformacja przypadku współpracy pracy z „nejtiwem” są jeszcze problemy psycholingwistyczne i pytanie o zakres kompetencji językowych „współpracownika”(Kłania się „późny” Chomsky).Naturalnie, końcowy rezultat może być zupełnie znośny, zwłaszcza dla osób wierzących w cuda. Weryfikowalność takich przekładów jest bliska zeru. Sprawę ratuje cmokierstwo lub snobizm.

[ lusia gremplarka | 2009-06-08 22:42:39]

Inny tłumacz i poeta – Roman Kaźmierski – podzielił pogląd Tchórzewskiego:

Nie akceptuję tzw. rybek, jako sposobu na tłumaczenie z innego języka. Po ponad 25 latach pobytu i znajomości języka szwedzkiego w jego wszelkich wariantach (co było nieodzowne w moim zawodzie), mam coraz więcej wątpliwości, niepewności itp. niż w początkowych latach życia tutaj.
(…)
Przez szacunek dla Autorów obcojęzycznych, przez szacunek dla ich języka, przez pokorę wobec nieprzetłumaczalności poezji w ogóle – znając i język, i literaturę szwedzką, przekładam bardzo rzadko, z wielkimi oporami i poczuciem niepowodzenia.

Życzę, oczywiście, powodzenia temu tomowi łotewskich wierszy. Pozdrawiam –

Roman Kaźmierski

[Roman Kaźmierski/nrml | 2009-08-06 21:58:55]

99,99 % populacji tego świata przyznałoby rację Kaźmierskiemu i Tchórzewskiemu. Zresztą chłopaki wiedzą, o czym piszą. Pierwszy od lat przekłada z języka szwedzkiego drugi tłumaczy poezję anglosaską, francuską, gruzińską i hiszpańską. Ale pozostała jedna setna populacji uważa owo przekonanie, że: „tłumaczy się teksty z języka, który się zna” w epoce komputerowych programów tłumaczących, słowników elektronicznych, translatorów google’a jest zwykłym anachronizmem. Trzeba przecież iść z duchem czasu!
Wydaje się, że i Jacek Dehnel należy także i do tej mniejszości. Przypuszczenie owo potwierdza jego odpowiedź starszemu koledze :


Pański argument sugerował nie wprost, że należy mieć za sobą ćwierć wieku obcowania z językiem, żeby przekładać – oczywiście muszę się zgodzić z tym, że wieloletnie obcowanie z językiem wielce pomaga tłumaczowi. I biję się w piersi, że nie obcowałem przez ćwierć wieku z łotewskim, ale podałem usprawiedliwienie: nie jestem w wieku emerytalnym, ba, nie mam nawet 40-tki i – z uwagi na to, że nie urodziłem się Łotyszem – nie miałem okazji obcować z łotewskim przez tyle lat. Ale równocześnie można podać szereg przykładów na słynne tłumaczenia, które zrobili poeci nie znający języka oryginału, lub znający ten język krótko i pobieżnie.

[ Jacek Dehnel | 2009-08-08 11:50:32]

Teoria przekładu tekstu literackiego Jacka Dehnela to nauka w sobie. Wszystkich zainteresowanych tą rewolucyjną metodologią zachęcam do lektury „Od tłumacza” w Karlis Verdins, Niosłem ci kanapeczkę. Książeczkę można kupić na Allegro od SuperSprzedawcy o nicku KoliberGdansk za jedyne 19,99 zł. Niecałe dwie dychy za dzieło rewolucyjne? To prawdziwa okazja.

Oprócz tłumaczeń z (dosłownie) obcych Jackowi Dehnelowi języków, nasz bohater robi karierę w TVP.

.
Telewizja Polska
.

Od września 2006 do czerwca 2009 Jacek występował jako jeden z prowadzących w programie kulturalno-rozrywkowym Łossskot. Nie mówił zbyt wiele, ale był i to się liczy. O programie i swojej w nim roli Dehnel pisze:

Program „Łossskot” jest programem, w którym on sztuce wypowiada się trzech dyletantów – użytkowników (i zarazem twórców) kultury, a nie ekspertów. Taka jest formuła tego programu

[Jacek Dehnel | 2007-06-04 20:36:59]

Telewizja publiczna realizowała misję i program ten początkowo emitowany był o przyzwoitej porze. Nie trzeba było polewać się zimną wodą, by doczekać. Trójka prowadzących: muzyk Tymon Tymański, dziennikarz Maciej Chmiel i poeta Jacek Dehnel odwalali kawał dobrej, kulturalnej roboty. Poprawka. Dobrą robotę odwalał Tymon Tymański, który sposobem ekspresji oraz artystyczną energią przytłoczył kolegów. Doszło do tego, że Jackowi pozostało się tylko uśmiechać przed kamerą.

Ludzie to zauważyli. Niektórym zrobiło się przykro. Inni zaś odnieśli wrażenie, że ekscentrycznie ubrany młodzieniec, z czarną laseczką w dłoni jest elementem wystroju wnętrza studio nagrań. Pojawiły się więc głosy: „Jacku! Dlaczego? Powiedz, dlaczego to robisz?!”. A ten, nigdy obojętny na głosy swoich fanów, odpowiedział:

pracuję tam dla pieniędzy, bo np. do komfortu pracy potrzebuję własnego mieszkania bez współlokatorów (choćby najmilszych) i martwienia się, czy znajdę kogoś do wolnego pokoju od września, potrzebuję książek, płyt i od czasu do czasu wyjazdu w jakieś miłe miejsce. A dzięki Łossskotowi mam to dzięki stosunkowo interesującej (rozmowy o kulturze) pracy na względnie rozsądnych warunkach.

[Jacek Dehnel | 2008-10-03 17:28:4]

Zaś wszystkim tym, którym się nie podoba jego telewizyjne wcielenie radzi:

Jeżeli jakość Łossskotu jest dla Pana za nisko, to przecież nikt Pana nie zmusza do oglądania tego programu. Ja nie oglądam, ba, nawet telewizora nie mam – i żyję.

[ Jacek Dehnel | 2008-10-11 23:55:38]

Czy to nie dziwi, że współtwórca programu nie ogląda swojego dzieła?

Wkrótce, kiedy okazało się, że oglądalność Łossskotu porównywalna jest do oglądalności reklamy pianki do golenia emitowanej o wpół do szóstej rano, pojawiły się plotki o tym, że ów program kulturalno-rozrywkowy może zniknąć z anteny. Czy Jacek się zmartwił? Nie chodzi o pieniądze, ale o kulturę, która bez Łossskotu byłaby przecież uboższa. Jaka była jego reakcja, kiedy w lipcu 2009 r., w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst pod tytułem: „Program kulturalny w TVP nie potrzebny”? Dehnel odpowiada:

wieści o likwidacji „Łossskotu” chodzą od dwóch lat mniej więcej :) A ja na szczęście przynajmniej od roku jestem w komfortowej sytuacji „będzie, to będzie, nie będzie, to nie będzie”. Oba rozwiązania mnie satysfakcjonują, co jest bardzo wygodne.

[Jacek Dehnel | 2009-08-02 08:56:36]

Kolejnym pracodawcom Jacka Dehnela życzymy tak utalentowanego pracownika, który nade wszystko ceni sobie „komfortowe sytuacja”. Jego podejście „będzie, to będzie, nie będzie, to nie będzie” nie jest może tak rewolucyjne jak tłumaczenie poezji z dosłownie obcych języków, ale jakże modne i popularne.

.
Na zakończenie

.

Za sto lat każdy historyk literatury, który podejmie się próby analizy fenomenu Jacka Dehnela, będzie musiał odpowiedzieć na pytanie: „czy on był zawsze taki?”. Otóż, co może wydać się niebywałe (chociaż kategoria „niebywałe” nie ma jeżeli chodzi o Jacka Dehnela zastosowania), już dziś z łatwością można znaleźć odpowiedź. Otóż: on zawsze taki był. Był najlepszy w przedszkolu, podstawówce, liceum i na studiach.

Hola, hola! – ktoś mógłby przerwać opowieść i zadać pytanie: „A gdzie matura?”
Tym ciekawskim odpowiada jak zwykle nasz filozof, poeta, prozaik, tłumacz, malarz:

Maturę z rozszerzonego angielskiego, dziękuję, zdałem w 1999 roku na 6.

[Jacek Dehnel | 2009-03-16 23:52:32]

Później były studia. Studencka asceza, życie wolne od imprez, z dala od studentek, które w okolicy 2.-3. roku zrobią wszystko, by złapać męża, opłaciło się:

Nie musiałem płacić za warunki i powtarzanie, bo zdałem wszystkie egzaminy.

[ Jacek Dehnel | 2008-12-08 23:09:34]

W pocie czoła, rezygnując z przyjemności tego świata, żyjąc życiem pełnym wyrzeczeń nasz bohater otarł się o absolut. I nie chodzi tu o gatunek wódki, ale o szczególny rodzaj wiedzy, która stała się wyczuciem a wyczucie wiedzą w dodatku w skórkowej oprawie z nadrukiem PWN. Jacek Dehnel objawia światu swoją najgłębszą tajemnicę:

Tak się składa, że moje wyczucie i moja wiedza są zgodne ze słownikiem

[Jacek Dehnel | 2008-11-13 16:43:08]

I cóż, na zakończenie chciałoby się dodać: „Zatem na kolana chamy!”

.

[Wszystkie cytaty – wypowiedzi Jacka Dehnela i innych bohaterów felietonu pochodzą z portalu nieszuflada.pl]

Kategoria: Bez kategorii | 28 komentarzy »

komentarzy 28

  1. Re Set IP 77.91.63.141:

    A co z historią tłumaczeń poezji Mandelsztama przez JvD? Temat był rozwałkowany na Nieszufladzie i jest to chyba jedyny przypadek, że JvD wziął tęgo po dupie. Co gorsza – został nawet zmuszony do korekty swojego biogramu na Wikipedii. Musiał dodać słówko „niepublikowane” w nawiasie.

  2. marek trojanowski:

    wydawca prosił, by felieton nie przekraczał 10 stron. może w następnym felietonie napiszę o tym. A następny felieton napiszę, kiedy Dehnel znowu napisze Grzeszczykach.

  3. Re Set:

    Ciekawym przypadkiem klinicznym są też felietony JvD w „Polityce”. Niezłe tam sadzi kwiatki.

  4. Re Set:

    Dla ułatwienia poszukiwań: Cała rozprawa z tłumaczeniem Mandelsztama rozegrała się na Nieszufladzie pod utworem Krzysztofa (Stachnika) – „Osip Mandelsztam – bez tytułu”, a była przeniesieniem wcześniejszego konfliktu, który zrodził się w wątku na forum – „PIŁKA SKOPANA”

  5. wybieram IP:

    no proszę… jeszcze nie zacząłem czytać, a już byka widzę:
    do odnowy tej ziemi – polskiej ziemi.

    Poprawnie jest:
    do odnowy polskiej ziemi (potem podniosła przerwa i dalej:) TEJ ziemi.

    :)))

  6. wybieram IP:

    Do szczęścia brakuje jeszcze Nike, Angelusa i oczywiście Nobla.
    Teraz byle wojowniczym murzynkom rozdają Nobla na kredyt, więc czemuż to, ach czemuż miała by ominąć młodego, utalentowanego poetę, literata, malarza, rysownika, bramkarza Nieszuflady, Wielkiego Nauczyciela, przyjaciela Wielkiego Grona, aktora i Bóg jedyny wie, kogo tam jeszcze.

    Nic nie wiedziałem o tych recenzjach Winiarskiego. Teraz już jest dla mnie jasne, czemu nagle z nieszufli wybył. Każdy, kto zagraża wizerunkowi wielkiego wieszcza prędzej lub później albo wylatuje na zbity pysk albo sam rezygnuje mając po uszy tego tam gnoju.

    hahaha pamiętam, pamiętam,
    Z tym tłumaczeniem Dehnela to aż po prostu niemiło.
    W końcu innych tłumaczy przecież niemało już było,
    a nic się o nich nie pisze
    na scenę
    ani do kina
    ino się cięgiem jednego Dehnela wspomina

    :))))
    wspomina się wszakże nie bez pewnej racji,
    by móc fantazji ulżyć, popuścić nieco cugle,
    rybkę musi mieć, lub translatora Google
    Dehnel! Patafianie!
    Rybkę wpieprzyć sobie możesz
    nawet bez smażenia
    do tego ona jest!
    A nie do tłumaczenia!
    :)))
    Pamiętam jak go Ewa miażdżyła :)))

  7. wybieram IP:

    Czy to nie dziwi, że współtwórca programu nie ogląda swojego dzieła?

    no mnie akurat nie dziwi, bo widocznie też mam ten sam wstręt do oglądania jego mordy i ani jednego odcinka nie oglądałem.

  8. wybieram IP:

    Re Set być może nie wie, ale onegdaj Jacuś z właściwym sobie tupetem zabrał się za ocenę Wagnera. Uznał, że w tym temacie porusza się równie swobodnie jak w nieszufladzianych komentarzykach do wierszyków. Akurat pech chciał, że trafił na Kaczkę, a ten, jak się okazało, w temacie obcykany był jak rzadko kto. No miód na serce było patrzeć, jak Kaczka go gnoił. Jacusiowi nie pomogło nawet szybkie guglowanie po wikipedii. Na koniec dostał jeszcze piaskiem po ślepiach, bo Kaczka oświadczył, że właśnie jutro wybierają się z paroma kolegami na koncert właśnie, gdzie na żywo będzie można posłuchać wagnerowskich kawałków, i ma nawet jeden bilet wolny, więc chętnie mu go podaruje, niech do nich dołączy. :))) Dyskusja, a raczej jednostronny wykład Kaczki i wicie się zażenowanego Dehnela, miała dość obszerny watek i śledziło ją zapewne sporo oczu w których dehnelowy autorytet odsyłacza do oczytalni, mizerniał w oczach.
    Dla mnie wówczas jasne było, że Kaczka długo tam miejsca nie zagrzeje. Moje prorocze przeczucie wkrótce się spełnił i Kaczka razem z tamtym wątkiem wyleciał z tego burdelu z hukiem.

  9. wybieram IP:

    od jutra zmieniam nick na „Norweski Kucharz”, więc uprzedzam, żeby znowu nie było komedii z wpisywaniem mojego IP :)))

  10. marek trojanowski:

    zmień sobie na „Szwedzki Stół”

  11. wybieram IP:

    :))))))spróbuję kiedyś jak znajdę czas czas pobuszować na tym niku po jacusiowym królestwie. Zobaczę, czy jego wierny halabardnik, ten mały **** z metra cięty mi na to pozwoli :)))

    [wpis moderowany i edytowany]

  12. wybieram IP:

    wygwiazdkowałeś „****”? A co w tym złego? Sam jestem pół **** i wcale się z tym nie kryję, ani nie uważam tego za obraźliwe. Na Niemców też „Niemiaszki” mówię i Angela jakoś mi procesem nie grozi z tego powodu. Uważasz, że to obelga? Już prędzej tego „z metra ciętego” bym wygwiazdował.

  13. Izabella z Jeleńskich Kowalska:

    w tytule „Jacek Dehnel.Człowiek z tytanu” brakuje dopisku. Według mnie powinno być:
    „Jacek Dehnel.Człowiek z tytanu. Laudacja na wszelki wypadek”
    o i jeszcze inny ładny tytuł, bo tytuł jest ważny:

    „Jacek Dehnel pogromca Grzeszczyków”.

  14. Re Set:

    Rzeczywiście ominęła mnie ta wagnerowska jazda. Bardzo żałuję.
    We wcześniejszym wpisie się pomyliłem: żródło dymu wokół tłumaczenia Mandelsztama znajduje się w wątku „Tylko nie ranking w TP”, a kontynuacja była pod utworem Stachnika. Wątek „PIŁKA SKOPANA”, oprócz opisu pewnej skopanej imprezy poetycko-piłkarskiej w Poznaniu, zawiera ostrą jazdę z JvD.

  15. marek trojanowski:

    Celek Perechodnik, jego zapytaj.


    izka, kiedyś syn dyrektora LO (chodziliśmy razem na wf) chłopak wszechstronny – bardzo dobry z polskiego, matmy, biologii, fizyki, muzyki, wuefu (nawet zapisał się na karate) – opowiadał o pewnej zadymie, w której brał udział. On oczywiście był sam, ich było pięciu albo sześciu. Rafał – bo tak miał na imię – nie potrafił sobie przypomnieć. jak mówił:
    – Byłem zajęty walką, nie liczyłem przeciwników.
    Jak się domyślasz syn dyrektora, w swojej wersji zdarzeń, rozgromił napastników. jeden dostał z mawashi, drugi z tamashigeri (dzisiaj wiem, że do tamashigerei trzeba miecza japońskiego, ale w LO takie niuanse semantyczne mi umykały. Jak Rafał mówił, że kopał tamashigeri to nie miałem powodów, by nie wierzyć. Rafał chodził na karate, pewnie wie co mówił – tak zakładałem. A że google w tamtych latach raczkowało – o ile w ogóle było – nie miałem tego jak sprawdzić). zadawszy kilkanaście ciosów w różnych technikach shaolin – w tym sławną „techniką pumy” (nie pytaj, mnie na czym polega, bo tylko Rafał to wie.) chłopak ostatecznie pokonał wrogów.

    Przez tydzień wszyscy żyli sensacją. Musisz wiedzieć, że historyjka ta w normalnych warunkach byłaby niewiarygodna. Ale Rafał był synem dyrektora. To po pierwsze. Po drugie miał limo pod okiem – czyli także oberwał.

    Ale kiedy okazało się, że Rafał pokopał jakieś dzieciaki z podstawówki, która była wybudowana obok naszego LO, to ludzie zaczęli pytać chłopaka, czy jak walczył widział wysypujące się kredki z tornistrów czy nie?

    Wiesz jak się sprawa wydała? Otóż obok LO był park, do którego chodziliśmy na papierosa. My i łepki z podstaówki. Czasami brało się od nich szluga, czasami oni brali od nas – w zależności kto miał. Rafał tez palił. Ale po tej walce z kilkoma napastnikami przestał chodzić do parku. było to trochę podejrzane, że latem chodzi do kibla jarać a nie na dwór. i świetnie pamiętam tekst wyrostków z siódemki (szkoła podstawowa nr 7):
    – a gdzie wasz kolega, blondasek, który chciał przycynić a kiedy wyskoczył na parkiet, to po pierwszej lufie wymiękł?

    Rafała usprawiedliwia to, że chłopaki z nowosolskich podstawówek mają większe doświadczenie bokserskie niż Dariusz Michalczewski.

    w każdym razie od tamtej pory na Rafała wszyscy mówili „puma” (ksywka pochodzi od tajnej techniki karate, którą opanował)

  16. Re Set:

    W felietonie O Grzeszczykach na wp.pl JvD się kompletnie ośmieszył, występując w roli Wielkiego Demaskatora „literackich hohsztaplerów”. Przecież dla każdego, przeciętnie inteligentnego człowieka zetknięcie z twórczością i „osiągnięciami” członków rodziny Grzeszczyków nasuwa jednoznaczną odpowiedź – to jest literacki żart (ewentualnie przejaw schizofrenicznej ekspresji), budowany przy zastosowaniu mitomańskiej strategii. Takie zabiegi to nic nowego, a Dehnel wyważa otwarte drzwi, próbując wyśmiać jaskrawą literacką i wydawniczą parodię, mającą zresztą sporo uroku. Dehnel sam na siebie zastawił pułapkę.

  17. Re Set:

    POGŁĘBIONA RUSKA RYBKA

    Hecaj Knedel – cwany gapa
    Ruski stych z belferką skosił.
    Nic, że retusz, że atrapa.
    W niebie już ocipiał Osip.

  18. wybieram IP:

    Dehnel z pewnością uznał, że to odpowiedni grunt i moment na potwierdzenie swojej rewolucyjnej czujności na rynku literackim. On już niczym Doda, jak nie możliwości błysnąć talentem w postaci kolejnej „Lali”, to chociaż popyskuje, tatuażem i cyckami błyśnie, na oczywistej grotesce grzeszczykowej sobie jeżdżąc. Ale to w dechę, że istnieje. Przynajmniej mam się z czego pośmiać.

  19. wybieram IP:

    to ciekawa rzecz: był czas, kiedy patrzyłem na niego, jak na raroga z innego świata, był też taki, w którym grób mu kopałem, potem z lekka tylko mnie wkurwiał, by po czasie zastanawiać, a teraz mnie śmieszy. Nawet pewną nić sympatii i zrozumienia u mnie posiał.

  20. wybieram IP:

    dziesiąta pięćdziesiąt siedem?!
    Z wyczajeniem TOR-a sobie radzicie, a z głupim zegarem nie można, by nie oszukiwał?

  21. marek trojanowski:

    wiesz, u nas w Meksyku czas płynie trochę wolniej

  22. KczK:

    Łojej, dopiero przez tą notkę dowiedziałem się, że Łossskot już pół roku temu padł. Czemu o tym nie było głośno na kumplach czy NS??

    Szukając informacji trafiłem na bloga Tymańskiego hmmm wygląda na to że rzeczywiście głównym celem tej audycji było nabijanie kies prezenterom.

  23. Re Set:

    KczK: Bo w interesie JvD było, żeby było cicho wokół jego uwierających wygłupów w TVP.

  24. Izabella z Jeleńskich Kowalska:

    a gdzie pochowały się „kunsztowne wiersze”(cytat BL, czyli wydawcy) z „Ekranu kontrolnego”?
    Czy ten tomik może być jeszcze obsypany nagrodami, pomimo ciszy?

    Jacek Dehnel jest na etapie przymusu tworzenia, dlatego zasypał rynek w 2009 roku swoją twórczością.
    Za coś więc musi dostać nagrodę!
    Wtedy Twoja laudacja może być wykorzystana na bankiecie między sałatkami i poetami. Szykuj garnitur, musisz wyglądać szykownie.

  25. KczK:

    No i co, przyszedł już pozew od Mosiewicz?

  26. marek trojanowski:

    nie. a dlaczego myslisz, że mógłby przyjść? przecież na pierwszy rzut oka widać, że ja jestem niewinny.

  27. Re Set:

    KczK: A jak tam Twoja przygoda sądowa z JvD?

  28. marek trojanowski:

    o właśnie. Maciek, czy dostałeś jakiś uroczy list od przeuroczej, przemądrej i przenatchnionej Moniki Mosiewicz? nie chodzi mi o zwykły majl itp. ale taki rodzaj listu, którego odbiór musisz kwitować.

Chcesz dodać coś od siebie? Musisz, kurwa, musisz!? Bo się udusisz? Wena cię gniecie? Wszystkie wpisy mogą zostać przeze mnie ocenzurowane, zmodyfikowane, zmienione a w najlepszym razie - skasowane. Jak ci to nie odpowiada, to niżej znajdziesz poradę, co zrobić

I po jakiego wała klikasz: "dodaj komentarz"? Nie rozumiesz co to znaczy: "załóż sobie stronkę i tam pisz a stąd wypierdalaj"?