robert rybicki. Motta robali. a) miliarderzy, b) miliard w rozumie, c) jeden z dziesięciu

12 sierpnia, 2009 by

.

Od czasu do czasu poeci lubią zadać pytanie o sens. Najlepszym terenem poszukiwań tego typu pytań są co charakterystyczne dla poezji polskiej oczy.

Do poszukiwania pytań o sens najlepiej nadają się oczy jakiejś ładnej dziewczyny, przelotnie spotkanej na mieście bądź w tramwaju. Rzadko kiedy w poszukiwaniu wykorzystuje się oczy stałej partnerki czy partnera. W znajomych oczach nie ma żadnej tajemnicy. Gałki oczne stałych partnerów / partnerek nawet wybałuszone ze zdziwienia, przekrwione z przepicia czy zapuchnięte z powodu braku snu lub płaczu znane są na pamięć. Nic w nich nie zaskakuje. A jedynym pytaniem, które może się pojawić w wyniku powtórnej analizy na wskroś poznanego przez lata współżycia dna oka, będzie pytanie o sens dalszego bycia razem.

Zdarza się także, że to nie oczy, nie stopy, ani nawet dłonie, nos czy małżowina uszna są pretekstem do poetyckich poszukiwań sensu. Bywa, że źródłem inspiracji semantyczno-interrogatywnej jest np. gadające auto, od którego można się wiele dowiedzieć pod warunkiem, że się jest wysportowanym Niemcem, robiącym karierę w Hollywood.

Poeta Robert Rybicki może nie jest tak przystojny jak David Hasselhoff ani tak utalentowany jak jego mówiący Pontiac o wdzięcznym imieniu KITT. Nie przeszkodziło mu to jednak zadać pytania o sens. Jako polski poeta współczesny, jako autor kolejnego tomiku w karierze poetyckiej pt. Motta robali, Robert Rybicki odnajdzie pytanie o sens w bliżej nieokreślonych „twoich oczach”:

Twoje oczy, pytania o sens,
podczas gdy sens pyta o nas.
Pyta dotkliwie jak ukłucie igły.

[niedobyt]

Czyż nie jest to piękne pytanie?

Twoje oczy… taaa…. pytania o sens….. mniam, mniam…chciałoby się dodać: i nas dwoje….taaa… i plaża…. mniam, mniam…. i szum morza i piski mew….taaaa….i powracająca fala…taaaa…i sens, który pyta o nas w tej samej chwili, w której my, trzymając się za ręce, wpatrując się sobie w oczy zadajemy pytanie o sens. Taaaa…. i ta mała muszelka, która wpija się w nagi półdupek…taaaa…jak ukłucie igły….uaaaaa!

Autorskie pytanie poety można przeformułować następująco:

Twoje teksty, pytania o sens
podczas gdy sens pyta o ciebie
Pyta dotkliwie jak ukłucie igły

[doodbyt]

Teraz nic już nie stoi na przeszkodzie, by zapytać o sens poetę, który pytania o sens zadaje.

Do poety Rybickiego, pytań kilka o sens:

Pytanie pierwsze o sens:

Co to jest:

odwiecznie nieprzekraczalne,
poza galaktyką i codziennym
wpada do wiersza jak kamień

[niedobyt]

czy jest to:

A) Kamień polny
B) Łupek granitowy z kopalni granitu z Kostrzy
C) Wyschnięty babol z nosa strapionego poety, który od kilku dni pochyla się nad czystą kartką, chcąc napisać jakiś wiersz ale mu to nie wychodzi?

Pytanie o sens numer dwa:

Co to jest, co:

z niedokreślonego
rozkształca się w doczuwalne

[coś]

Czy jest to:

A) penis w zwodzie
B) embrion obcych, którym zaraziła się Sigourney Weaver w trakcie pracy na 12. częścią perypetii kosmicznych Ellen Ripley
C) Babol z tego samego nosa, tego samego poety, który po dwuminutowym ugniataniu między opuszkami palców a następnie turlaniu po blacie stołu zmienił konsystencję.

Pytanie o sens numer trzy:

Co się dzieje:

gdy nerw klucza przewodzi strumień
dygotu drzwi na łonie
klatki schodowej, wśród
ślizgawicy ścian

[Łatwopylne widowiska]

Odpowiedzi:

A) Nadchodzi wiosna
B) Wysiada centralny układ nerwowy
C) Nic się nie dzieje. Tylko trzeba mniej pić.

Pytanie o sens numer cztery:

W jakiej temperaturze:

Klęczą trawy
przyglądając się własnym
korzeniom

[Wzdęcia]

Odpowiedzi:

A) 25,2 C
B) 25,9 C
C) 26,1 C

Pytanie o sens numer pięć:

Szesnaście i pół plus siedem,
co nam to da

[Długość pola]

Odpowiedzi:

A) dwadzieścia trzy i pół
B) dwadzieścia pięć i pół
C) świat w donacyjnym akcie

Pytanie o sens numer sześć:

W jakich okolicznościach:

Soczewka
kałuży marszczy jakby czoło
po odbiciu żagwi

[soczewka]

Odpowiedzi:

A) W bajkach
B) W filmach sensacyjnych
C) W trakcie pięciominutowej prezentacji prognozy pogody zaraz po wieczornym wydaniu Wiadomości w TVP1.

W poszukiwaniu sensu w wierszach Roberta Rybickiego pt. Motta robali, można:

I) wykonać jeden telefon do przyjaciela
II) poprosić o podpowiedź samego poetę korzystając z formularza kontaktowego na blogu poety: http://ryboezja.blox.pl/html (pod warunkiem, że opcja: kontakt jest dostępna)
III) poprosić innego dowolnie wybranego współczesnego poetę o pomoc.

Nagrodą w quizie jest odkrycie sensu w poezji Roberta Rybickiego.

A jeżeli zamiast sensu, w tomiku Motta robali Roberta Rybickiego czytelnik odnajdzie słomę to nie ma się czym przejmować. Wszak poszukiwanie sensu nawet tam, gdzie z natury swej ów nie występuje jest zawsze zajęciem chwalebnym i szlachetnym.

Kategoria: Bez kategorii | 8 komentarzy »

do fanuw mych i fanek

11 sierpnia, 2009 by

.

wiem, rze teskniliscie, rze te kilkanascie godzin rozlaki bylo nie do zniesienia. Curz, rzeczy martwe maja w dupie ducha, nawet tego z najlepszego sortu.

wiedziec musicie, rze mi tez bylo jakos nieswojo. brakowalo mi waszych wejsc, brakowalo mi statystyk, nie mialem czym dokarmic ego
nasycic prurznosci.

a czego wam brakowalo? za czym teskniliscie? za mordobiciem? za literackim scierwem, za krwia puszczana z tomiczusiuw?
napiszcie koniecznie!

pisze do was przez „u” i „rz”, rzeby bylo smieszniej

Kategoria: Bez kategorii | 6 komentarzy »

rzecz o życiu (I)

9 sierpnia, 2009 by

.

– Pij szybciej
– Gdzieś ci się, kurwa, spieszy?
– A chuj, racja. Zostaw mi jeszcze na łyka.
Pan Eugeniusz Kiełbasa, który w Niebiedzicach, od początku lat dziewięćdziesiątych prowadził sklep wielobranżowy, w ciągu swojej dwudziestokilkuletniej kariery sprzedawcy-biznesmena był świadkiem tysięcy podobnych scenek, wysłuchał tysięcy podobnych dialogów. Zawsze ci sami starzy znajomi, te same czerwone twarze, zapadnięte usta, takie same żale, w których istotną rolę spełniają z pietyzmem, do ostatniej głoski artykułowane pizdy, chuje i mniej bardziej wyszukane inwektywy, oraz zawsze takie same prośby o towar na zeszyt. Dlatego też w tej chwili spokojnie obserwował dwóch, stałych bywalców wymieniających się na przemian to czułymi kurwami, to plastikową butelką z nalewką.

Pan Eugeniusz przygodę z prywatnym biznesem rozpoczął już w latach siedemdziesiątych. Wówczas spostrzegł, że socjalistyczna gospodarka planowa nie uwzględniła w kolejnej pięciolatce odpowiednio wysokiej produkcji rękawic roboczych dla pracowników fizycznych. Dlatego też jeżeli pojawiały się one na rynku, a w szczególności gdy kilka par trafiło do niebiedzidzkiego GS-u, to było ich zawsze za mało i zawsze rozchodziły się metodą spod lady czyli kupowali je znajomi znajomych. Pan Gieniek zauważył także, że ta sama gospodarka socjalistyczna, która nie była w stanie nasycić rynku rękawicami ochronnymi, w innych swych obszarach wykazywała zdumiewającą nadprodukcję. Jednym z takich obszarów była produkcja worków parcianych, których od lat produkowano o 500% więcej niż tego wymagał rynek. Było to umotywowane względami ideologicznymi. Partia wierzyła w potencjał, który drzemał jak uważano w socjalistycznym rolniku. Każdego roku, by zmotywować chłopów, już w lutym zapowiadano obfite zbiory wszelkich zbóż. Ogłaszano także, że przemysł tekstylny przygotował się odpowiednio na rekordowe żniwa, że wyprodukowano 200 % więcej lnianego włókna, z którego utkano o 150 % więcej płótna i uszyto ileś set procent więcej worków niż w zeszłym roku worków, które tylko czekają by je napełnić. Innymi słowy: partia spełniła swój obowiązek, reszta była w rękach rolnika.
Ale każdy racjonalnie myślący człowiek wiedział, że ogłaszanie w lutym obfitych zbiorów w sierpniu jest tego rodzaju wróżeniem, z którym równać się może tylko przepowiednia szczerbatej cyganki, która na podstawie rysów twarzy delikwenta oraz tego, co mu z oczu patrzy, skrzeczącym głosem każdorazowo oznajmia: Ożenisz się bogato. Będziesz długo żył i będziesz miał mądre i zdrowe dzieci. Chociaż po zastanowieniu, prognoza dobrego życia była bardziej prawdopodobna niż ta, dotycząca rekordowych zbiorów.

Te dwa fakty: brak rękawic i nadmiar worków były powszechnie znane. Ale pomysł, by za bezcen skupować worki a następnie szyć z nich rękawice ochronne i sprzedawać je z bardzo dużym zyskiem wymagał tego typu refleksji, którą powszechnie określa się jako smykałka do interesów. I tej smykałki nie zabrakło we właściwej chwili panu Eugeniuszowi.

Pierwsze sześćdziesiąt par uszył wraz z żoną i dwiema córkami w domu. Jego małe przedsięwzięcie nie wymagało nic oprócz własnego nakładu pracy. Maszynę do szycia starego, poniemieckiego Singera, dostali w prezencie ślubnym od jego babki. Od pierwszych dni ich rodzinne przedsięwzięcie opierało się na dziewiętnastowiecznym wymyśle kapitalistów: na podziale produkcji pracy. On rozcinał worki, młodsza córka Basia odrysowywała kontury przy użyciu kartonowego szablonu i kawałka kredy, starszy syn wycinał, a żona szyła. Podział produkcji pracy zadziałał. Po tygodniu miał wystarczająco dużo towaru, by z producenta zmienić się w handlowca. I najważniejsze: żaden z domowników się specjalnie nie narobił.
Pozostało tylko wprowadzić towar do obrotu rynkowego. I na tym etapie także dała o sobie znać smykałka do interesów.
Pan Eugeniusz zamiast bawić się w sprzedaż detaliczną, zapakował tygodniową produkcję w celofan i udał się do ówczesnego kierownika niebiedzidzkiego PGR-u. Tak się jakoś złożyło, że w tym dniu do pegeeru przyjechała jakaś niespodziewana wizytacja z Ministerstwa wraz z Kroniką Filmową. Planowo telewizja i urzędnicy z Warszawy mieli wizytować jednostkę produkcyjną w Pryszkach w wiosce położonej po sąsiedzku. Telewizja miała zrobić materiał o produkcji trzody chlewnej i o tym, że Polska Ludowa w szczególności jej pracowici obywatele, nie muszą się obawiać, że kiedykolwiek w socjalistycznej idylli zabraknie mięsa. Okazało się jednak, że przybyły do Pryszek wiceminister oraz ekipa telewizyjna zamiast świń zastali puste kojce. Wszystkie świnie tydzień wcześniej przewieziono do odległej o sto kilometrów chlewni w Łaszkach, w której ta sama ekipa filmowa ale z innym ministrem robiła materiał na temat wydajności socjalistycznych macior. Świnie oczywiście nie zdążyły wrócić.

Przedstawiciele władzy, mimo że w odróżnieniu od świń nie mieli problemów logistycznych, nie mogli powrócić do stolicy z pustymi rękami w szczególności bez odpowiedniego raportu, w którym odnotowano by kolejny gospodarczy sukces. Także ekipa Kroniki Filmowej musiała wykonać swój plan i zużyć odpowiednio dużo kilometrów taśmy filmowej. Dlatego całe towarzystwo w poszukiwaniu jednego choćby kojca pełnego świń udało się do Niebiedzic, do tamtejszego PGR-u.

Łatwo sobie wyobrazić chaos na poziomie administracyjnym, jaki wywołała ta wiadomość w Niebiedzicach. Informacja o tym, że za chwilę zjawi się w wiosce wiceminister z telewizją zmobilizowała wszystkich. Administracja PGR-u wpadła w panikę i to właśnie ta panika, chaos biegających wicedyrektorów i prześcigających się wzajemnie sekretarek, plątanina wydawanych dyspozycji, wzajemnych przekrzykiwań innymi słowy ten niebywały jak na to miejsce ruch tkanki fizycznej i intelektualnej gospodarki socjalistycznej, sprawił, że Eugeniusz Kiełbasa wraz ze swoim produktem, nie zatrzymywany przez nikogo, nie pytany o cel wizyty trafił bezpośrednio przed oblicze samego pana prezesa dr. inż. Józefa Bigosa, który tajniki wiedzy z zakresu agrotechniki i weterynarii zdobywał na Uniwersytecie w Rostowie pod okiem radzieckich specjalistów.

W tamtych czasach wielu urzędników partyjnych z Polski, ale nie tylko kształciło się w tym malowniczym miasteczku nad Donem. Nie dlatego, by kwiat intelektualny władzy ludowej i jej struktur doceniał walory estetyczne Rostowa, ale z tego powodu, że na tamtejszym uniwersytecie elity krajów bloku socjalistycznego oraz z republik zaprzyjaźnionych na mocy uchwał międzyrządowych w ramach państw bloku, zdobywały tytuły naukowe w trybie ekstraordynaryjny.

Wyglądało to tak: partia typowała kandydatów pod względem charakterologicznym. Wyszukiwano tzw. aktywistów, ludzi oddanych idei krzewienia socjalizmu. Prześwietlano ich przeszłość w poszukiwaniu w odgałęzieniach drzewa genealogicznego jak to określano: zaplutych karłów reakcji, przebrzydłych burżujów albo też elementów wywrotowych. Następnie, kiedy kandydat okazał się czysty, wysyłano go na kurs do Rostowa. Tam na miejscowym uniwersytecie w miesiąc czasu robił maturę. Drugi miesiąc kandydat poświęcał kierunkowym studiom na poziomie wyższym i zdobywał tytuł inżyniera magistra. Po uroczystym absolutorium, na którym przy wtórze Katiuszy absolwenci odbierając dyplomy żarliwie zapewniali, że dołożą wszelkich starań by socjalizm już wkrótce zatriumfował na świecie; po mocno zakrapianej (precyzja wymagałaby użycia przymiotnika: zalewanej) części nieoficjalnej, w trakcie której następowało spontaniczne zbratanie się, polegające na wymianie niedźwiedzich uścisków, łez szczęścia i hektolitrów śliny w bruderszaftowskich całusach, większość świeżo i szybko upieczonych absolwentów uczelni rostowskiej wracało do domów by objąć odpowiednio wysokie stanowiska. Ale niektórzy tak jak Józef Bigos zostawali na kolejne dwa miesiące, by przygotować rozprawę doktorską.

Bigos pisał doktorat z zootechniki. Temat: Inseminacja krów w obwodzie kaliningradzkim przy użyciu pipety Larsena i dłuższej od niej o cztery milimetry pipety Korolejewa. Podobieństwa i różnice. Zarówno w trakcie obrony jak i później nie dyskutowano z nim na temat jego śmiałej teorii, że radzieckie pipety skuteczniej zapładniają niż zachodnie, którą wysnuł po przeprowadzeniu niezliczonej ilości badań empirycznych. A że stosunki polsko-radzieckie zmieniły się na lepsze, po tym jak stanowisko pierwszego sekretarza objął Edward Gierek, wszystkim kandydatom z polskim komisje doktorskie Uniwersytetu w Rostowie z automatu przyznawały oceny bardzo dobre, dlatego Bigos, który mimo miesięcy pobytu w ZSRR nigdy nie opanował języka rosyjskiego w stopniu nawet dostatecznym, tego dnia jednogłośnie został obwołany przez szacownych rostowskich profesorów doktorem nauk rolniczych w dziedzinie zootechniki.

Uczciwszy solidną popijawą swój pierwszy sukces dr inż. Józef Bigos z dyplomem, puszką kawioru i półlitrówką w neseserze wrócił do kraju. Tu także oblewał. Pił z rodziną, z kolegami z pracy, z kolegami z partii a kiedy już z skończył opijać sukces naukowy musiał zacząć oblewać sukces zawodowy, ponieważ partia powołała go na stanowisko dyrektora Państwowego Przedsiębiorstwa Infrastruktury Wiejskiej. Któż inny nadawałby się lepiej na tę posadę niż doktor nauk rolniczych? I z pewnością dr inż. Bigos piąłby się po kolejnych szczeblach urzędniczej kariery a w najgorszym przypadku bez przeszkód wylegiwałby się w wygodnym dyrektorskim stołku, gdyby nie niespodziewana kontrola z centrali.
Jak to zawsze z niespodziewanymi kontrolami bywa, tak i ta zupełnie niespodzianie doszukała się rażących zaniedbań tak to zapisano w protokole. W rzeczywistości chodziło o nierozliczone faktury na kilkusettysięczne sumy, co wówczas stanowiła astronomiczną kwotę. Oczywiście tych pieniędzy nie przywłaszczył sobie dr Bigos. Za krótko był dyrektorem. Prawdopodobnie wzbogacił się któryś z jego poprzedników, którzy zdążyli zainstalować się ministerstwie i byli teraz poza zasięgiem karzącej ręki sprawiedliwości władzy ludowej. Komisja jednak musiała znaleźć winnych defraudacji państwowych środków. Jedynym kozłem ofiarnym mógł być i jak się okazało po krótkim dochodzeniu był świeżo upieczony dyrektor. Jednakże wszyscy, nawet zainteresowani sprawą wysocy działacze z centrali wiedzieli, że Bigos jest niewinny. Dlatego, chcąc mu jakoś zrekompensować krzywdę, po cichu wysłano go na wieś, do Niebiedzic na stołek dyrektora w tamtejszym pegeerze, wakujący po niejakim Majewskim, którego skazano w procesie związanym z jakimś przekrętem mięsno-nabiałowym o charakterze lokalnym.
I tak oto pan doktor magister inżynier Józef Bigos znalazł się w uroczej miejscowości położonej na ziemiach odzyskanych. Z tego epizodu wyciągnął jednak wnioski. Postanowił, że nigdy nie da się zaskoczyć, żadnej niespodziewanej kontroli.

Wracając jednak do spotkania dyrektor był tak samo zaskoczony jak producent. Spodziewając się lada chwila gości ze stolicy, dyrektor nie miał w ogóle czasu na rozmowę. Osobiście odprowadził petenta do drzwi, gdy ten wymachiwał mu przed oczami pękiem szarych, pachnących lnem rękawic i mówił coś o bezpieczeństwie pracy, o przepisach BHP. Ale dyrektor miał ważniejsze sprawy na głowie. Powiedział sekretarce żeby nikogo nie wpuszczała, bo chce się przygotować do przyjęcia gości z ministerstwa. Sekretarka, spoglądając karcącym wzrokiem na Eugeniusza – intruza, który zdołał się niezauważenie przemknąć do pokoju szefa tuż pod jej nosem odpowiedziała:
– To się już więcej nie powtórzy… i dyrektorze, dzwonili z magazynów. Nowa odzież została już wydana pracownikom, ale nie mają rękawic ochronnych i nigdzie nie można ich dostać. Pan wie, że BHP i …
– Wiem, wiem przerwał Bigos – Niech wyślą kierowcę do Łaszek, tam powinni coś mieć. A jak nie będzie nowych, to niech dadzą stare, ważne by były. Jakiekolwiek.
– Kierowca już był, powiedzieli mu, że nie mają odpowiedziała sekretarka.
– Co to znaczy nie mają! Jakie, kurwa, nie mają? Jak dwa lata temu chcieli od nas krowy pożyczyć na przyjazd sekretarza wojewódzkiego, to mieliśmy, a oni dla nas głupich rękawic nie mają? To ma być solidarność! Ja pierdole!
Zaklął rozzłoszczony prezes, który, gdyby mógł antycypować zdarzenie przyszłe, nigdy nie odwołałby się do etosu solidarności, która jeszcze za jego życia jako zorganizowany związek zawodowy zniszczy znany mu świat, a to co po nim zostanie odda w ręce kapitalistów. Ale póki co, organa władzy wykonawczej i sądowniczej Polski Ludowej skutecznie kontrolowały jej rozwój i ekspansję.

Co było dalej, łatwo się domyśleć. Bigos, który kiedyś tam przysiągł sobie, że już nigdy nie da się zaskoczyć, odkupił za czarnorynkową cenę wszystkie rękawice od Eugeniusza, który od tamtej pory nie był już dla pana prezesa nieznanym petentem, ale Gieńkiem czasami nawet Gieniusiem, któremu za każdym razem po pijaku dziękował za uratowanie dyrektorskiego stołka. Od tamtej pory panowie którym spotykali się co dwa tygodnie, by odkupić kolejne paczki rękawic, napić się wódki i oczywiście po raz kolejny wyrazić wdzięczność za ocalenie dyrektorskiego tyłka. Bo gdyby nie te rękawice, to prezes Bigos poleciałby za to, że nie wykazując odpowiedniej troski o bezpieczeństwo dłoni ludu pracującego godzi w żywotne interesy klasy robotniczej, partii oraz socjalizmu.

Już po miesiącu od pierwszego spotkania Gieniek miał tyle pieniędzy z rękawic, że zastąpił starego Singera elektryczną maszyną marki Łucznik, którą kupił z przydziału dla młodych małżeństw. A dzięki koneksjom partyjnym nowego kolegi Józia kupił kolejnych kilka, które udostępnił sąsiadkom na pionierskich wówczas zasadach leasingu. Wkrótce pół Niebiedzic szyło rękawice a Eugeniusz Kiełbasa, stał się podręcznikowym przykładem kapitalisty. Jako właściciel wszystkich środków produkcji oraz dzięki koniunkturze rynkowej mógł kumulować kapitał. Co też bez większych oporów natury zarówno moralnej jak i ideologicznej czynił.

Idylla ta trwałaby długo, gdyby nie donos do władz wojewódzkich, w którym życzliwy obywatel informował, że i tu cytat niejaki Kiełbasa z towarzyszem Bigosem goszczą się i piją wódkę. Piją przez pół nocy a później wożą się autem obywatela Kiełbasy to jest: żółtym mercedesem o numerze rejestracyjnym ZGW 1298, głośno trąbią i robią dużo hałasu. Kiełbasa nie należy do partii a ma mercedesa
Władza ludowa, niezwykle czuła na oddolne sygnały, w szczególności na te anonimowe, w których prawdziwość nigdy nie miała powodu wątpić, i tym razem postanowiła zweryfikować doniesienie. Powiadomiono odpowiednie organy MO, którym zlecono obserwację Eugeniusza i jego żółtego mercedesa. Do Niebiedzic zaś wysłano komisję tym razem zapowiedziano ją miesiąc wcześniej, by nikt nie był zaskoczony. Dyrektor Bigos polecił odmalować budynki, wybielić wapnem chlewnie i obory, przystrzyc trawniki. Innymi słowy: dołożył wszelkich starań by się odpowiednio przygotować. Panowie z ministerstwa obejrzeli sobie wszystko dokładnie, a nawet bardzo dokładnie. W szczególności magazyny, w których odkryto stosy rękawic roboczych, które nie były zaksięgowane.
Wnioski w raporcie były druzgocące. Wykryto zapasy, na które nie było żadnej faktury, żadnego rachunku słowem nic. Ale to może uszłoby płazem Bigosowi, gdyby nie fakt, że komisja odkryła w jego magazynie towar, którego teoretycznie nie powinno być w ogóle na rynku. Rękawice ochronne były zawsze produktem deficytowym, czemu miała zaradzić kolejna pięciolatka zaplanowana przez profesorów od ekonomii i gospodarki. Rezerwa Bigosa bo tak nazwano niespodziewanie odkryte tysiące par parcianych rękawic ochronnych mogła zachwiać delikatną jak zwykle strukturą teoretyczną nowego planu pięcioletniego. Tym razem socjalistyczne inżynieria społeczna postanowiła wyjść na przeciw oczekiwaniom klasy robotniczej i jako jeden z priorytetów planu założyła nadprodukcję rękawic ochronnych. Ten priorytet, a w związku z tym cały plan wymagał rewizji w związku z odkryciem tak zwanej rezerwy Bigosa. A planów pięcioletnich nie zmieniało się tak sobie, według jakiegoś widzimisię. Taka zmiana wymagał czasochłonnych studiów, kolejnych lat żmudnej pracy intelektualnej zaangażowanych akademików, odpowiednich ministrów i setek biurokratów. Innymi słowy: powstał pewien duży problem.
Socjalistyczna władza postanowiła sprawę załatwić tak, jak to zawsze załatwiała wszystkie poważne sprawy czyli po cichu. Wysłano do Niebiedzic specjalny, nie umundurowany oddział MO, którego zadaniem było spalenie nocą wszystkich rękawic zgromadzonych w tamtejszym magazynie. Kiedy pozbyto się aberracji systemowej, zabrano się za jej twórców – czyli Józka Bigosa i jego kolegę pana Eugeniusza.

Sprawy nie nagłaśniano. Bigosa, w związku z tym, że należał do partii wywieziono gdzieś na wschód. Jedni mówią, że zarządzał kołchozem gdzieś za Uralem, inni, że wykończono go na doprosach w moskiewskich Butyrkach. Ale jedno jest pewne: do dziś wszelki słuch o Józefie Bigosie, doktorze nauk rolniczych zaginął.

Eugeniusz Kiełbasa miał więcej szczęścia. Trafił pod lupę wydziału Przestępstw Gospodarczych MO. Nijak nie potrafił rozliczyć się z majątku, z żółtego mercedesa. Długo się trzymał w śledztwie i dopiero, gdy zagrożono mu, że jeżeli nie przyzna się do działania na szkodę Polski Ludowej, to bez problemu udowodnią mu, że swój majątek dostał za przekazywanie mocarstwom zachodnim strategicznie ważnych informacji, Gieniek pękł. Przyznał się do swojej kapitalistycznej pasji kumulacji kapitału za co w imieniu Polski Ludowej wlepiono mu trzynaście lat lata więzienia plus konfiskatę mienia.

Wyrok odsiedział w zakładzie karnym w Białołęce. W tamtym okresie do Białołęki wysyłano głównie tzw. politycznych intelektueli. Stara recydywa nie była tak antykomunistyczna, jak to się zwykło przedstawiać w opracowaniach o charakterze akademickim czy beletrystycznym. Tak zwanych politycznych starzy więźniowie – w żargonie więziennym gitesy – walili w tyłek. Klawisze dostali odgórny nakaz, by nie rozpieszczać opozycjonistów, którzy jako wrogowie ustroju socjalistycznego trafili za kratki. Dlatego służba więzienna przymykała oko na akty prysznicowych gwałtów, nocnych krzyków tłumionych poduszką. Gieniek, mimo że polityczny nie był, doświadczył unikalnego uczucia odwrotnej defekacji. Czując każdy ruch penisa wpychanego przez odbyt w jelito grube obiecał sobie, że nigdy do więzienia nie trafi. Przysięgę przypieczętował uczuciem rozpychania i bólu odbytu, którego do końca życia nie zapomni.

Jak wyszedł na wolność zmienił się nie do poznania tak jak świat, który zastał za żelazną bramą. Wrócił do domu, do Niebiedzic, do żony, córki i syna. A właściwie do żony, córki dwóch synów. Na widzeniach żona mu nie powiedziała, że powiększyła im się rodzina i co istotne dla tego rodzaju powiększeń: on nie miał w tym żadnego udziału.
W trzyletnim brzdącu Eugeniszu nie rozpoznał siebie. Nie dostrzegł w dziecku żadnej genetycznej cechy swojego rodu. W rodzinie Eugeniusza Kiełbasy zarówno ze strony matki jak i ojca nikt nie miał rudych włosów. A malec, którego pokazała mu żona, do której wrócił stęskniony, był nie tylko rudy ale wręcz pomarańczowy na całej skórze. Włosy rude, brwi rude, rzęsy rude. Gienek wiedział, że kiedy dzieciak dorośnie rude będzie miał też włosy na klacie i jajach, rude będzie miał piegi na skórze a kiedy będzie starcem, to plamy wątrobowe na jego dłoniach także będą koloru rudego.

Pan Kiełbasa nie uwierzył w ani jedną przysięgę żony. Nie pomogły rany Chrystusa ani przysięgi na Wszystkich Świętych. Miłość Boska także nie zadziała. Gienek zwyczajnie odkochał się i odszedł. A może się nie odkochał? Odszedł jednak na pewno.

Po kilku latach pojawił się znowu w Niebiedzicach. Na stare śmiecie powrócił dokładnie w tym momencie, w którym znane mu z przeszłości Niebiedzice przestały istnieć. Nie było już PGR-u, pola zarosły chwastami. Chlewnie i obory zaadoptowano w części na jakieś zakłady produkujące gipsowe odlewy, które przypominały krasnoludki z bajki o sierotce Marysi. Inne budynki, które były puste niszczały. Najpierw ktoś ukradł jedną dachówkę, później dwie i trzy i tak dalej. Później ktoś wyciął pierwszą belkę z konstrukcji więźby dachu. Później znikała co druga byle tylko zachować statykę i żeby dach nie runął w trakcie szaberku. Później wyrywano druty ze ścian. Przewody elektryczne opalano w ogniskach z izolacji i sprzedawano na złom.
Eugeniusz Kiełbasa kupił niszczejący budynek po dawnej mleczarni, która nie wytrzymała wolnorynkowej konkurencji. Wyremontował go i otworzył tu mały sklepik. Miał wszystko od gwoździ, żarówek po owoce, gołąbki w słoiku, piwa i wina. Najlepiej jednak schodziły nalewki. Sprzedawał je za gotówkę i na kredyt. Większość smakoszów tego trunku a ci przeważali wśród jego klienteli miała szlachecki zwyczaj regulowania rachunków raz w miesiącu. Także i ta konsumencka para, która tego dnia pospiesznie opróżniała drugą już butelkę nie zaliczała się do wyjątków. Pili łapczywie. Niby każdy po trzy łyki, ale za każdym razem te łyki miały większą pojemność.

– Pomału chłopaki odezwał się pan Eugeniusz do swoich dwóch stałych bywalców, którzy odwiedzali jego firmę regularnie po piętnastym każdego miesiąca. To wtedy listonosz przynosił im ich renty, które przeznaczali w większej części na spłatę jak mówili – długu u Gienka. Za resztę oczywiście pili a kiedy nie mieli grosza zadłużali się u Gienka, by znowu po piętnastym pojawić się z gotówką w ręku i uniknąć przykrej windykacji należności oraz statusu klienta niewypłacalnego.

Wielobranżowy Eugeniusza Kiełbasy stał się ich bakiem, ich sklepem i ich więzieniem, z którego nie mogli, nie potrafili i nie chcieli się wydostać, bo straciwszy swoje cele w życiu nie mieli dokąd pójść. To był ich świat. Kolorowy świat czerwonych etykiet na słoikach z gołąbkami, zielonej odcieni groszku z Pudliszek, danonków jagodowych, ananasowych, porzeczkowych wszystkie barwy i smaki tego świata mieli tuż pod nosem. Nie musieli się stąd nigdzie ruszać. Jedynym problemem było to, że od tego wielkiego świata dzieliła ich sklepowa lada. Była ona granicą magiczną. Nie do przekroczenia. Łatwiej było wykiwać w latach 80 enerdowskich strażników przy Checkpoint Charlie., niż zrobić w tak zwane jajo Eugeniusza nie wspominając o przekroczeniu mistycznego podziału przestrzeni sklepowej, którą wyznaczała lada. Regały sklepowe z równo poukładanymi towarami były jednocześnie na wyciągnięcie ręki i nierealne jak amerykański mit o pucybucie, który zostaje milionerem.

Druga strona lady była innym światem. Mikrokosmiczną rzeczywistością nieprzemijającego dobrobytu, demokratycznego pluralizmu produktów spożywczych oraz możliwością wyboru między szynką, polędwicą albo kiełbasą. W tym miejscu alternatywa traciła tragiczną otoczkę wyboru. Wybór między schabem z kością a schabem bez kości mógłby być ulubionym wyborem niebiedźickich gospodyń, gdyby nie to że każda z nich żyła po drugiej stronie lady.
Poza sklepem obowiązywały inne zasady. W Niebiedzicach nie obowiązywała klasyczna logika. Tu prawda i fałsz za każdym razem były inne, także alternatywy każdorazowo miały nieskończenie wiele członów a jakikolwiek wybór oznaczał porażkę. Ludźmi szczęśliwymi byli ci z mieszkańców, którzy byli pewni dnia następnego, którzy mieli swoje status quo i nie musieli dokonywać fatalnych wyborów.

W odróżnieniu od kolorowych regałów z towarami, świat poza sklepem był monochromatyczny. W tym ograniczeniu możliwości, która po jakimś czasie okazywała się być faktycznym brakiem wyboru byłoby coś przerażającego, gdyby nie wyjałowienie wolnej woli na poziomie osobniczym. Szara rzeczywistość dnia codziennego idealnie dobiła się w twarzach mieszkańców wioski. Tu nikt nie myślał o ocaleniu. Liczyło się tylko przeżycie.
Czasami w święta kościelne monotonię szarości zakłócała aberracja koloru. Flagi watykańskie wraz z narodową zatykane na płotach albo wieszane przy oknach urozmaicały na dzień lub dwa krajobraz zniszczonych szarych elewacji poniemieckich domów. Wśród mieszkańców przeważali ludzie starsi. Większość młodych wyjechała gdzieś. Jedni za granicę inni do miast. Trudno się dziwić. Jedyne co rodzinna wieś miała do zaoferowania wzlatującej ponad poziomy młodości, to monotonny krajobraz od lat leżących ugorem pegeerowskich pól, remizę strażacką, w której od czasu do czasu organizowano dyskotekę oraz stałą rozrywkę w postaci wieczorków dyskusyjnych pod sklepem pana Eugeniusza Kiełbasy. Tu dyskutowano o wszystkim. Komentowano aktualne wydarzenia polityczne. Szczególnym zainteresowanie cieszyła się polityka wewnętrzna. Gdyby kiedykolwiek przeprowadzono badania opinii publicznej w sklepie u Gienka około godziny 20.30 a następnie opublikowano by je w ogólnopolskim dzienniku, to od epitetów: kurwa, chuj, złodzieje pierdololne zadrżałyby polityczne salony. Ale jak to zwykle bywa respondenci OBOP-u rzadko docierają na wieś, a co dopiero do Niebiedzic. Wieś i jej mieszkańcy nie mieścili się w zakresie znaczeniowym kategorii próby reprezentatywnej. Z punktu widzenia statystyki, polityki, socjologii itp., najlepiej by było, gdyby Niebiedzice po roku 90., przestały istnieć. Żeby ta wieś zniknęła z administracyjnej mapy kraju.

– Powoli, Bo się utopicie mi tu jeszcze. Kto was będzie ratował? zażartował ponownie właściciel sklepu.
– A co, chciałbyś nam usta-usta zrobić? odgryzł się szyderczo jeden z nich, łysy, bezzębny gbur o imieniu Kazik i dodał:
– Filmów się naoglądałeś o chłopcach?
– Pocałuj mnie w dupę odpowiedział sklepikarz i wrócił za ladę wypełniać jakieś świstki potrzebne dla urzędu skarbowego.

Nieokrzesany klient Kazik nie był taki zły i Gienek o tym wiedział dlatego tak łagodnie zareagował. W młodości Kazik boksował amatorsko. Jako nastolatek jeździł do miasta, by tam trenować. Nie stać go było na bilet autobusowy dlatego jeździł rowerem. Miało to znaczenie dla kondycji.
Zapowiadał się na dobrego boksera. Wygrał nawet mistrzostwa rejonowe i od tamtej pory przechadzał się po niebiedzidzkich asfaltach i kocich łbach ubrany zawsze po boksersku. Na nogi zakładał charakterystyczne, wysoko wiązane, wysoko wiązane buty, na wierzch zakładał bluzę. Wygrał ją właśnie na tych zawodach. To było oprócz blaszanego pucharu jego pierwsze trofeum. Uszyta z czerwonego poliestru z dużym, białym napisem na plecach: POLSKA.
Kazik przechadzał się i boksował. Wierząc w skuteczność różnych technik bokserskich, których tajniki poznawał na treningach bił się ze wszystkimi. Wystarczyło spojrzenie. Nawet nie jakieś zaczepne, prowokujące ale takie, które by mu się nie spodobało. I gotowe. Koleś ugotowany.

Mówili o nim na wiosce, że jest katem na ludzi. Faktycznie, coś w tym było. Kazik jako bokser odczuwał sadystyczną przyjemność na widok krwawiących nosów, poprzecinanych od uderzeń warg i spuchniętych okolic oczu. Znał techniki uderzeń na wątrobę, w żołądek. Potrafił w trakcie starcia na ringu bezbłędnie zdiagnozować nerw kulszowy i precyzyjnie w niego trafić by jednym uderzeniem wyeliminować rywala z gry. Znał bezkrwawe sposoby unieszkodliwiania przeciwnika, ale w Niebiedzicach nie korzystał z tego wachlarza swoich technicznych umiejętności. U siebie na wsi był sobą.

Kazik marzył by dostać się do reprezentacji, by charakterystycznymi dla polskiej szkoły boksu lewymi prostymi kruszyć szczęki czerwonych skurwysynów tak określał oficjalnych przyjaciół zza wschodniej granicy, których władza PRL-owska kazała mu kochać z całych sił. Nienawiść do czerwonych skurwysynów była w rodzinie Kazika dziedziczona. Każde kolejne pokolenie tego rodu uczyło się o historii praszczurów, którzy oddawali krew a nierzadko życie w walce z carskim zaborcom, czerwonoarmeńcom a ostatnio ze sługusami Moczara. Ich nienawiść do rusko-radzieckiej czerwieni nie pozwoliła im uwierzyć w żadną, rytualną samokrytykę, którą składała oficjalnie partia rządząca.

23 grudnia 1981 roku Kazik pożegnał się z ringiem, międzynarodową karierą bokserską i prawie i o mały włos z życiem. Wyszedł z domu. Mówił że idzie pobiegać. Nie pomogły prośby matki, że jest godzina policyjna, że nie wolno wychodzić z domu. Nie pomogły krzyki ojca, którego przestał słuchać w chwili, gdy stracił do niego szacunek po tym, jak pokonał go na pięści. A wiedzieć trzeba, że pierwszą walką Kazika zaraz po tym jak wyboksował mistrzostwa rejonowe młodzików, był siedemnastosekundowy pojedynek z podpitym ojcem.
Siedemnaście sekund tyle trwa otwarcie wina, kiedy się nie ma korkociągu. W siedemnaście sekund można złapać jedną kurę z podwórka i na pniu odrąbać jej głową. Siedemnastu sekund potrzeba do tego, by posmarować kromkę chleba smalcem i zjeść ją do połowy. Tyle samo czasu potrzebował Kazik by pogrzebać synowską godność i odebrać honor ojcu, który po ciosie w żołądek zwijał się na podłodze zipiąc:
– Nie mogę oddychać. Pomóż mi. Nie mogę złapać oddechu hyyyypp
Wracając do wydarzeń z tego wieczoru. Młody bokser miał gdzieś niuanse polityki wewnętrznej. Nie istniały dla niego subtelne różnice między kategoriami politycznymi. Nawet te mniej subtelne jak kategoria stanu wojennego nie robiły na nim większego wrażenia. Chłopak wiedział, że obojętnie gdzie i obojętnie kiedy ale za każdym razem kiedy nadarzy się po temu okazja ma bić czerwonych skurwysynów to była mądrość jego rodu. Rodzaj uwarunkowania zapisanego gdzieś między chromosomami.

Nie wiedział o tym ormowiec, który chciał wylegitymować Kazika tamtego wieczoru. Prawy prosty w nos, lewy prosty jako poprawka i ponownie prawy tym razem jako podbródkowy rozwiązałyby problem nocnego spaceru bez dowodu osobistego, gdyby nie dwuosobowy patrol ZOMO.

Oddział ZOMO przysłano do Niebiedzic by strzegł tamtejszego państwowego gospodarstwa rolnego. W wiosce brakowało jednak opozycji politycznej a jedynymi sabotażystami byli etatowi pracownicy PGR-u, którzy w zależności od sezonu wykradali albo ropę z ciągników, albo zboże przeznaczone do obsiewu, albo środki ochrony roślin, albo nawozy, albo też plony i odsprzedawali to wszystko zaprzyjaźnionym rolnikom. W każdym, razie w Niebiedzicach nikt nie słyszał o wolnych związkach zawodowych, o Solidarności. A o Wałęsie i o walce z reżimem komunistycznym ludzie dowiedzieli się dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych.

W związku z brakiem realnego przeciwnika, zomowcy z nudów urządzali sobie wieczorne wypady na wieś, by poszukać sobie wroga władzy ludowej i przeciwnika ustroju socjalistycznego albo wyłapywać tych, do których nie dotarła informacja o godzinie policyjnej. Na tych nieszczęśnikach trenowali uderzenia z buta, ciosy pałką i szturm falangą zwierając tarcze z pleksy.

Zomowcy usłyszeli wołanie ormowca, który wykazał się niebywałą odpornością na ciosy Kazika, zwinięty na śniegu wołał:
– Ratunku, milicja, biją!
Łatwo sobie wyobrazić radość barczystych chłopaków w kufajkach moro i stalowo-szarych hełmach, którzy natknęli się na Kazika i wołającego o pomoc ormowca. Jeden na jeden to coś zupełnie innego niż dwóch na jednego zwłaszcza gdy ta dwójka jest dodatkowo przeszkolona w odbijaniu nerek i pałowaniu ludzi.

Kazik niewiele pamiętał z całego zajścia. Migał mu obraz opadających na jego głowę pałek. Czuł każdy cios buta. W pamięci utkwiły mu okrzyki znokautowanego ormowca:
– I co chuju? I co teraz?! Chuju ty! Chuju!
Następne wspomnienie to biały sufit, ostre światło lampy i jak ktoś z tyłu, jakimś łagodnym tonem mówi:
– haematoma subdurale.
Kolejny obraz to twarz zatroskane oblicze matki, która głaskała go po policzkach i podając mu wodę na aluminiowej, szpitalnej łyżce szeptała:
– Napij się synku. Pij.

Po wyjściu ze szpitala Kazik nigdy więcej nikogo nie uderzył. Przestał boksować. Krwiak podtwardówkowy, który dostał od władzy ludowej w gwiazdkowym prezencie za pośrednictwem jej zbrojnego ramienia okazał się nieoperowalny. Doszło do jakiejś zmiany w mózgu. Lekarze próbowali to mu wytłumaczyć. Mówili coś długo i pewnie na temat, w tym czasie padło dużo wyrazów łacińskich. Kazik nie zapamiętał. Najważniejsza i tak była konkluzja starego profesora, z którym konsultowano jego przypadek. To od niego usłyszał:
– Kolejny cios w głowę będzie dla ciebie ostatnim ciosem synu. Boksowanie wybito ci z głowy. Skutecznie wykopano. W ogóle masz szczęście, że możesz samodzielnie zrobić siku. Dziękuj za to bogu.

Dzisiaj, po bokserskim epizodzie nie pozostały Kazikowi żadne pamiątki z wyjątkiem charakterystycznego bokserskiego nosa. Swoje rękawice, stare, ciężkie, prawdziwie męskie rękawice, w porównaniu z którymi produkty Everlasta są dziecięcymi zabawkami, sprzedał całkiem niedawno. Za bezcen. Może i nie rozstawałby się z nimi, ale Kazik-bokser od dawna przegrywał dwunastą rundę walki z Kazikiem-pijaczkiem. Przegrywał i musiał się napić.

Jedynym prawdziwym życiowym sukcesem Kazimierza był jego syn Jacek. Mimo, że wychowywał się u matki, Kazik nigdy nie spuszczał go z ojcowskiego oka.

– Kaziu, grabisz sobie, grabisz odparł sprzedawca, z lekką przekorą
– Bo co?
– Ano grabisz.
– To po chu… chciał się po raz kolejny odgryźć Kazik, który zawsze w pod koniec drugiej butelki nalewki zapominał o przestrodze starszego profesora neurologii i nabierał ułańskiego animuszu. Dlatego też większość bała się z nim pić. Wszyscy oprócz Stefana, który w tym momencie przerwał mu stanowczym:
– Daj spokój Kaziu, pij.

Stanisław Bodziach jedyny przyjaciel Kazika Surowca całą młodość przejeździł jako traktorzysta-kombajnista w niebiedzidzkim Państwowym Gospodarstwie Rolnym. Był wielokrotnie odznaczanym pracownikiem. Wielu funkcjonariuszy partii a wśród nich było kilku pierwszych sekretarzy, ściskało jego spracowaną prawą dłoń, gratulując kolejnych pobitych norm i zasług na froncie socjalistycznej walki o lepsze jutro. Ale we wsi zasłynął nie ze swoich stachanowskich popisów jako przodownik pracy, który potrafił bez przerwy pracować na kombajnie przez 51 godzin z przerwami na opróżnienie komory zbożowej i tankowanie. Stefan stał się sławny, kiedy niespodziewanie ożenił się ze niebiedzidzką Bardotką.

Żona Stefana Bodziacha – pani Kamila z domu Lech – była dumą Niebiedzic. Miała piękne grube włosy, które w dni zwykłe upinała w kok, a w niedziele, gdy jeszcze jako panna chodziła do kościoła rozpuszczała , by swobodnie opadały na smukłe ramiona. Twarz miała drobną i zawsze pogodną, jakby nigdy nie zapisało się na niej ani jedno zmartwienie ani jedna troska. Zgrabny nos i charakterystyczne, lekko skośne ale duże, ciemne oczy dopełniały pełni piękna. Pani Kamila nie potrzebowała żadnych pogrubiających specyfików do rzęs, ani kilogramów tłustych kremów, ani też innych kosmetyków, by oczarować każdego mężczyznę jednym mrugnięciem a jej pełne i zmysłowe usta wyczerpywały definicję kobiecości zupełnie.
Wszyscy zgodnie uważali, że najbardziej podobna jest do Brigitte Bardot. Zresztą w Niebiedzicach nikt też inaczej o niej nie mówił jak: Bardotka.

Jak to się stało, że Bardotka ze wszystkich mężczyzn wybrała właśnie Stefana? Nikt nie wie. Może imponowała jej jego lokalna sława. Może to, że jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych mogła usiąść u jego boku przy oficjalnym dożynkowym stole i upajać się zazdrosnymi spojrzeniami innych kobiet, oraz pożądliwym wzrokiem ich mężów. Przy suto zastawionym stole, przy którym następowało obrzędowe pojednanie warstw pracujących z partią, którą uosabiał naczelnik gminy i pomniejsi działacze PZPR szczebla wojewódzkiego ściągnięci dla podniesienia prestiżu imprezy i co oczywiste – na popijawę, było zawsze zarezerwowane miejsce dla budowniczych socjalizmu. W związku z tym, że jej mąż Stefan wyjątkowo sprawnie i efektywnie ten socjalizm budował, zawsze jedno z zaszczytnych miejsc było przeznaczone dla niego i oczywiście osoby towarzyszącej. Może pokochała Stefana za jego szczerość, siłę i odwagę. A trzeba wiedzieć, że żadnej z tych cech mu nie brakowało. A może też zadecydowało uczucie spontanicznej, bezinteresownej miłości? Takiej, która nic nie chce w zamian. Może zakochali się w sobie tak zwyczajnie i prosto jak tylko zakochać się można było wiosną roku 1962.

Wszystko się jednak zmieniło. Po 1989 r. zmienił się świat, system i kraj. Zmieniły się Niebiedzice i Stefan Bodziach także się zmienił. Niekoniecznie w tej kolejności. Dzisiaj nikt nie chce ściskać dłoni dawnego stachanowca a i on nauczony doświadczeniem życiowym woli ściskać w dłoni zielonkawą szyjkę butelki najtańszego wina niż dłonie urzędników, działaczy i innych ludzi ludzi, którym przestał ufać. Ustrój, w którego budowę włożył tyle serca, tyle trudu i potu padł z dnia na dzień. Pozostały tylko połyskujące pamiątki w szufladzie, w pudełeczkach pokrytych aksamitem – tyle orderów za Dobrą Robotę. Miał nawet legitymacje z odręcznym podpisem generała Jaruzelskiego. Żadne tam faksymile czy fotokopia. Oryginalny podpis czarnym długopisem. Wyraźne J a po nim nieczytelny szlaczek.

Nie wierzył, gdy w telewizji od Balcerowicza usłyszał, że jego PGR zresztą jak każdy inny w kraju musi upaść. Że nagle nie będzie dla niego pracy to znaczy będzie, o ile założy własną działalność gospodarczą i zacznie budować nowy system system słuszny, prawdziwy i sprawiedliwy społeczno-ekonomicznie. Że dzisiaj trzeba być kapitalistą. Najgorsze było to, że on, który zawsze był pierwszy jeżeli chodzi o pracę, o zaangażowanie. Ale tym razem nie zdążył. Ba! nie tylko nie załapał się na czołówkę peletonu ale nie dobiegł do mety. Miał wrażenie, że odpadł gdzieś w połowie biegu. Nie wystarczyło mu sił, pomysłów jak to mówią: nie był kreatywny. Ale Stefan nigdy nie chciał być kreatywny, Stefan chciał pracować i – jeżeli taka potrzeba tyrać jak wół i nic więcej, nic ponadto. Chciał po raz drugi w swoim życiu ścierać dłonie dla lepszego jutra był zdecydowany robić wszystko, tak powiedział urzędniczce w Kuroniu. Był gotów budować kolejny ustrój. Nie wiedział jednak, że ten ustrój buduje się w inny sposób: w sposób, o którym on nie miał bladego pojęcia.

Jeszcze w połowie lat dziewięćdziesiątych jakoś się trzymał. Każdego dnia wstawał wcześnie rano, golił się, zakładał niedzielny garnitur, wyglansowane buty i jechał pierwszym liniowym PKS-em do, odległego o 60 km miasta do Przywarg. Pytał tam wszędzie. Kto by jednak chciał zatrudnić traktorzystę-kombajnistę? Wówczas nie tylko w Przywargach ale w całym kraju potrzebowano na gwałt specjalistów od marketingu. Zresztą co drugi student na początku lat dziewięćdziesiątych w tym kraju studiował marketing i zarządzanie. Stefan nie miał ani głowy, ani matury, ani pieniędzy na studia wieczorowe, w trakcie których poznałby tajniki zarządzania zasobami ludzkimi i ekonomicznymi, by móc konkurować z młodymi, krwiożerczymi wilkami, odżywiającymi się redbullami i amfetaminą, od których zaroiły się ulice miast i ogródki knajp.
Ale po niedługim czasie i on odkrył urok ogródka. Wódka kosztowała tu więcej niż w sklepie, ale on przecież wpadał tylko na setkę. No, może dwie, ale tylko od czasu do czasu. Dlaczego wpadał? Bo miał chwilę do powrotnego autobusu. Wypijał, płacił i wracał do swojej Bardotki. Z czasem pił coraz więcej. Po jakimś czasie jeździł do miasta tylko po to by wypić kilka setek w ogródku knajpianym. To mu pomagało zapomnieć o troskach, o jej pięknej twarzy, twarzy którą spotkał dnia poprzedniego. Miała tyle zmarszczek, tyle kłopotów wypisanych na twarzy. Widział każdą nową kreseczkę. Z czasem przestawał w niej rozpoznawać kobietę, w której się zakochał.

Któregoś razu wypił trochę więcej i wrócił późniejszym autobusem. Żona nie spała. Czekała by mu odgrzać obiad, w zasdzie późną kolację. Kiedy podeszła do niego w progu, by wziąć od niego prochowiec odepchnął ją, mówiąc:
– Odejdź.
– Co się stało? zapytała, kładąc dłoń na policzku męża. Jak zawsze tak i teraz czuła od niego ostry zapach wódki, ale nigdy nie robiła mu z tego powodów wyrzutów.
– Daj mi spokój. Nie pasuję ani do ciebie, ani do tego prochowca, garnituru i teczki. Nigdy nie pasowałem odpowiedział zrezygnowany.
– Ale kochanie, co ty opowiadasz. Zawsze cię kochałam i będę kochała i naprawdę do twarzy tobie w tym płaszczu i z czarną teczką. Jak dyrektor próbowała żartować.
– Daj mi spokój powiedział Jeżdżę do miasta i nic. Nie mam pracy. Nie chcą takich jak ja…
– Kochanie przerwała mu nie martw się, jesteśmy razem i dopóki będziemy wszystko będzie dobrze.
– Daj spokój odfuknął.
– Kochanie…
– Skończ z tym kochaniem!- warknął. A kiedy podeszła do niego, by go objąć, uspokoić wybuchnął. Chwycił ją za ramiona, szarpał ją i wydzierał się:
– Kochanie, kochanie, kochanie. Cały czas kochanie. Czy ty ślepa jesteś? Nie widzisz? Jesteśmy zbędni! Zbędni! Nie umiem wciągać tej białej mąki do nosa, którą wszyscy wciągają jak odkurzacze! Próbowałem ale się porzygałem. Nie umiem. Czy ty tego nie widzisz! Jestem staroświecki, i ty też. To koniec, to nie nasze czasy. Nic tu po nas kochanie ty moje!

To ostatnie kochanie zabrzmiało inaczej niż do tej pory. To było jakieś dziwne, nie tyle odczłowieczone ale w kompletnie bezosobowe kochanie. Nie było w tym grama podmiotowości ani też uprzedmiotowienia. Z braku namiętności zionęła pustka pustka frazy kochanie ty moje.

Od tego dnia wszystko się zmieniło miedzy nimi. Kochali się, ale trochę inaczej. Ich miłość zmieniła się z wiosennej w zimową, ale mimo wszystko była. A przynajmniej chcieli wierzyć, że była, że on kocha ją i ona kocha jego tak jak kiedyś tyle, że trochę inaczej. Może mniej sobie mówili, byli mniej otwarci we wzajemnych relacjach, ale wierzyli w to, że stanowią jedność. Byli przecież jednością od sześćdziesiątego drugiego, dokładniej od 23 marca 1962, kiedy to pierwszy raz chwycili się za ręce.

Stefan Bodziach od połowy lat dziewięćdziesiątych przestał jeździć do miasta. Kiedy jego Bardotka znalazła pracę to on zajął się prowadzeniem domu. Jako mężczyzna wychowany w podstawowej komórce społeczeństwa patriarchalnego nie mógł się przyzwyczaić do tego, że żona go utrzymuje. Z czasem jednak wypracował technikę myślenia na takim poziomie abstrakcji, na którym żona wcieliła się w rolę dzierlatki pozostającej na służbie u swego króla jedynowładcy.

W rzeczywistości Kamila znalazła zatrudnienie w zakładzie produkującym figury ogrodowe. Takie odlewy z gipsu i żywicy epoksydowej, które odpowiednio pokolorowane znajdowały swoich nabywców w Europie Zachodniej. Zaczęła od stanowiska czyszczącej ze stawką 2,50 zł na godzinę na rękę. Tryb zatrudnienia: na czarno. Żadnej umowy o pracę. Żadnego czasu określonego a tym bardziej nieokreślonego.

– Dzisiaj zamykam wcześniej. Bierzecie coś jeszcze? zapytał właściciel sklepu, przed którym Kazik ze Stefanem oddawali się ulubionemu rytuałowi, to znaczy: celebracji słodkawej, brunatnej cieczy nazwanej przez producenta: Beczka Wiśniowa. Jeden litr. Mocna. Kończyli właśnie drugą flaszkę. Oddziaływanie substancji o dwunastoprocentowej zawartości alkoholu wzmagało lipcowe słońce. Stefan z Kazikiem od połowy drugiej butelki byli już nieźle podpici. Dwie flaszki na dwóch to niedużo. Mając na uwadze permanentnego kaca, którego leczyła ta dwójka przez siedem dni w tygodniu okazuje się, że dwa litry słodkawej cieczy o charakterystycznym wiśniowym posmaku były uzupełnieniem promili, które zdążyły wyparować w trakcie przymusowego odpoczynku, o który dopominał się organizm. Innymi słowy: dwa litry wystarczały by wrócić do formy z dnia poprzedniego, w którym było się pijanym tak jak dzień wcześniej i tak dalej i tak dalej. Gdzie kończyło się owo i tak dalej, lub też gdzie miał początek ów rytuał pijaństwa? Nie wiedział tego nikt. Odliczanie kończyło się zawsze na trzecim dniu albo jako kto woli, na trzecim: i tak dalej
– Nie odpowiedział szorstko Stefan, ocierając z brody resztki nalewki.
– No co ty? zwątpił Kazik.
– Idę do domu. Mam dość.
– Trzyma cię krótko wtrącił się kpiarsko pan Eugeniusz.
– Krótko czy długo. Nie interesuj się uciął rozmowę Stefan. Podając prawie pustą butelkę koledze spojrzał jeszcze raz na sprzedawcę i powiedział złośliwie:
– Jestem psem na smyczy. A ty kim jesteś siedzisz między kaszanką, skrzynkami z pomidorami a kartonami z mlekiem? Siedzisz i siedzisz. I tak kilkanaście godzin dziennie. Siedziałbyś dłużej, gdyby nie to że ludzie idą spać. Zostawiają ciebie i ten twój majdan, bo muszą rano wstać i iść do pracy. A ty nie masz kogoś, do kogo mógłbyś wrócić. Ty nie masz miejsca, do którego mógłbyś pójść. Tu jest twój dom. Tu jest twoje wszystko. Więc nie pierdol mi tu o tym, pod jakim pantoflem ja przesiaduję a pod jakim nie. Chcesz mieć pantofla to sobie znajdź, mi daj spokój. Kasuj za te wina ile kasujesz i bądź łaskaw na tym zakończyć. Po prostu, zwyczajnie i po ludzku: miejmy siebie nawzajem w dupie.

– Chuj jesteś odpowiedział po chwili milczenia sprzedawca Jesteś kawał chuja dodał.

Kategoria: Bez kategorii | Komentarze »

daję się wam, daję. Przykazanie pierwsze i ostatnie

7 sierpnia, 2009 by

rozkaz-marka

nie będziesz fajny, okej ani spoko
synu
będziesz dobrym człowiekiem

Kategoria: Bez kategorii | Komentarze »

Julia Szychowiak, Po sobie. 47 objawów kształtowania się piersi

7 sierpnia, 2009 by

.

Potomek rodu Szychowiaków pani Julia zapragnęła być dumną przedstawicielką wszystkich cnót swego rodu. Począwszy od konstytucji biologicznej na dziedzictwie duchowym kończąc. Dlatego Julia wygląda jak mamusia, ubiera się jak mamusia i podobnie jak mamusia, Julia zapragnęła zostać poetką.

W Polsce by zostać poetą należy wydać tomiczek. Obojętnie jaki, obojętnie gdzie i nawet byle jak. Ważne by tomik był. Najlepiej jeżeli składał się będzie z 30-50 tekstów. Nie więcej jednak niż 50 sztuk / tomik. Polscy poeci dawno się spostrzegli, że jednorazowa dawka przejawu natchnienia i geniuszu nie może być większa niż 50 wierszyków na tomik. Więcej czytelnik nie zniesie. Warto dodać jakąś dedykację. Najlepiej żyjącemu i prominentnemu poecie.

W związku z powyższym Julia Szychowiak spełnia wszystkie kryteria polskiego poety współczesnego. Jej tomik, Po sobie, składający się z 31. tekstów został wydany w Biurze Literackim. Zamiast dedykacji zawiera podziękowanie:

PODZIĘKOWANIA ZECHCĄ PRZYJĄĆ JERZY JARNIEWICZ, MARTA PODGÓRNIK, ANDRZEJ SOSNOWSKI ORAZ MARIUSZ GRZEBALSKI

W tej chwili można by pogratulować kulturze i duchowości narodu polskiego kolejnego poety. Wznieść okrzyk: Hura! Hura! Hura! Może nawet wysłać oficjalne gratulacje państwu Szychowiakom, że tak ładnie córkę wychowali, i że kontynuują odwieczną tradycję dziedziczenia właściwości duchowych wraz z chromosomami.

Taka laudacja, która pominęłaby wnikliwą analizę dzieła, byłaby jednak niesprawiedliwa i krzywdząca dla młodej, początkującej poetki. Dlatego warto przyjrzeć się dokładniej dziełu spadkobierczyni rodu Szychowiaków, zwłaszcza że wynik obserwacji może być ważną nauką dla synów i córek wywodzących się z innych prominentnych rodów poetyckich, którzy zapragną kontynuować dzieło duchowe swoich rodziców.

Młodzi patrzą na starych zawsze z pewnym niedowierzaniem. Nastolatek nie tylko nie wierzy w swoją nieśmiertelność, ale zasadę narodzin i śmierci wraz z procesem przemijania traktuje jako coś nieistniejącego. Nie ma śmierci. Nie ma starości. Nie ma nic prócz tu i teraz. A wszystkie prawdy porządku społecznego i naturalnego opatrują przeczeniem nie. W ten sposób NIE opanowuje język i myślenie:

Nie!
Nie ma boga
Nie macie racji
Nie ma mnie
Nie ma nas
Nie tak
Nie wierzę w nic
Nie zrobię

Jedni nazywają to buntem inni poszukiwaniem własnej tożsamości i miejsca w świecie. Niezależnie jak to nazwiemy jedno jest pewne: gdyby przeczenie nie nie zostało nigdy wynalezione, wówczas nie tylko dorastanie byłoby łatwiejsze i ograniczałoby się do kilku pryszczy na czole, które kiedyś znikną. Gdyby NIE nie zostało wymyślone, nie powstałby też tomik Julii Szychowiak, Po sobie.

Po sobie to 31 wierszy + obowiązkowe podziękowanie. Ale Po sobie to 47 przeczeń, to 47 x NIE. Czyli 1,5 przeczenia na tekst.

NIE w tomiku Po sobie funkcjonuje normalnie. Nie zaskakuje. NIE jest w tym przypadku produktem ubocznym procesu dojrzewania. Julia Szychowiak, zakładając bluzkę po mamusi, by wspomóc oddziaływanie rodzinnej weny, nie potrafi wydostać się z młodzieżowych ograniczeń, młodzieżowego buntu językowego. Jej NIE będzie proste i przewidywalne jak proces oddychania: wdech, wydech, wdech wydech.

Standardowy bunt: nie ma mnie

Życie z sekundnikiem i dłonie
są wszędzie, mnie nie ma nawet w tekturowym
oknie.

[nago]

Równie standardowe: nie, kiedy pierwsza miłość rozczarowała:

Nie powtórzysz, nie wtedy i jeszcze nie tak.
Byliśmy nie z tego świata nad słońcem,
lecz żywi pod chmurami, nie zasłaniając twarzy.

[odtąd nie]

I dalej w tym samym tekście NIE jako miłosne, pieszczotliwe, erotyczne NIE nie kobiety, której przed chwilą urosły cycki i teraz chciałaby się dowiedzieć o instrukcji obsługi, ale się boi. NIE jako wyraz ciekawości poznawczej powiązanej z lękiem przed nieznanym:

Tkaliśmy szal z włosów twardych jak gałąź,
nie do zerwania z ramion.

[odtąd nie]

Młodzieżowe NIE często przybiera formę nihilistycznej obawy. Dojrzewające pokolenie negując wartości i zasady świata, w którym dorastają w pewnym momencie dostrzega bezsens walki. Stąd częste przypadki samobójstw wśród nastolatków. Zjawisko to także znalazło wyraz w wierszach Julii Szychowiak:

Co mówią oczy, jak krwawią wargi,
oczyszczane z prawdy, jak bardzo boli?
Chodźmy, nic tu nie ma. Nic ma nas, zobacz

[nic]

Nihilizm jest najkrótszą drogą do fatalizmu a stąd można trafić albo do piekła jeżeli człowiek zdecyduje się na samobójstwo albo przed ołtarz wiary. W okresie dojrzewania odrzucenie, zwątpienie i rezygnacja jest najlepszą drogą do śmierci lub do euforii zbawienia. Wiedzą to działacze różnych sekt, wiedza ta nieobca jest także dominikanom. Jedni i drudzy prześcigają się, by właśnie w tym najbardziej wrażliwym okresie życia dopaść człowieka, porwać jego duszę by przywłaszczyć go sobie. Po której stronie znalazła się spadkobierczyni rodu Szychowiaków? To czytelnik musi sam rozstrzygnąć na podstawie świadectwa dorastającej poetki:

Sierpień w kolorze żelaza, kiedy krzyże,
krzyże obejmują ciebie. Czarne dookoła.
Twoje ryby są głodne, Panie, ze szkła
usypane, leżą w ciemnym piasku, także
moje słowa.

[nie tak]

Wiersze Julii Szychowiak są normalne. Normalność w tym znaczeniu należy rozumieć jako pewien, konieczny etap rozwoju osobowego. Każdy kiedyś chciał przebić sobie ucho, nos, brodawkę, łechtaczkę itp.. Każdy chciał zrobić sobie tatuaż na ramieniu, lędźwiach czy pośladku. Z takich rzeczy się wyrasta. Czego z całego serca Julii Szychowiak życzę.

Kategoria: Bez kategorii | Komentarze »

Zbigniew Machej, Kraina wiecznych zer. Lekcja matematyki

4 sierpnia, 2009 by

.

Oto prosty rachunek:

0 + 0 = 0

Tu nie ma żadnego haka. Pomylić się nie można.

Oto rachunek o wyższym stopniu komplikacji:

0 + 0 + 0 + 0 = 0

Człowiek sobie myśli: Jeżeli dodanie do siebie dwóch zer daje zero, to dodanie do siebie trzech zer kolejno także niczego nie zmieni. Ale dlaczego ktoś pyta mnie o sumę nie trzech, a czterech zer? Czy kryje się w tym jakiś podstęp? Może sztuczka?

Oto rachunek trudny:

0 + 0 + 0 + 0 …. = 0

Główna trudność polega tu na wyobrażeniu sobie czegoś tak abstrakcyjnego jak nieskończoność. Ale kiedy już to się uda, okazuje się że rachunek:

(0 + 0 + 0 + 0 …. ) + (0 + 0 + 0 + 0 …. ) + n
gdzie n = (0 + 0 + 0 + 0 …. )

także będzie łatwy do policzenia chociaż nie tak łatwy do wyobrażenia.

Człowiek sobie stworzy sobie analogię. Na przykład: wyobraźmy sobie dom, w którym jest nieskończenie wiele pokoi. Każdy pokój jest pusty. I niech ten dom znajduje się mieście, w którym wszystkie domy wybudowano wg tego samego projektu: czyli, że każdy dom ma nieskończenie wiele pustych pokoi.

Człowiek zacznie dochodzić do różnych wniosków:

– że miasto musi być nieskończenie dużym miastem.
– że nieskończoność miast musi być większa niż nieskończoność jednego domu, który posiada nieskończoną powierzchnię, gdyż ma nieskończoną ilość pokoi.

Później człowiek zacznie odnajdywać pewne aporie swej analogii:

– że pokoje są puste i owszem, ale żeby analogia była analogią, powierzchnia pokoju musiałaby wynosić 0 m.
– gdyby tak było, że powierzchnia każdego z nieskończonej ilości pokoi w jednym domu wynosiła 0 m, to powierzchnia domu także wynosiłaby 0 m.

Niby nie jest to żadne odkrycie, ale kolejny etap rozważań wnosi do sprawy coś nowego:

Człowiek sobie myśli:

– no dobrze, może i domy mają 0 m, ale to przecież są domy i na dodatek znajdują się one w mieście. Każdy z tych domów zajmuje określone miejsce w mieście, bo miasto składa się tylko z takich domów, tylko takie domy są w tym mieście. Na dodatek jest ich nieskończenie wiele.

Człowiek by wzmocnić fundament teoretyczny swojej argumentacji odwoła się do zdania:

0 + 0 + 0 + ….

Zmodyfikuje je tak, by pasowało do jego analogii o mieście, w którym znajduje się nieskończenie wiele domów o powierzchni 0 m i każdy z tych domów zajmuje określone miejsce w mieście. Ponumerował sobie kolejne zera, żeby się nie pogubić. I otrzymał takie oto zdanie:

0 +0 +0 + ….

I znowu jak na człowieka myślącego przystało zaczął się zastanawiać czy zdanie:

0 + 0 + 0 +….
będzie miało taką samą wartość jak zdanie:
0 + 0 + 0 + ….

innymi słowy: czy jeżeli pozamienia miejscami pomyślane domy w pomyślanym mieście, to będzie miał do czynienia z tym samym miastem? Czy może coś się w nim zmieni?

Doszedł do wniosku, że tak. Że zmieni się całe miasto się stanie odwrotne, gdy zacznie sobie je wyobrażać od ostatniego do pierwszego domu, z którego jest ono zbudowane. I w tym momencie, kiedy uświadomił sobie, że każde zero ma swoje miejsce i że to miejsce, porządek ułożenia sprawia, ze zero jest czymś nasz człowiek otrzymał via mail dowód empiryczny, który sfalsyfikował całe jego rozmyślanie o zerach.

Niech nasz człowiek będzie pewnym zwariowanym fizykiem zza oceanu, który w wieku 78. lat stracił wzrok na skutek napromieniowania w trakcie pracy nad materiałem rozszczepialnym. I niech ten ślepy szaleniec odkryje w sobie miłość do poezji.

Jako, że nie może czytać, kazał sobie książki przerabiać na pliki tekstowe, które odczytywał mu specjalny program komputerowy. Trudno mu się było na początku przyzwyczaić. Nie poddał się jednak. Słyszał o polskim profesorze Leszku Kołakowskim który godzinami wyczekiwał na polskich studentów, którzy robili mu łachę i wpadali tylko na dwie godzinki by mu poczytać. Co można przeczytać przez dwie godziny dziennie?

Zwariowany fizyk gardził litością mu okazywaną jako kalece, miał w dupie woluntariuszy i łaskę studentów. Przestawił zmysł percepcji tekstu z wzrokowego na słuchowy. Zaczął słuchać teksty a nie czytać. A że poezja lubi jak się w nią wsłuchuje fizyk stał się w niedługim czasie specjalistą od fonii poetyckiej.

Któregoś razu rozmyślając nad swoją teorią zer, fizyk otrzymał majlem załącznik. Fizyk mimo szaleństwa i ślepoty nie był w ciemię bity. Wiedział, że w tych załącznikach to różne rzeczy teraz wysyłają. Począwszy od zdjęć roznegliżowanych panów a na wirusach kończąc.
Przed otwarciem załącznika posłużył się programem IVONA. Jedno kliknięcie i z głośnika dobiegł go ciepły, znany głos kobiecy: Zbigniew Machej, Kraina wiecznych zer, Biuro Literackie 2000. Nastapiła chwila przerwy, poczym ten sam głos poinformował:

Kliknij prawy przycisk myszki jeżeli chcesz czytać dalej. Lewy jeżeli chcesz skasować plik

Ślepiec trochę automatycznie wbrew podszeptom intuicji, która odezwała się tuż po prezentacji tytułu zbioru wierszy: nie czytaj tego, nie czytaj! kliknął przycisk prawy.
No i się zaczęło.

pierwsze zero z krainy wiecznych zer:

księżyc się toczył nad polem
nad polem lasem nad rzeką
przez nocy pół i pół dnia
pole spało bez nieba
las się palił bez wiatru
daleko blisko daleko
rzeka płynęła bez dna

[Fazy]

drugie zero z krainy wiecznych zer:

Śniło się lato. Las. Zbierałem grzyby.
Działo się to gdzieś w Litwie lub może
na Krymie… Obudziłem się w zimie.
Nocą. W autobusie. I w płaszczu,
którego postawiony kołnierz pod
głową przymarzł do szyby.

[xxx]

trzecie zero z krainy wiecznych zer:

W nudnym jednostajnym biegu,
zestawiona w dwuszeregu, noc
od brzegu jest do brzegu gęsta
od postnego śniegu.

[29 lutego]

i po dotarciu do czwartego zera z krainy wiecznych zer do tekstu a:

aopowiadałamwam
jakoglądałamnawideo
titanikaizalałam
mieszkaniesąsiadom?

Fizyk uderzył młotkiem, celując w lewy klawisz myszki. Trudno wymagać do ślepca precyzji, dlatego zamiast myszce oberwało się prawemu głośniczkowi soundblastera. W tych sekundach, które musiały upłynąć między opuszczeniem-uderzeniem-podniesieniem młotka, inteligentny lektor IVONA zdążył zapoznać dziadka z fragmentem kolejnego zera z krainy wiecznych zer:

Zsiadły śnieg
zszedł do rzek.
Zmienił stan.
Spłynął na
dalszy plan.

[idzie wiosna]

Trudno się dziwić, że po wysłuchaniu kolejnego dzieła Macheja, fizyk odzyskał wzrok na ułamek sekundy. Może ułamek sekundy to nie jest jakas epoka, żaden cud. Ale ułamek ten był wystarczająco długi by dobrze przymierzyć. Dziadek trafił bezbłędnie.

I od tego dnia, w którym poznał kilka zer z Krainy wiecznych zer Zbigniewa Macheja wie, że jego teoria o zerach w miejscu X nie obowiązuje dla jednego tylko przypadku. Dla zdania ciągu kolejno dodanych 63 zer. Tu teoria o miejscu nie obowiązuje.

Kategoria: Bez kategorii | Komentarze »

treści istotne w polskiej poezji współczesnej

2 sierpnia, 2009 by

.

Współczesna polska poezja to zbiór tekstów, w których ukryto treści istotne. Czasami pochowano je tak głęboko, że nie tylko nie są widoczne na pierwszy rzut oka, ale po czwartym i piątym rzucie tego samego oka także niewiele widać, zwłaszcza gdy człowiek nie przywykł do obcowania z tajemnicą tekstu.

Tradycja ukrywania mądrości w tekstach jest tak stara jak literatura. Wielki koneser i znawca poezji swego czasu ostatni nowobabiloński władca Nabonid miał wyznać:

Jestem mądry i rozsądny
Mogę widzieć, to co ukryte
Pisma [pisanego] trzciną nie rozumiem
Mogę widzieć misterium
Bóg Ilteri pozwolił mi ujrzeć oblicze
Wszystko mi pokazał

Oddajmy się zatem misterium, by zobaczyć co ukryte w tym, czego się nie rozumie.

Specjalistyczne analizy tekstu, w szczególności badania intertekstualne pozwalają odkryć i docenić mądrość dzieł polskich poetów współczesnych.

Weźmy taki oto fragment:

otwórz mój komputer
zobacz tam paczki
na dysk ce skopiuj paczki z de
tak
tak
drugi klawisz i wytnij
cofnij się teraz
wejdź na pulpit
weź jeszcze raz
znajdź mój komputer
katalog główny ce
katalog główny ce
program files

(marcin cecko, otwórz /tomik, Mów/)

Analogiczne wyznanie odnajdujemy w Pieśniach nad Pieśniami. Dotyczy to w szczególności opisu komnaty nowożeńców:

O, jakżeś piękny, mój umiłowany!
O, jak wdzięku pełen!
Belki naszego pałacu są cedrowe.
Ściany jego z cyprysu
A nasza altanka oceniona jest zieleniną

(Pp 1: 16-17)

Istotną wskazówką pozwalającą odszyfrować przekaz polskiego poety jest charakterystyczny dla tego nurtu literatury z którego wywodzi się PP i analizowany fragment tzw. pietyzm deskryptywny. Szczegółowość opisu krok po kroku służy wytworzeniu wewnętrznego napięcia. Podobnie jak autor Pieśni nad Piesniami, tak Marcin Cecko posługując się prostymi komendami:

„Tak”
„Tak”
weź jeszcze raz
znajdź
weź

konstruuje rodzaj napięcia erotycznego. Fragment tekstu Marcina Cecko neleży też rozpatrywać w odniesieniu do fragmentu 42. Archiliocha:

Jak jakiś Trak czy Frygyjczyk pije piwo przez słomkę
Tak i ona ssała pochylona z pasją i zaangażowaniem

Podobnie jak u Archiliocha tak w cytowanym fragmencie polskiego poety napięcie erotyczne ma charakter gwałtowny, którego brakuje w PP. Wydaje się, że istotna wskazówka umożliwiająca odnalezieni treści istotnych w poezji Marcina Cecko zawarta jest Breviarium Chaldaicum. We fragmencie 3:411 Oblubienica wyznaje:

Pozostawiona byłam i opuszczona
Lecz król, który mnie uwolnił w swej miłości
Pielęgnował mnie oliwą i wodą.

W tym kontekście przesłanie Marcina Cecko wydaje się być na wskroś kartezjańskie: jasne i wyraźne. Poeta chce powiedzieć:

Dbajcie o laptopy jak o kobiety.

Innym poetą przemycającym istotne treści w swojej poezji jest Bohdan Zadura. Autor ten w środowisku polskich poetów ma status heraklita. Każdy jego wers w chwili publikacji poddawany jest intensywnej recepcji wśród specjalistów.
Oto przykład:

trzy miliony mieszkań
dla dwóch milionów głodnych dzieci

(Bohdan Zadura, Dwa słońca / tomik: wszystko/)

Odkrycie treści istotnej w tym wierszu Zadury wymaga przywołania słów bogini Anat z fragmentu eposu o Baalu:

Opuszczam Ugar dla najdalszego z bogów
Opuszczam Inbab dla najdalszego z duchów
Dwa kroki poniżej źródeł ziemi
Trzy duże kroki

I dopiero poprzez porównanie tych fragmentów oczywistą staje się mądrość zawarta w tekstach polskiego poety: czas płynie.
Użyte liczebniki: trzy i dwa które formalnie występują w obu cytowanych fragmentach – w tekście Zadury powiększone zostały o sześć zer. Biorąc pod uwagę czasookres powstania tekstów Zadura pomylił się o kilka milionów lat, ale w kontekście dziejów wszechświata taka pomyłka polskiego poety jest wybaczalna.

Innym tekstem Zadury, niezwykle ważnym dla rozwoju duchowości jest wiersz:

gdy trzeba mówić
w zaparte milczę
wilk w owczej skórze
i owca w wilczej

[Bohdan Zadura, gdy trzeba mówić, /tomik: wszystko/]

Badacze literatury porównują ów fragment do znajdującego się w zbiorze teognidejskim przysłowia (zachowanego w Bibliotece Asurbanipala):

Jestem osłem do jazdy wierzchniej
Ale zostałem zaprzęgnięty razem z mułem
Ciągnę wóz i znoszę uderzenie kija

Uderza metaforyka animalistyczna dwóch cytowanych tekstów oraz ich kontekst funkcjonowania. Oba przysłowia są odzwierciedleniem pewnego fragmentu rzeczywistości ludzkiej tu w znaczeniu: stosunków społecznych (por. także Platon, Rep. 563 D; 560 E, w którym mowa jest o dwóch kategoriach obywateli w zdegenerowanym ustroju: o trutniach z żądłami i o trutniach bez żądeł. )

Kolejnym przykładem polskiej enigmy literackiej są teksty Andrzeja Sosnowskiego. Oto jeden z typowych dzieł poety:

leu leu

fel ko

co

ia tea noe
freeze


(Andrzej Sosnowski, tomik: po tęczy)

Zdaje się, że te treści istotne i przesłania muszą jeszcze poczekać na swojego Zygalskiego, Różyckiego i Rejewskiego.

Kategoria: Bez kategorii | 11 komentarzy »

daję się wam, daję

1 sierpnia, 2009 by

smierc-marka1

Ze spraw ważnych, synku, musisz to jeszcze wiedzieć, że warto mieć w życiu takie rzeczy, za które warto umierać. Nawet kiedy męczyć cię będą i bok będą przebijać a później ręce i stopy. Słuchaj co do ciebie mówię, bo to jest bardzo ważne: nie wolno, nie wolno uciekać. Nigdy. Trzeba się bić. Jeden na jeden albo przeciw dwunastu. To bez znaczenia. I pamiętaj także, że kiedy twój brat będzie leżał obok, i czarna krew będzie mu ciekła z ran, to ratuj go albo z nim umieraj. Inaczej nie można.
Nie bój się. Teraz jesteś mały i nie wiesz, ale kiedy będziesz się bił uwierz mi – nie bolą ani nos złamany, ani dziury w brzuchu, ani przebite ręce. Nic się nie czuje. A kiedy przyjdzie umierać, to lekko, przyjemnie i bez zbędnej zwłoki. Może z tą lekką śmiercią trochę przesadziłem, ale uwierz, że warto za takie rzeczy umierać. Kiedyś przyznasz mi rację. I uwierzyć także mi musisz, na dodatek tylko na słowo i mocno tak, jak się wierzy w zmartwychwstanie albo w żywot wieczny, że zawsze kompromis albo ucieczka zostawi w tobie jedną ranę, otwartą aż do śmierci. A umierał będziesz długo i powoli. Dzień po dniu, noc po nocy. Latami. Bez przerwy i chwili wytchnienia. I nawet ja ci nie pomogę, ani twój brat.

Kategoria: Bez kategorii | 1 Komentarz »

Dalej »