Pan Bóg podobno jedne twarze ludzkie rzeźbi finezyjnie, inne byle jak, ledwo siekierą z grubsza ociosa.
Z pewnością poezja polska nie jest tworem boskim żadnego boga i poeta Zbigniew Machej śmiało może być współczesnym dowodem na nieistnienie Boga, gdyż nawet do tych ociosanych z grubsza nie może przynależeć twórczość poety Macheja. Nazwanie przez pewnego krytyka Zbigniewa Macheja Lepperem polskiej poezji chyba jest jednak komplementem.
Jeśli Szwejk u Haška mówi, że w Pałacu Schönbrunn księżniczek jest tyle, co śmieci, to ma na myśli ich nadmiar, a nie jakość. Machej, nasz polski dyplomata na czeskich dworach placówek kulturalnych, smakosz i tłumacz z języka czeskiego nie jest tam w żadnym razie księżniczką.
Z dorobku pisarza wybrałam do analizy na chybił trafił trzy tomiki, z początku, środka i sprzed dwóch lat.
Z pewnością poecie nie można zarzucić chwiejności w artykułowaniu swojej poezji. Machej jest cały czas taki sam, ani drgnie od kilkudziesięciu lat jego swada, dosadność i praca rymotwórcza, a jak czytam – swoją aktywność przeniósł właśnie na najmłodszych czytelników – jest niezmienna.
Można tylko pogratulować naszemu społeczeństwu, które poezji nie czyta, nie będzie czytało jej w najbliższych latach i dotyczy to też najmłodszych ignorantów poezji, mający mimo wszystko jakiś instynkt samozachowawczy.
O czym pisze Zbigniew Machej, że wzbudza tak żywiołowe zainteresowanie polskich koneserów poezji, którzy ją nagradzają i nominują do najważniejszych nagród literackich?
Znani nam tu na blogu krytycy niezmiennie w ramach górnych dmuchów używają słów takich jak Muza, poezja zaangażowana w metafizykę, pisze jak Brodski, krotochwilne wierszyki, wyśmienite poczucie humoru.
Bohaterem tomiku Smakosze, kochankowie i płatni mordercy jest poeta, bardzo religijny narrator, który pokazuje czytelnikowi szereg obrazków kreślonych różnymi narzędziami. Tematami tych obrazków, a raczej ilustracji, są zwierzęta, ludzie sławni (np. John Lennon, Marlena Dietrich), mniej sławni – jak babcia narratora, ludzie inni i nijacy, myśli, pomieszczenia, sny. Dużo miejsca poeta poświęca postaciom nowotestamentowym (Piłat, Jezus), obrzędom, mszom i świętom katolickim. I są to właściwie zwyczajowe tematy wszystkich na świecie poetów, gdyż poeta to taki nadajnik, który się odzywa na takie właśnie tematy. Ale w debiutanckim tomiku Macheja – wtedy poety awangardowego brulionu – zachodzi proces odwrotny. Przyszpilane tematy poetyckie skutkują odwrotnie. Nawet, jeśli zobaczymy na ulicy dziewczynkę i kota, to wątpię, byśmy przeżyli taki właśnie nijaki, nieciekawy, pozbawiający przecież niewątpliwego uroku, sielskie zjawisko:
KOT Z ULICY GOŁĘBIEJ
Oto dziewczynka stoi
po drugiej stronie ulicy Gołębiej
i głaszcze szybę.
Mokre są jej warkoczyki
i deszczem ocieka tornister.
Zaś za szybą drzemie
tłusty pręgowany kot
i dziewczynka szepcze
do niego czule.
Potrącają ją przechodnie,
którzy jej nie słyszą.
Tomik Kraina wiecznych zer zawiera już bardziej śmiałe wynurzenia poetyckie i poeta bez oporów likwiduje jakiekolwiek powiązania z czymkolwiek, żeglując śmiało na wodach poetyckich, gdyż ta podróż niczemu nie zagraża. wszystko przecież dzieje się brzuchem po piasku, czyli w czterech ścianach i nawet księżyc opisywany i obracany wielokrotnie wierszami, przez poetę zdaje się być nie oglądany nigdy. W wierszu SAMBA DLA CIEBIE poeta przywołuje sławny efekt motyla, by zwabić do tej nieciekawej swojej poetyckiej pakamery tancerkę z karnawału z Rio. Że nie przychodzi, wie o tym najlepiej czytelnik.
Nawiązując do Mickiewicza w wierszu TO LUBIĘ poeta w kilku rymowanych zwrotkach zapewnia że:
(…) Lubię kiedy muzyka
pieści moje podbrzusze
dostarczając mi nowych
estetycznych wzruszeń(…)
Nie wiadomo o jakiego rodzaju muzykę chodzi autorowi, nie wiadomo, dlaczego wiersz powstał. Nie inaczej jest w następnym, dedykowanym Andrzejowi Sosnowskiemu:
JAK TO SMAKUJE W pewnej fabule na
temat sztuki rolę
Warhola gra David
Bowie. Nikt się nie
dowie jak to smakuje
póki peruki blond nie
poczuje na swojej głowie.
Dla oszczędności miejsca nie będę wymieniać więcej kalamburów, limeryków i jeszcze innych grafomańskich form podszywających się pod absurdalny humor, który podkreślam, nigdy nie jest śmieszny. Wiesze są konstruowane na zasadzie bardzo odległych spotkań słownych, sprowokowanych zazwyczaj rymem, celowo być może też niezbyt wyszukanym. Bardzo trudno czytać taką poezję, gdyż czytelnik znając już wszystkie eksperymenty słowne polskiej awangardy z lat minionych może odczuć tylko niesmak i znudzenie.
Tomik przedostatni Wiersze przeciwko opodatkowaniu poezji jest bezczelny i roszczeniowy:
(…) Gdy natchnienie nie bardzo mnie pieści
to sam piszę na procent czterdzieści. (…) (DUCH POEZJI).
To gruba przesada. Pieści Zbigniewa Macheja Biuro Literackie, oj pieści! W każdej dawce wypitego natchnienia.