Marzena Broda, Światło przestrzeni. Stirliz mrugnął raz, mrugnął drugi raz.

10 listopada, 2009 by

.

Stirlitz mrugnął raz, mrugnął drugi raz.
Mógłby tak w nieskończoność.
Przechadza się między drzewami.
Spaceruje i patrzy na niebo.
Podziwia dzikie gęsi.
Przygląda się ptakom.
Zastanawia go symetryczny klucz.
Myślami jest gdzieś daleko.
O ile w ogóle myśli w tej chwili.
Tyle ma spraw do załatwienia.
Tyle rzeczy do zrobienia.
Tyle myśli do wymyślenia.
Sam nie wie za co ma się zabrać.
Ale wie, że coś musi zrobić.
Nie tak jak ostatnio.
Tym czasem spaceruje.
Jest wśród drzew, brązowych sosen.
Ciekawe ile mogą mieć lat – pomyślał.
I złapał się na tym, że drugi raz pomyślał.
A miał to być zwykły spacer po lesie.
Zwykłe podglądanie przyrody na wiosnę.
Podziwianie powracających ptaków.
Spacer miedzy smukłymi sosnami.
Nic nie zapowiadało, że będzie inaczej.
Że akurat tej wiosny, roku 1945 pomyśli.
A miało być przecież inaczej.
Przynajmniej tak mu obiecywano.
Ale czy mógł wierzyć tego rodzaju obietnicom?
Tego pytania Stirlitz nigdy sobie nie zadał.
Od dziecka był bardzo małomówny.
Oparłszy się o gruby pień drzewa rozmyślał.
Tym razem niewiadomo o czym.
Nasz bohater jak nigdy postanowił być skryty.
Z zadumy wyrwał go krzyk dzikiej gęsi.
Drugi raz tego dnia spojrzał w niebo.
I drugi raz tego dnia zobaczył klucz ptaków.
To dobry moment by sięgnąć do kieszeni.
Wyjąć z niej paczkę biełomorów.
Zgnieść filtr, włożyć do ust, zapalić i zaciągnąć się.
Zrobić tyle czynności zaczynających się na Z.
Ze szpiegowaniem jest zupełnie inaczej.
Szpiegowanie jest na S.
S jak Stirlitz.
Spacer to spacer i też jest na S.
Stirlitz nie chciał ale poruszył się.
Wolnym, niedbałym krokiem pośród drzew.
Trochę innych niż te, które mijał przed chwilą.
Stirlitz jest na S, drzewa są na D.
SD jest jak Sicherheitdienst.
Zanim przechytrzy Heydricha przejdzie się jeszcze.
Do tamtego drzewa, a może trochę dalej.
Może to być jego ostatni spacer w życiu.
A to wie tylko bóg, którego przecież nie ma.
Przynajmniej tak uczono w Akademii Marksa i Engelsa.
Dochodząc do upatrzonego drzewa Stirliz potknął się o pniak.
Na szczęście nie upadł i nie złamał ręki.
A przecież mógł upaść i coś sobie zrobić.
Z politowaniem spojrzał na kawałek śliskiego pnia.
Pokiwał głową i mruknął coś na temat kłód rzucanych pod nogi.

PIERWSZY DIALOG z szefową kawiarni Elefnat [3: 41 sek. Filmu]

– Panie, słyszy pan?! Nie wiem jak pan, ale ja już zrobiłam zapas tlenu na to nasze okropne miejskie życie. Jak pan uważa, nie powinniśmy już wracać?
– Powinniśmy.
– Panie, niech mi pan pomoże z łaski swojej, nie mogę wyjść.
– Pani pozwoli.
– To już nie pierwszy raz przywiózł mnie pan do lasu wiosną

Stara dobra szkoła Tatiany Lioznowej – reżyserki Siedemnastu mgnień wiosny – polegająca w skrócie na tym, by robić jak najdłuższe ujęcia i marnować przy tym jak najwięcej taśmy filmowej (trzeba wiedzieć, że kategoria „jak najwięcej” w ZSRR była tym, czym do dziś jest w Watykanie słowo „amen”.) nie poszła w las.
Lioznowa szybko znalazła naśladowczynię.

Marzena Broda urodziła się 27 lutego 1965 w Krakowie.

I to tyle, jeżeli chodzi o ewentualne różnice.

Jeżeli chodzi o podobieństwa, to odnajdujemy je przede wszystkim w warsztacie obu artystek.
Oto pierwszy tekst z tomiku: Światło przestrzeni, który ukazał się w roku 1990.

Była niebieska, zimowa noc.
Stirlitz nie zwalniał kroku.
Ulice miasta poza zasięgiem wzroku.
Wszystko usnęło pod świeżą warstwą puchu,
włochate rzeźby kamieni wyniesione na brzeg
otchłani przez czas, usnęły lasy, drogi, śpi księżyc
w srebrnej, powłóczystej sukni.
Ptaki przycichły na polach, senne obrazy
wyfruwały z pamięci przywołując zjawy.
Ślady rzucone w mokry śnieg zamarzały,
płynęła mgła za drzewami z lodu.
Nikogo nie było, tylko szmer sypiącego śniegu,
wiatr pod nieruchomą górą, milczący.
Czy pragnął spokoju?
Na próżno oddechy ocieplały powietrze,
aniołowie grali na trąbach przez dziurawe chmury,
ich łzy błyszczały jak prawdziwe gwiazdy,
wypisując ziemskie imiona.
Wszystko stało się martwe, senne i śniło.
Znikły gdzieś słowa, opuszczone chaty,
świt się nie zjawił skostniały od mrozu.
Zastygły doliny, światło na zboczach,
wodospad w górach jak kryształy polarnego lodu.
Słońce usnęło, dni babiego lata, planety, kosmos,
we wszechświecie dusze. Gdzieś na końcu przestworzy
myśli – – Sypie śnieg, czas zmienia straże.
Śpij świecie twardo w białych ramionach zimy.
Serce Ziemi bije spokojnie.

[MOTYW Z BRODSKIEGO]

Nie jestem pewien czy wers: „Stirliz nie zwalniał kroku” na pewno był w korpusie tekstu. Wiersz cytuję bowiem z pamięci. Ale nawet gdyby w wierszu nie było wzmianki o podstawionym Standartenführerze, to nie sądzę by tekst stracił na wartości.

Poetka dynamikę i sposób narracji żywcem przeszczepia na grunt polski prosto od Lioznowej i Juliana Siemionowa. Gdyby Hitler skapitulował w grudniu, powyższy tekst Marzeny Brody mógłby być świetnym opisem zimowego spacerku Maxa Otto von Stirlitza.

Równie dobrze pasowałby do scenariusza kolejny wiersz poetki Brody z omawianego tomika. Pod warunkiem oczywiście, że autorka dałaby się namówić do małej korekty. Chodzi mianowicie o zdanie: „Mróz tuli w ramionach cienie” oraz o „sen przytulony do wiatru”. Tego typu pieszczoty – abstrahując od samego czasownika „tulić”, który ma charakter dekadencki – są obce zdrowej tkance klasy robotniczej. Są przeżytkiem zapożyczonym ze zdegenerowanego, chorego świata zachodu. I dlatego należałoby przeredagować owe fragmenty. Poza tym wiersz „Zima” (bo o nim mowa) jest zgodny z linia partii i powinien znaleźć się w serialu: Семнадцать мгновений весны II.

Oto rzeczony tekst:

Zima to śnieg, świat na biało, noc
poszarpana pazurem księżyca, drogi
bez śladów, drzewa odświętne —
pingwiny na brzegu zatoki.
Wszystko ma kształt myśli rzuconej
w przestrzeń. Mróz tuli w ramionach
cienie. Powietrze jest podszyte chłodem,
wargi posiwiałe. Śpią słowa, skały, sen
przytulony do wiatru. Nie ma płynnych
gestów, ptaków zmęczonych słońcem.
Zima ma jeden wymiar, skrzy się
jak gwiazda zerwana z nieba.
Jest zaledwie chwilą, pierwszym oddechem.
Czyste są kolory zimna, żyją wyobraźnią
czasu na własnej planecie. Gdy sypie śnieg,
świat poważnieje w dolinach dłoni.

[zima]

Z socjalistycznym pozdrowieniem

Cenzor.

Kategoria: Bez kategorii | 1 Komentarz »

ARTYŚCI

9 listopada, 2009 by

.

mam jeszcze pięć może sześć nielegalnie pozyskanych tomików. przeczytam je. napiszę coś na ich temat. materiału wystarczy na trzy do pięciu tygodni. i to by było na tyle. później nie bedę miał o czym pisać.

ale jeżeli wy – artyści – chcielibyście o czymś przeczytać jeszcze na historiamoichniedoli.pl, to wyślijcie swoje / cudze tomiki na adres:

analizapoetycka@gmail.com

Kategoria: Bez kategorii | 3 komentarze »

Bianka Rolando, Biała książka. Zabójcza rekomendacja pani prezes

7 listopada, 2009 by

.

Hitem salonu literackiego roku 2009 jest Bianka Rolando. Ów produkt miłości polsko-włoskiej (lub włosko-polskiej) najpierw okazał się być utalentowany w dziedzinie sztuk plastycznych. Dopiero później okazało się, że Bianka jest równie utalentowaną poetką.

W tym przypadku mamy do czynienia z sytuacją odwrotną niż jak to ma miejsce z przydziałem i kolejnością uzdolnień u Jacka Dehnela. Ten najpierw objawił się jako literat, później jako gej a następnie jako malarz. Czy Bianka Rolando kocha inaczej – o tym jeszcze artystka nie poinformowała, bo nie było takiej potrzeby marketingowej.

Do rzeczy.

Był piękny majowy dzień. A ściślej: to było piękne przedpołudnie dnia piątego maja roku 2009. A jeszcze dokładniej: o godzinie 10:03 i 52 sek., piątego dnia piątego miesiąca dziewiątego roku drugiego tysiąclecia Justyna Radczyńska-Misiurewicz – prywatnie żona pana prezesa z zawodu pracodawczyni Jacka Dehnela – na jednej ze swoich stron w Internecie zainicjowała na forum wątek pt. „Bianka Rolando w Warszawie” o treści następującej:

Dyskusja o Białej książce z udziałem autorki Bianki Rolando

oraz Justyny Sobolewskiej („Polityka”) i Piotra Kępińskiego („Newsweek”)

6 maja 2009, godzina 18.00

Austriackie Forum Kultury w Warszawie, ul. Próżna 8

Po spotkaniu zaprasza się na poczęstunek.;-)

Organizacja i organizacje: Wydawnictwo św. Wojciech, Austriackie Forum Kultury, Newsweek Polska i Art Stations Foundation

Jakiż smutek musiała ogarnąć Panią Prezes. Jakiż to żal zdominował bogate skądinąd wnętrze tej zacnej osoby, gdy co pięć minut odświeżając stonkę nie doczekała się ani jednego wpisu, ani jednej reakcji na anons dotyczący Bianki Rolando i jej dzieła literackiego. Wszystko było tak jak trzeba. Napisała co, gdzie i kiedy. Podpisała się imieniem i nazwiskiem. Nawet napisała o poczęstunku i o tym, że będzie za darmo. Kto odmawia w dzisiejszych czasach darmowego jedzenia? Kiedy paczka parówek morlinek kosztuje siedem złotych polskich każda możliwość darmowego wiktu jest dosłownie na wagę złota.

Miała dwa wyjścia. Pierwsze: stracić wiarę i porzucić misję tyrania na wirtualnej grządce tkanki duchowej narodu. Powrót do roli gospodyni domowej, która gotuje obiadki panu prezesowi nie był taki zły. Ale Pani Prezes wiedziała, że koniec jej Fundacji Literatury w Internecie oznacza koniec legalnego zatrudnienia Jacka Dehnela. Nie chciała żeby ta szlachetna i delikatna natura błąkała się po kolejnych piętrach Urzędu Pracy. Przecież ten wydelikacony młodzieniec, wypachniony, ogolony, ubrany w cylinder, z laseczką w dłoni i przydługą kapota na ramionach przepadłby w tłumie spoconych, bezzębnych natur ludzkich. Wiedziała, że musi coś zrobić. Dlatego też następnego dnia, a dokładniej 2009-05-06 o godzinie 08:22:09 – czyli tuż po nakarmieniu dzieciaków, męża i po nałożeniu pierwszej warstwy podkładu na dekolcie i w okolicy oczu napisała:

Rzecz Bianki Rolando jest arcydzielna. Tak, nie przesadzam. Takie książki to święto.

Jeśli ktoś nie zna i może przyjść niech się zapozna, nie będzie żałował.;-) Jeśli ktoś zna to wie o czym piszę i naturalnie…

wie najlepiej.;-)

I znowu ten hatemelowski uśmieszek i ta nieznośna chwila napięcia. I tym razem nie wydarzyło się nic. I ten post nie zadziałał.

W bogatym i uduchowionym wnętrzu pojawiło się najpierw zwątpienie a później złość, która zmieniła się ostatecznie w rezygnację.

Kiedy dzień później – siódmego maja pojawił się pierwsza reakcja na prezesowski anons, Justyna Radczyńska-Misiurewicz nie zareagowała. Jakby straciła wiarę w narodową estetykę. Nie kontynuowała wątku. Pozwoliła mu umrzeć. I wątek umarł.

Ale nie Bianka Rolando. Ta jako malarka i poetka miała i ma się dobrze.

W tekście O chwale Ateńczyków (Πότερον Αθηναίοι κατά πόλεμον ή κατά σοφίαν ενδοξότερο, 476 f, ed. Stephanus, 1572, T. IV ), Plutarch cytuje sławne – także dziś – powiedzenie Simonidesa, że poezja jest mówiącym malarstwem, malarstwo zaś jest milczącą poezją.

Nie wiem o czym milczy malarka Bianka, ale chciałbym dowiedzieć się o czym mówi poetka Rolando. Dzwonię do kilku znajomych. Wysyłam odpowiednie majle. I po kilku dniach dostaję solidny załącznik w PDF. Trochę tego jest. Płytka z nagraniem ma przyjść pocztą.

– Pierdolę. Na chuj mi nagranie Maksia, który zamiast „kobieta mnie bije” będzie mi recytował wierszyki. Jakoś nie wierzę spoconemu grubasowi.

[to, że nie Jerzy a Maciej recytuje wiersze, tego się nigdy nie dowiedziałem.]

Jerzy Sthur miał w życiu kilka dobrych ról. Ale według mnie on i poezja to byty kompletnie nieprzystające. Mogę sobie wyobrazić scenkę łóżkową, w której Jerzy gramoląc się na rozebrana kochankę sapie:

Chodź tu kotko miau, miau
Pokażę ci com chciau chciau

Ale sytuacja: Jerzy Sthur czytający wiersze Stefana George – to przekracza nawet moją osobistą power of imagination.

Otwieram załącznik PDF. „Biała Książka”. Skan okładki: jakieś biuściaste ciałko z zaznaczonymi odległościami. Myślę sobie – to pewnie artystyczne nawiązanie do tej części duszy i twórczości Bianki Rolando, w której objawia się jako malarka. Taka wariacja na temat znanego rysunku człowieka wpisanego w kwadrat Leonarda da Vinci.
Ale to nie rysunek fokusuje moją uwagę, ale przymiotnik: „biała”. W głowie mi kołacze: biała, biała, biała plama, hic sunt leones.

Wyruszam na podbój Afryki.

Tekstem z Białej Książki, który szybko stał się moim ulubionym, jest Pieśń Piąta.
Jest to stosunkowo długi tekst i żeby nie zanudzać czytelnika postaram się go streścić.
Otóż Pieśń Piąta opowiada o tym jak to osoba, rodzaju żeńskiego chodzi sobie po mieście. Jest to niezwykły podmiot liryczny. Bo kiedy wsiada do autobusu, to:

Dziewczyny na mój widok mocniej przytulają
swoich przystankowych towarzyszy, drżąc
jak sadzonki pomidorów wspierające swój ciężar
na solidnych patykach, które korygują ich kształt

Podmiot liryczny, jak zwykły pasażer, musi wysiąść kiedyś z autobusu MZK. Wówczas skazany jest na perypatetyczny ogląd rzeczywistości. I oto, co widzi:

Chodzę, patrząc się na bezcelowy ruch
Ich mobilność jest absolutnie zbędna
Na dworcach świata mam swoje apartamenty
President Suite z marmurową posadzką
Oddaje mi ona swój zbawienny chłód, spokój
Obdarty jestem z koronek tłumiących oddech i ciało
Drapię się za uchem, spoglądając na wysokie kobiety
w reklamówkach całe życie za 35 złotych z resztą
Jestem cieniem, przybrudzonym krawężnikiem
w którym zbierają się kałuże, mokre odpadki

Jestem przekonany, że mówiąca malarka mogłaby w podobny sposób zdać relację z turnieju szachowego. Wszak opanowała do perfekcji odpowiednie metrum.

Następna Pieśń Bianki Rolando – Pieśń Szósta – także porywa. Oto początek, który jest forpocztą „arcydzieła” – jak to trafnie ujęła Justyna Radczyńska-Prezes-Misiurewicz:

Chłodny poranek zaglądał mi ostro w oczy
jego mocne uderzenia to jasna tenisówka
Prosto w głowę pachnącym butem z gumy
W mojej głowie jeszcze vino bianco

[pieśń szósta]

Ale nie tylko „chłodny poranek zaglądający w oczy” może być problemem. Bianka Rolando z właściwą sobie lekkością obrazowania pisze o innych udrękach powodowanych przez prozę życia:

Poczułem przeciągły ból w klatce piersiowej
cicha czerń okryła moje zmęczone oczy
Bolesna depilacja trwała zaskakująco krótko

[pieśń szósta]

Przestrogi dla zawałowców w społeczeństwie, w którym obniża się wiek osób zagrożonych zawałem mają wyjątkową wartość edukacyjną. O depilacji nie mogę nic powiedzieć. Pozostaje mi tylko uwierzyć podmiotowi lirycznemu na słowo.

Pieśń Siódma niczym nie zaskakuje. Widać, że poetka-malarka obywatelstwa polsko-włoskiego jest w wyjątkowej formie. Oto dowód:

Tchnienie jak wiatr zdmuchnęło mnie czule
ruszyłem w kierunku cichych konstrukcji
pełen nieśmiałego oczekiwania na jakieś zaproszenie
to wszystko przez te kokosy, jak zwykle
Ich egzotyczna woń kołysała mnie w uśpieniu
CHODŹ – szepnęło niejęzykiem jakieś nieistnienie

[pieśń siódma]

ciche konstrukcje”, „czułe zdmuchnięcia”, „nieśmiałe oczekiwania”, „egzotyczne wonie” – wszystko to znamy z klasyki polskiej poezji kobiet – tomiku Pożegnanie z czerwienią Ewy Lipińskiej. Bianka Rolando świadomie i odtwórczo podąża za kanonem, który wyznaczył tekst starszej koleżanki pt. „Przebudzenie” a który wszedł do klasyki poezji kobiet:

siwy mróz jak rozczochrana broda
zimne światło z trudem przebija noc
zmarznięte dłonie chowam głęboko
w pamięć twojego ciepła

zaciskam mocno powieki
bezczelnie wpycha się blady świt
w sam środek snu
gdzie pomarańczowe ciepło kamasutry
owija mnie szczelnie jak sari
które odplątywałeś tak cierpliwie
jak niecierpliwie mnie potem kochałeś

[przebudzenie]

Bianka Rolando – literackie objawienie roku 2009 – oprócz przymiotniczków stara się zaoferować swoim czytelnikom kilka ważnych i pożytecznych nauk. Proponuje m.in. przyspieszony kurs akustyki:

Żaden z tych głosów nie był głośniejszy czy cichszy
dlatego wszystkie były słyszalne równocześnie

[pieśń siódma]

Następnie kurs socjologii dla początkujących:

Chodź do nas, chodź do nas, wielość cię woła
Jesteśmy cudnie przeludnieni

[pieśń siódma]

I na końcu kurs mechatroniki dla zaawansowanych:

Usłyszałem w swoim duchu rwącą tęsknotę
byłem ścigany z wielką szybkością

[pieśń siódma]

Oczywiście sprawę można skwitować następująco: wszystko można sprowadzić do absurdu. Wszystko i wszystkich jeżeli ma się na to ochotę i jeżeli się sprowadzać do absurdu potrafi. Twórczość Bianki Rolando także.

Jednak można sprawę przedstawić inaczej. Wiersze rekomendowane przez Justynę Radczyńską nie mogą być przecież banalną sieczką. Muszą to być teksty ważna zarówno pod względem estetyki, sposobu narracji jak i treści. Nie może być tak, że rukowoditiele mylą się w swoich rekomendacjach. Ja się mogę pomylić. Może się pomylić Bianka Rolando, ale Justynie Radczyńskiej mylić się nie wypada.

Dlaczego jest tak, że mimo gorących, powtarzanych jak dogmat zapewnień: „Rzecz Bianki Rolando jest arcydzielna”, w Białej Książce czytam:

Kim jesteś, o piękna przyjaciółko moja
o rudych włosach, zawsze mi się takie podobały
spiętych jak kurtyna, tylko dwoma punktami
Jakże twoje jasne oblicze jest olśniewające
Piłaś zawsze esencję z herbaty, inni rozwadniali
stąd pewnie twój herbaciany odcień
Twoją cerę pokryły piegi i niedoskonałości skóry
wrażliwej z tendencją do wysuszania się
Z długimi nogami na ręczniku plażowym leżysz
kremem posmarowana UV 100, byś się nie spaliła
jesteś tak cholernie wrażliwa na wszystko

[pieśń dziesiąta]

Czy tylko ja widzę tu banalny landszaft z jelonkiem na rykowisku?

PS.

Jeżeli Bianka Rolando maluje tak jak pisze, to wkrótce jej grafiki będą zdobiły ściany restauracji sieciowych SFINX, FARAON itp., w całej Polsce.

Kategoria: Bez kategorii | 24 komentarze »

cza na dzieło z działu dzieł: Wiersze lepsze. Wiersze gorsze. Antologia wierszy nieistniejących

4 listopada, 2009 by

.

Klikajcie, ssijcie, zapychajcie łącza! Oto nowa antologia. Przeczytacie w niej takie wiersze, że ho ho i fiu fiu. Po tej lekturze już nic nie będzie takie jak było.

antologia wierszy nieistniejących [kliknij, by przeczytać]

Kategoria: Bez kategorii | Komentarze »

Bianka Rolando, Pieśń Piąta oraz Uniwersalne Uzasadnienie Jury

4 listopada, 2009 by

.

Uzasadnienie JURY

Szanowni Państwo, jako przewodniczący Jury tego prestiżowego konkursu na wstępie chciałbym podziękować wszystkim autorom, którzy nadesłali wiersze. Z roku na rok odnotowujemy coraz większe zainteresowanie naszym konkursem. Zwiększa się także poziom artystyczny nadsyłanych tekstów. Dlatego coraz trudniej wybrać nam, doświadczonym przecież jurorom, którzy za honoraria jurorskie niejedną zgrzewkę piwa kupili i niejeden kebab zjedli, właśnie ten jeden, ten jeden jedyny wiersz warty miliona dolarów.

Zanim ogłosimy zwycięzcę przypomnę tylko, że wyboru dokonało bardzo, ale to bardzo profesjonalne jury w składzie: dr Marek Trojanowski (przewodniczący jury), Bronisław Maj, Rafał Rżany, Piotr Śliwiński, Mariusz Grzebalski, Stanisław Bereś, Jakub Momro,
Anna Kałuża, Alina Świeściak oraz aktor Maciej Stuhr, który sam nie bardzo wie co tu robi.

Nie muszę chyba dodawać, że jurorzy, to osoby mogące poszczycić się dorobkiem w dziedzinie poezji – z reguły są to tomiki wydane własnym sumptem, czasami tomiki pokonkursowe, ale zawsze tomiki.

Przejdźmy już do konkretów. Szanowni Państwo, mamy zaszczyt ogłosić, że pierwsze miejsce i główną nagrodę w wysokości jednego miliona dolarów, w Ogólnopolskim Konkursie Jednego Wiersza wygrała pani Bianka Rolando – godło: „Tak, tak, to ja” wierszem pt. Pieśń piąta. Oto zwycięski wiersz:


Pierwszy kawałek
o najbardziej łagodnych krawędziach
Z powiewem wiatru w przyszerokich spodniach
wielokrotnie rozrywanych w bolesnym kroku
od zbyt długich i tanecznych kroków
z oddechem, którego wszyscy unikają
podśmiechują się ze mnie w autobusie, jestem Blu
Dziewczyny na mój widok mocniej przytulają
swoich przystankowych towarzyszy, drżąc
jak sadzonki pomidorów wspierające swój ciężar
na solidnych patykach, które korygują ich kształt
Dzieci patrzą na moje ciemne oblicze
szukając oczu do rozpoznania twarzy
Chodzę, patrząc się na bezcelow y ruch
Ich mobilność jest absolutnie zbędna
Na dworcach świata mam swoje apartamenty
President Suite z marmurową posadzką
Oddaje mi ona swój zbawienny chłód, spokój
Obdarty jestem z koronek tłumiących oddech i ciało
Drapię się za uchem, spoglądając na wysokie kobiety
w reklamówkach całe życie za 35 złotych z resztą
Jestem cieniem, przybrudzonym krawężnikiem
w którym zbierają się kałuże, mokre odpadki
wsiąkają we mnie swobodnie i lękliwie
Wystraszeni swoją pewnością siebie, uciekają
na drobnych nóżkach, w podziemne przejścia
Szarobura cera uczyniła mnie prawie umarłym
co może się stać z człowiekiem, gdy nie słucha mamy
co może stać się z człowiekiem, gdy nie słucha innych
Moje kroki bujają się w rytmie siarczanych opowieści
Prawdziwie niesamowite, bo oni tak zawsze
moi kompani częstują mnie nimi jak papierosami
Nie mam przeszłości, nie mam ani ojca, ani matki
nie mam licznych sióstr, braci, przyjaciół, wrogów
nie mam kochanek, ani kochanków
nie płaczę, nie szukam pocieszenia
ani łaski, ani litości, ani gniewu, ani ciebie
Nie jestem samowystarczający, ale wystarczający
dlatego jestem nieproszonym dozorcą
komentatorem pięknych, rozproszonych detali
Dostaję grosze od zgarbionych ludzi
dzięki temu co dzień jem czerstwy chleb
piję najtańsze, wiśniowe wino
w plastikowo-kryształowym kielichu uwielbienia
Toczą mnie w środku jakieś nieznane choroby
których objawów ciągle oczekuję
Z pełną świadomością przyjmuję wszystko
Moje ciało tęskni już za rozkładem
Czuję tę piękną i skuteczną presję
tę dyskretną elegancję wycofywania się
w środku przyjęcia

Proszę przestać klaskać, ponieważ przed obiadem chciałbym zdążyć przeczytać Państwu uzasadnienie werdyktu. Dziękuję.
Ekhm, Ekhm, Proszę Państwa, dostojna laureatko oraz wy wszyscy, którzy wysłaliście swoje wierszyki, oto nasze uzasadnienie:

UZASADNIENIE

Błyskotliwy poetycki koncept, ironia, humor – jak w liryce Wisławy Szymborskiej. Niezwykłe skupienie wizji i kondensacja sensów – jak u Emily Dickinson. Kunsztowna konstrukcja wiersza – jak u Brodskiego czy Heaneya. Zachwycające wirtuozeria języka – jak u Barańczaka. (1) Stanowi dobre jej podsumowanie, jak gdyby streszczając ścieżkę, którą podąża ta liryka: wąską, pełną zakrętów i uskoków, pomiędzy życiem „czystym” a życiem zamykanym w słowach. Życiem od pisania niezależnym, powiedzmy: literacko nie (nad)świadomym, ale życiem biegnącym niby w rytm napędzanych przez nie słów (jest to więc relacja jak najbardziej zwrotna). To wiersz, w którym równe prawa mają język i wchodząca w niego rzeczywistość. Przychodzą mi na myśl słowa „zamieszkać w języku”, przy czym koniecznie trzeba powiedzieć, że „zamieszkać” jest tu może nawet ważniejsze i pseudonimuje szereg „ustateczniających” wartości, przede wszystkim miłość kobiety i więź (co nie znaczy jedność czy zgodę) z Bogiem.(2) Bianka Rolando porywa się na rzeczy niepopularne i ponoć niemożliwe. Ryzykuje i więzi uwagę czytelnika. (3) Te tajemnicze, zwrócone ku sobie i wzajemnie oświetlające się mini-fabuły mają w sobie coś z mrocznego mitu. Żyjący na pograniczu snu i jawy, ascetyczny podmiot bardziej przypomina humanoidalną hybrydę niż człowieka. Ludzkie są jego uczucia, zwłaszcza niespełniona miłość – cicha bohaterka tego tekstu.(4)
Urzeka ta umiejętność płynnego przechodzenia z tej naszej prozaicznej realności w jakiś specyficzny zaświat czy międzyświat, uruchamiany zarówno myśleniem o naszym organicznym zanurzeniu w niebyt, „życie po życiu”, śmierć, sen, stany prenatalne oraz egzystencje równoległe czy alternatywne, jak i doświadczeniem poetyckim, będącym formą wyobraźniowej wyprawy w uniwersum kształtów, obrazów i duchowych wydarzeń, które nic nie mają wspólnego z naszym mozolnym czołganiem się ciałem i zmysłami po ziemi (5)Zdaje się być szukaniem uzasadnień tak dla poezji, która nie chce być zniekształconym echem swoich dawnych możliwości, jak i dla życia, które nawet jeśli nie wierzy we własną wypowiadalność – musi mówić (6).
Pieśń Piąta (7) rządzi się logiką przemieszczenia, a poetka namiętnie tropi oznaki podstawień jednych słów pod drugie, uniemożliwiając językowi znieruchomienie. (8) Poetka zmieniała jednak tonację: mroczniejsza, pesymistycznie podbija ciemne sensy (9) Żongluje poetykami, ale nienachalnie. Ślady symbolizmu czy (przede wszystkim) surrealizmu nie trącą w jej wierszu pretensjonalnością, efekt rozsunięcia rzeczywistości i podmiotu nie jest ani modernistycznie udramatyzowany, ani beztrosko spostmodernizowany. Co prawda heterotopie, językowe dryfy powodują tu alienację języka, uwalniają go od ładu, który nim rządził, i ustanawiają ład nowy, „czynny do odwołania”, ale język, wypróbowując wciąż nowe możliwości połączeń, usiłując ustanowić nowe zasady ładu, szuka kontaktu ze światem (10) Bianka Rolando uczy nas czytać na nowo (11).

Przypisy:

1)Bronisław Maj, Agnieszka Kuciak, Retardacja
2)Rafał Rżany, Tadeusz Dąbrowski, Te Deum
3)Piotr Śliwiński, Bianka Rolando, Biała Książka
4)Mariusz Grzebalski, Sławomir Elsner, Antypody
5) Stanisław Bereś, Bogusław Kierc, Zaskroniec
6)Piotr Śliwiński, Wojciech Bonowicz, Pełne morze
7) Marek Trojanowski
8) Jakub Momro, Andrzej Sosnowski Dożynki 1987-2003
9) Anna Kałuża, Julia Fiedorczuk, Planeta rzeczy zagubionych
10) Alina Świeściak, Łukasz Jarosz, Biały tydzień
11) Maciej Stuhr, Bianka Rolando, Biała książka

Kategoria: Bez kategorii | 18 komentarzy »

Dalej »