Trudno przebywać w ustawicznej pretensji.
Tygodnik Powszechny opisuje heroiczny los krytyka, który się męczy pisząc, a i tak nikt go nie czyta, najwyżej autorów, o których pisze. Autorzy mają pretensje, że krytycy ich nie czytają uważnie. Tylko najsłabsze ogniwo, czytelnik, oskarżany z obu stron o obojętność nawet przy najlepszych chęciach musi zrezygnować z obowiązku uczestniczenia w rozwoju polskiej poezji.
Jak czytam od lat twórczość Jolanty Stefko, najwybitniejszej polskiej poetki młodego pokolenia, to niezmiennie odbieram jej totalną pretensję do całego świata o to, że żyje. Ryk poetki – widocznie przebywającej w permanentnej depresji – to głośna pretensja o to, że kultura w której przyszła na świat, samobójców nie toleruje.
Biorę najnowszy tomik poetki i znowu to samo. Jak długo można męczyć czytelnika, któremu żyje się coraz lepiej, radośniej i wygodniej, który nie tylko wchodzi sobie przyjemnościowo na Diablaka, ale i z różnymi diablakami jest mu coraz to rozkoszniej?
Wiem, wiem – jak sugeruje Karol Maliszewski – Stefko to produkt dla wilków stepowych, dla tych duchów czystych, którzy w dupie mają konsumpcjonizm, cywilizację, którzy wchodząc na Diablaka oglądają z góry świat ponury. Tylko, że ta liryka noir nie ma nic wspólnego ze zmaganiami z depresją takich duchów czystych, jak Emil Cioran. Nie jest to żadna podróż do kresu nocy, a przeżycia Stefko nijak się mają do wojennej traumy Célinea i Celana. Nic z niczego daje nic i to taka jest materia dumnej twórczości pustelniczej pozbawionej pożywki. Być może są tabuny podobnych nudziarzy, pustych krytyków, którzy takie właśnie rozmazanie, takie niezdecydowanie poetyckie, głos nijakości i bezbarwności będą celowo promować, bo można w te chmury, w te obłoki, w te gwiazdy, w te nieprawdopodobnie wytarte już i zużyte metafory wstawić wszystko – poezję konserwatywną, nieaktualną, oderwaną od dzisiejszego świata i jego przemian, prowincjonalną i nieciekawą.
Oczywiście, poetka mogłaby się pochylić nad swoją depresyjną wątpliwością hamletowskiego pytania, bo to przecież zupełnie pospolite pytanie, które normalny człowiek zadaje sobie kilka razy w ciągu dnia, intryguje wszystkich. Popiół tej poezji polega nie na próbie rozwiązania spraw, których poeta ani nie ma obowiązku rozwiązywać, ani też próbować. Poeta to taki osobnik, który porywa się nie tylko na wejście na Babią Górę, ale jeszcze i na zejście. Stefko nie schodzi ze swojego wyimaginowanego miejsca. Tkwi w nim nieruchomo, niewiedząca. Jest to hibernacja doskonała, ponieważ wszystko co napisze na tych wysokościach, krytycy pochwalą i tak. I nie jest to, jak piszą krytycy – żadna buddyjska kontemplacja. Jolanta Stefko jest katoliczką, jest infantylnie zwężona. Wiersze tę przestrzeń bardzo wyraźnie określają. Podmiot liryczny drepcze w kółko jak w klatce, zniewolony niewidzialnymi okowami, tymi samymi wciąż motywami i zakazami.
Tytułowa śmierć, bohater zbioru wierszy, jest z racji swojego niedoprecyzowania znaczeniowego, zagadką. W dalszym ciągu nie wiemy, skąd przyszliśmy i dokąd idziemy. Nie ma w tych wierszach ani skuczenia, ani lamentu, jedynie permanentny stan niezadowolenia, tak ewidentny w twarzach przechodniów całej Polski. To tak, jak w tym francuskim dowcipie o kapeluszach, gdzie twarz przymierzającego je jest stała, mimo różnorakich wariantów okryć głowy.
I, żeby nie przedłużać, nie jojczyć i nie utyskiwać, że naród polski ma takich poetów, na jakich zasłużył, wskazuję jedynie, że wbrew zapewnieniom Karola Maliszewskiego, właśnie twórczość Jolanty Stefko jest metafizyczną ramotą.
Wiersz dedykowany zmarłemu redaktorowi naczelnemu Tygodnika Powszechnego, Jerzemu Turowiczowi, najlepiej o tym świadczy:
czyste błogosławieństwo,
łaska.ten strach ich też
Dosięgnie, choć o
Wiele później, nie
Tak jak mnie-
Na całe życie (…). (Świat: śmierć)
Poeta, to jednostka wybitna. Poeta, to ktoś ponad przeciętność. Poeta, to człowiek odważny.
Nie uniknie sali szpitalnej, ostatniej stacji drogi krzyżowej, mieszczącej i ateistów i osoby wierzące w Boga.
W tej celi, skąd idzie się jak zbrodniarz doczekawszy zasłużonej kary na nieodwracalną śmieć, strach podobno jest większy u osób przekonanych o istnieniu życia pozagrobowego.
Pytanie podmiotu lirycznego w tych wierszach o istnienie Boga nie ma natury pascalowskiego zakładu, Nie ma natury dawkinsowskiej pewności. Nie ma też wartości poetyckiej. Podmiot liryczny nie poszukuje odpowiedzi artystycznej. Jest obrażony.