`
Czasami blog Marka traktuję jak terapeutyczne miejsce do wyrzucenia z siebie informacji, która nie daje mi spokoju. Od wczoraj nie daję sobie sama rady z opowiedzianą historią o znakach. Dlatego postanowiłam wyrzucić ją na hmn, aby przestała mnie prześladować i niech ktoś jeszcze inny przejmie ode mnie ten ciężar.
Jest to opowieść kobiety o ostatnim dniu życia jej męża.
P. bardzo zależało na dostaniu się do Katynia na uroczystości, nigdy jeszcze tam nie był, ale zabrakło dla niego miejsca. O możliwość lotu z premierem i prezydentem toczyły się partyjne rozgrywki. Chętnych było znacznie więcej niż miejsc w obu samolotach. Dlatego na sobotni wieczór P przyjął zaproszenie na imieniny do znajomego zakładając, że ma wolny czas tego dnia. Niespodziewanie kilka dni przed odlotem kancelaria prezydencka zaproponowała mu wylot do Katynia. Jakby tego było mało, znalazło się też miejsce dla jego żony. P to bardzo znany polityk, migrant polityczny, ostatnio propisowski, dlatego pewnie udało się koniec końców załatwić miejsce w prezydenckim samolocie. Żona P zrezygnowała, gdyż wiedziała, że stawiałaby męża w kłopotliwej sytuacji politycznej. Tylu innych zasłużonych pisowskich polityków jak niepysznych musiało wsiąść do pociągu, aby dotrzeć na uroczystości i na pewno przy najbliższej okazji wypomnieliby P załatwienie lotu dla żony. Została wiec w domu.
P w sobotę rano jechał taksówką na lotnisko. W trakcie jazdy przedzwonił do niego X z pytaniem czy zabrał ze sobą właściwy paszport. Okazało się, że nie. Ten paszport zostawił w wynajmowanym mieszkaniu w stolicy. Zadzwonił do syna, z którym razem w nim mieszkał, wytłumaczył, w której szufladzie schowany jest jego dokument i poprosił aby syn przywiózł paszport na lotnisko. Po kilkunastu minutach zadzwonił do niego syn z informacją, że co prawda znalazł dokument i ma go przy sobie, ale jest uwięziony w windzie. Nie jest w stanie się z niej wydostać, krzyczy, ale sąsiedzi nie reagują, bo jest wczesna pora dnia i śpią. P każe taksówkarzowi zawracać do domu. Musi pomóc synowi wyswobodzić się z pułapki. Gdy wbiega po schodach, już kilku sąsiadów pomaga synowi wydostać się z windy. Chłopak naraża życie, w ekwilibrystyczny sposób wychodzi się z windy, bo wie jak ojcu zależy na wylocie do Katynia. P zdaje sobie sprawę, że już nie zdąży na czas, że jest spóźniony, ale istnieje jedna szansa na sto , że samolot jeszcze nie odleciał. Ma więc nadzieję, że stanie się jakiś cud i uda mu się na przekór rozsądkowi zająć swoje miejsce. Wie, że nikt na niego nie będzie czekał, jeżeli w samolocie jest już prezydent. Odjeżdża taksówką na lotnisko. Zdążył! Prezydencka para spóźniona dociera zaraz po nim. Słabości prezydenta tym razem zadziałały na jego korzyść. Odlecieli…
A gdyby prezydent przyjechał na czas, w domyśle nie pił dzień wcześniej, P uratowałby się, bo nie zdążyłby na lot. To zdanie nie jest moją konkluzją, tylko zakończeniem opowieści przez kobietę, ale utkwiło mi bardzo mocno w głowie. Dlatego borykam się z tą historią od wczoraj próbując swoje myśli wprowadzić na powrót w racjonalne tory, a i tak co chwilę powracam do syna P i do znaków.
Czy ta rodzina pójdzie na wybory prezydenckie? Czy zagłosuje na kandydata PiSu, czy PO? Nie śmiałabym zapytać o to.