W końcu się przełamałam i przeszłam przez ten trzy metrowy płot, który mi dwaj chłopcy poznani w drodze na basen, pokazali. Pokazali mi miejsce, gdzie drut kolczasty jest trochę obniżony.
Wkładając duże palce nóg w oczka gęstej siatki odczuwałam ostry ból, który i tak był większy od bólu zadanego przez kolce drutu, który, jak już siedziałam okrakiem na czubku ogrodzenia, rozdzierał moje spodenki i uda.
Chłopcy już stali po stronie kąpieliska wcześniej zwinnie pokonując płot i śmiali się ze mnie.
Gdy już pływałam w pustawym basenie bez problemu wykonując swoje pensum kilkakrotnego opłynięcia, przypatrywałam się sąsiedniemu basenowi, przeznaczonemu dla skoczków.
Ogromna kolejka młodzieży oczekująca przed wejściem na skocznię, gdzie może według regulaminu, jak w banku przy okienku, przebywać może tylko jedna osoba, nie świadczyła o tym, że młodzież, tak wydawałoby się zwinna, da jakiś popis odwagi czy wirtuozerii. W trakcie mojego pływania ani jeden skoczek nie popisał się przed swoją dziewczyną jakąkolwiek umiejętnością, poza zwierzęcym pokonaniem lęku wysokości.
Wszyscy, chwytając się za nosy palcami, skakali z najwyższego piętra wieży tylko na nogi, czyli tzw. na bombę
Długo w noc próbowałam zrozumieć poetę Płaczka i szukałam rozpaczliwie czegoś o nim.
Kinga Dunin pisze w Sieci o Płaczku, że nie posiada waginy. Inny portal donosi, że Płaczek z ramienia jakiejś bliżej mi nieznanej partii..wskrzeszania idei Marksa i Lenina – jak wiadomo wiecznie żywych – jest już o włos od sukcesu pozyskania jakiegoś ważnego politycznego stanowiska. Czytam o walce Płaczka o dzieci nienarodzone, o tym, jak temu chłopcu drogie są polskie kobiety i jak płacze nad ich potwornym złym losem.
Co spowodowało, że ten młody chłopak, zamiast cieszyć się młodością, musi zajmować się takimi sprawami? Mieszkać z kumplem w wieku swojego ojca, co głupim wyborem życiowym nie jest, ponieważ ktoś musi nauczyć człowieka pisać, a jak czytam w wywiadzie lampowym z maja 2009, że u poetów Adama Wiedemanna i Michała Płaczka największą radością dzielenia wspólnie wynajmowanego mieszkania jest właśnie wzajemne się czytanie.
I czytam Płaczka. I co ten Wiedemann, wyczytał w tych wierszach? Co poprawił, jak tego młodego człowieka poinstruował, czego go nauczył?
Czytam raz, drugi i płaczę. Mam tu na blog Marka Trojanowskiego dać świadectwo prawdy przeczytania Michała Płaczka, i niczego nie potrafię wyczytać.
Piotr Wiktor Lorkowski radzi mi wprawdzie o tomiku Opór skóry:
(…)Na kartach debiutanckiego zbiorku Michała Płaczka destrukcja języka przekomarza się z zamiłowaniem do kreacyjności. Stawką tej swoistej gry dwóch strategii poetyckich jest efektowność, efekt który ma czytelnika poruszyć, zafrapować, a w każdym razie doprowadzić czytającego do mocnej interakcji z tekstem.(…)i ja się z tym tekstem integruję z całej mocy. Na dodatek Robert Rybicki każe mi ze smakiem wiersze Płaczka zjadać:
(…)Oczywiście, cała ta zupa z figur stylistycznych (od metafory przez inwersje po echolalie), ta breja, jest metodą, to znaczy próbą ustabilizowania (skodyfikowania?) metody; inaczej: zapisem poetyckiej niecierpliwości, pospiechu… wiersza. Jest to zarazem pośpiech młodości (pośpiech wiersza wynika z pośpiechu młodości?), ale też pospiech sugerujący psychotyczność autora.(…)Dalej nawet Rybicki próbuje nawet udowodnić, że to wszystko ma jakieś historycznoliterackie ręce i nogi:
(…)Wydaje się to być przewrotną kontynuacją myślenia językowego rodem z „Namopanik” Wata, „Słopiewni” Tuwima, czy też „Nibytu” Tekielego. Z drugiej strony mocno jest zaakcentowane dekonstruktywistyczne myślenie o języku. (…)
Wracam więc posłusznie do lektury Michała Płaczka. Myślę, że podobny efekt można by uzyskać wrzucając pisane w bieszczadzkimw mrozie wiersze Edwarda Stachury do sieciowego translatora z jakimś egzotycznym językiem, i potem to wszystko znowu polecić mu przełożyć na język polski.
W cieple pokoju, w bamboszach, można uzyskać taki oto efekt:
„(…) a my pod darnią wciąż szabrowalim
dobre życie – nie ma jeść za darmo
niepotrzebne pytanie są niejsca gdzie się
nie chodzi o to co było ale że nie (…)”
[baldziada]
Można w tych bamboszach i szlafroku, sącząc kolejne piwo i zapalając kolejnego marlborasa podglądnąć w drugim pokoju współlokatora, który leniwie wyciągnął z półki jakiś przypadkowy album malarstwa i ten fakt triumfalnie obwieścić światu:
„(…)chcę to mieć na papierze: chłopiecrozgryza się
z krwiogi eidząc tamto golenie poyem twarze za blisko
jedna łysa(…)”
[adam wiedemann ogląda Męczeństwo]Albo wspomnieć niedawne dzieciństwo i to natychmiast zanotować:
„(…) słomianką przedchód się piekli
kuchnia okruchem nabłoni”(…)
[zaślubiny dziecka z morzem]
Albo antyklerykalnie napisać wiersz zaangażowany o chodzeniu księży po kolędzie, kiedy Michał Płaczek mieszkał jeszcze z mamusią:
„(…) tak stęka, co by się zesrał(…)
[saga: ludzie wiatrów]
Oczywiście, prawdziwy poeta nigdy nie płacze. Dlatego też poeta jak ognia broni się przed wszelkim sentymentem, po żołniersku, sucho i oschle obchodzi się z najdroższą osobą:
„(…) klei sie rozmowa kurwanych oddechów:
nuze nura w nudy skoro ma być dotyk
słona błona słony ból (…)”
[próba sentymentu]
Ach, lato!
Poeci jednak nie odpoczywają od swych obowiązków, pracują, pisz, piszą wciąż wiersze, dbanie o swoje ciało ograniczając do oglądania meczów piłkarskich, co natychmiast zostaje też spożytkowane w sportowym REDzie.
Po raz pierwszy w życiu lipiec spędzam na Śląsku.
Gdy wyjeżdżaliśmy w dzieciństwie do Przemyśla i chodziliśmy nad płytki już San, mama z nostalgią wspominała głębokie wody tej rzeki i to, jak jej ojciec, mój dziadek, skakał z mostu na główkę, a stojące na moście kobiety zakochane w dziadku podziwiały go i podziwiały…
Kto pokocha Michała Płaczka, kto się zachwyci jego debiutem, skokiem na płytkie wody dzisiejszej polskiej poezji, skokiem na bombę?
Wszyscy!