`
Jako, że bezstronna opinia jest zawsze całkowicie bezwartościowa, postanowiłam o nagrodzonym w Gdańsku tomiku Elżbiety Lipińskiej napisać w sposób najbardziej subiektywny jak tylko potrafię.
Będę pisała o wierszach uczuciowych, turystycznych, z dylematami religijno – literackimi, i o wierszach z dyscyplinującym kozikiem. Zwrócę uwagę na trzy wiersze, które mogłyby być zupełnie inne, gdyby poetka wyszła poza ramy dojrzałej pani, której tylko tyle wypada mówić w towarzystwie, czyli półgębkiem. I od nich właśnie zacznę.
Czy pan istnieje, panie Vonnegut?
„byłem dobrym człowiekiem, choć w Ciebie nie wierzyłem”,
dotarła do adresata.
żywotnie mnie to interesuje,
Więc jeśli pan jednak gdzieś istnieje,
proszę dać znać, czy warto.
Nierozwiązane od wieków równanie Bóg istnieje = Bóg nie istnieje, zostało zastąpione wyłącznie nazwiskiem pisarza.
Poetka potraktowała tekst Voneguta z „Niedzieli palmowej” wybiórczo, wyłącznie jak ozdobnik i dlatego zapomniała o początkowej części cytatu, który diametralnie zmienia sens słów pisarza. „Żyj tak, byś mógł powiedzieć Bogu w dniu Sądu Ostatecznego: Byłem bardzo dobrym człowiekiem, choć w Ciebie nie wierzyłem”. Dopiero całość oddaje dwoistość myśli Vonneguta, bo nie kto inny tylko on pisał w księdze Bokonona o Bogu tworzącym ludzi z błota i o braterstwie dusz.
Tytuł wiersza zapowiadał zupełnie inną treść, zapraszał do spotkania z pisarzem, z bohaterami jego powieści. Kilgore Trout odpowiedziałby poetce – Niech pani wsiądzie na statek bez map, bez kompasów, z dowódcami podejmującymi nagle decyzje bez planowania, a nie zadaje pytania, czy ktoś gdzieś jeszcze istnieje.
Następny wiersz napisany na dwadzieścia procent to „Delft”
„Miasto spłakane, choć to juz nie Belgia, ani nie wtorek. Wchodzę do gospody”
i znowu otarcie się o cos znanego, o komedię „Jeżeli dziś wtorek to jesteśmy w Belgii”. Nie wiem po co wiersz wabił mnie pierwszym wersem, jeżeli potem już tylko czytam o gospodzie, jedzeniu i o tym, że „dziewczyna z perłą wysoko podkasze sutą spódnicę”. Brakuje jeszcze Małżeństwa Arnolfinich i wszystkie rekwizyty byłyby użyte, a czytelnik upewniłby się, że poetka jest osobą ze świata kultury.
I trzeci wiersz „Maje”, w którym narratorka jest przykładem konformistki. W młodości chodziła na pochody pierwszomajowe, wykręcała się od niesienia szturmówki, a potem szła na lody i było tego dnia bardzo fajnie. Poetka wspomina, bo tak wypada, o roku sześćdziesiątym ósmym, o czynach ( nie wiem jakie czyny autorka ma na myśli. Na wszelki wypadek nie podaje daty, grudzień, sierpień?) a kończy swój wiersz
w miejsce szturmówek krzyże po przydróżnych rowach,
utrwalające pamięć po nowych wyznawcach
najdłuższych weekendowych przygód Europy”
Trzy razy czytałam ten wiersz i za każdym razem zastanawiałam sie co spowodowało, że poetka tak spłyciła opisany przez siebie maj w kapitaliźmie. Czy przemawia przez nią tęsknota za młodością, czy za lepszymi, egalitarnymi czasami, które nie wrócą? Ten wiersz jako satyra, jest dla mnie zupełnie nietrafiony.
Elżbieta Lipińska opisuje swoje podróże turystyczne. Jestem przekonana, że miejsca, ktore opisuje zwiedzała jak turystka japońska, czyli w ciągu jednego dnia . Obejrzała błyskawicznie Koloseum, Panteon „Klatki ze styku światów”. Była w Jerozolimie i dlatego postanowiła napisać o tym wiersz „Koptyjska Jerozolima”, nie martwiąc się co w nim zawrzeć. Poetka naskrobała na ławce „tu byłam” i wystarczy. Najważniejszy jest przecież efektowny tytuł.
„hipnotycznie falują głosy na chwałę Boga,
dotyka cię przeczucie nieskończoności dni,”
ale oczywiscie narratorka sama nie wie, czy to sen, czy prawda. Kontynuuje swoje rozważania prawie mistyczne, wielokulturowe (a jak!), jak zwykle na ćwierć tonu w wierszach Modlitwa i Droga.
Dzieciństwo to dziadek, ciotka Kaśka i „dyscyplina na koziej nózce – straszak niejadków”.
Narratorka w innym wierszu skarży się:
” w domu mego dzieciństwa
nie ma żadnej piwnicy z duchami,
nie ma echa ustawicznych przykazań
jak być dobrą dziewczynką
na podobieństwo bozi
mamusi i tatusia”
I być może dlatego wiersze Elżbiety Lipińskiej nie mają emocji, ponieważ poetka od dzieciństwa była grzecznym, posłusznym dzieckiem. Autorka pisze poprawnie, odruchowo, wręcz automatycznie, wykorzystuje znane rekwizyty, ale nie buduje na nich nic nowego. Będzie więc układała wersy, póki ma czytelników i wydawców, póki zdobywa nagrody.
Dla prawdziwego poety twórczość jest wewnętrznym przymusem zapisania myśli i słów, gdy czuje, że nikt inny ich nie wypowie.
Poezja Eżbiety Lipińskiej kojarzy mi się ze złudzeniem wykonania czegoś:
– czy dodzwoniła sie pani do niego?
– Tak, ale go nie było.
a przecież gdy coś jest zrobione nawet w dziewięćdziesięciu procentach, to nie jest wykonane, nie jest skończone. Nie mogę więc zanurzyć się w wierszach Elżbiety Lipińskiej, nie mogę dać sie ponieść słowom, mogę co najwyżej brodzić stopami i rozpryskiwać wersy od czasu do czasu.
Uczuciowy tytułowy wiersz ” Maj to łagodny miesiąc” jest nawiązaniem do wiersza Eliota o okrutnym kwietniu. W tym wierszu poetka pozwala narratorce na wyrażenie emocji.
” Nie przekonuje jej zdanie poety. Jeszcze nie dowierza,
że można pokochać pustkę bardziej od miłości, pasji,
która wypełnia ją po czubki palców.
Maj to łagodny miesiąc, ale tego dopiero sie uczy.”
I wreszcie czuję ból, nieszczęście, stratę, niezgodę na to co spotkało narratorkę.
Dlaczego tak świetnie napisany wiersz jest w tym tomiku tylko jeden?!