Tadeusz Różewicz Kup kota w worku. Worek poezji. Pani Bieńczycka

18 maja, 2009 by

Tomik Różewicza wydany w ubiegłym roku przez Biuro Literackie jest rewelacyjny. Cokolwiek przeczytam w sieci o nim, zawsze pozostanie w moim odbiorze niezapomnianym, od lat nigdzie tak dobrze niewyartykułowanym rachunkiem wystawionym dzisiejszemu życiu artystycznemu i intelektualnemu w Polsce.
Przeczytajcie proszę recenzję Jakuba Winiarskiego na poewiki, to ja nie będę musiała już tu tych wszystkich cytatów przytaczać i się męczyć, gdyż Jakub Winiarski to bardzo pracowicie i fachowo zrobił. Ani nie mam zamiaru polemizować z autorem recenzji, ani się spierać, jedynie oddaję mu sprawiedliwość w tym, że podjął wielki trud analizując pokaźne, jak na poezję dzisiejszą, późne dzieło Tadeusza Różewicza.
Ponieważ cztery lata temu pisałam o nominowanym do Nike Wyjściu, tomiku napisanym z pozycji zrzędy, który na okrągło ogląda telewizor i nie wychodząc z domu, pomstuje i się wścieka rzutując swoje starcze zniecierpliwienie na jakąś postać wesołego, wyczyszczonego, pozbawionego bakterii staruszka, którego wiersze stają się tak samo bezpłciowe jak niepotrzebne – tak teraz przy lekturze Kota… jestem wręcz olśniona.
Przy pisaniu wierszy do zbioru Kup kota w worku w poetę trzeciego wieku nabiegła prawdziwa krew koloru czerwonego, gęsta, naszpikowana witaminami. I jak w Żółtej łodzi podwodnej Beatlesi powodują, że w napadniętą przez Smutasów martwą Pieprzolandiię nabiega krew, tak dla Różewicza tę rolę sprawczą odegrał Internet.
W 88 roku życia w poetę wsącza się jednostajnie prawdziwymi, życiodajnymi dawkami niesłychane dobrodziejstwo cywilizacyjne w postaci sieciowej energii, którą staruszek, dożywając tak późnego wieku, docenił. Ten tomik to dziękczynny hymn skierowany do Boga (w którego nie wierzy), za to, że pozwolił mu dożyć możliwości zabawy z Siecią i w Sieci.
Ktoś, kto przeczy antycznym zapewnieniom, że Rada Starców to najlepsza rzecz, jaka się może ludzkości przydarzyć, nie jest w błędzie. Z dzienników żony Tołstoja dowiadujemy się, że Tołstoj w pewnym momencie udowadniając jej, że stare dęby się nie myją, nie kąpał się już do śmierci.
Ale poeta Różewicz nie jest ani przykładem, ani wzorcem ( jak np. aktorka Irena Kwiatkowska), jak należy starość przeżywać.
Chodzi jedynie o kondycję psychiczną twórcy, o jego elastyczność intelektualną i możliwość tworzenia, wewnętrznego stawania się i rozwoju.
Jak czytam tutaj tomki poetów, to widzę, że młodzi ludzie zablokowani są już od zarania swojej drogi twórczej, nieprzemakalni, głusi i martwi. Jeśli nawet w prywatnych listach zgłaszają mi pretensje, że piszę na blogu Marka Trojanowskiego z resentymentu, z krzywdy wyrządzonej mi przez nieszufladę, gdzie nikt mnie sobie nie życzył, to jest to kolejny dowód na całkowite zamknięcie się młodego pokolenia literackiego na jakikolwiek rozwój.

Wiadomo, że starcy dzięki cudowności dzisiejszej medycyny będą coraz większą plagą i jeśli nie zacznie się ich tępić, dusić poduszkami we śnie i podawać im do zupy cyjanek, jako rzekome lekarstwo o smaku migdałowym, to zaleje nas permanentna starość. Ani się obejrzycie młodzi, a wasze zanikotynowane, zaklejone żelkami, zaczadzone muzyką hiphopową, z atrofią mięsni i ogólną słabizną fizyczną ciało przegra z viagrą, ze staruszkiem, który na rowerze objechał świat dookoła i pozyskał wiedzę, której wy młodzi na wikipedii nigdy nie wyczytacie.
Bezsilni są tacy pisarze jak Jacek Dehnel, czy Mariusz Sieniewicz, którzy opisują w swojej twórczości staruszków nie mając pojęcia co to jest naprawdę starość. Zupełnie nie pojmują, że ktoś, kto jest już po drugiej stronie (a ta druga strona to graniczna pięćdziesiątka), ma dojścia do ukrytych w mózgu zapisów wszystkich faz życia. Że zna zakończenie, czyli to, czego żaden wróżbita nie jest w stanie przewidzieć.
A u Różewicza te właśnie dwa piony żywota ludzkiego z całą bezwzględnością podmiot liryczny – narrator, analizuje.
Robi to z różnych pozycji. To, że akurat jest to tomik wierszy, a nie dziennik, ani esej, ani jakaś poezja pisana prozą, nie ma absolutnie znaczenia. Różewicz nie dba o gatunek ani o czystość języka. Kalambur goni kalambur, Bralczyk jest obrażony celowo, przekręca tam jego nazwisko, myli się, bawi się słowem jak zalecali dadaiści. Jest na ciągłym haju twórczym, ma gonitwę myśli, chwyta w lot to, co przychodzi. Ironizuje, naśmiewa się, wytyka niechrześcijańskość użycia biedronki w wierszach księdza Twardowskiego, szydzi z autorytetów i uznanych wielkości, sław, mediów i literatów. Ma za nic konkursy, nagrody, festiwale, grupy i koterie, jest ponad to wszystko, co wstępującemu poecie wydaje się najważniejsze. A przychodzi do niego bogactwo, nadmiar, chaos o treści pożywnej, pierwszorzędnej, niespotykanej. Przypomina Jeana Baudrillarda, który zaczynając w Spisku sztuki jej krytykę, kończy na afirmacji, na zachwycie.
Różewicz to tu przede wszystkim godność. To królewskie zachowanie się dojrzałej jednostki. Gdy przemawia do dzieci obrzucających go kamieniami i wołających, że dziadek coś pierdoli, analizuje ich słownictwo, inwektywy, dziwi się temu bogactwu, tej niespotykanej nigdy w jego życiu ordynarności, różnorodności i mocy rażenia, tak niedoświadczanej wcześniej, słownej możliwości dzisiejszego zadawania bólu.
Różewicz nigdy nie jest estetyczny. Jest głęboko moralny i etyczny. Jest w tej niefrasobliwości strażnikiem wartości jak wszyscy wielcy: jak Kafka, jak Gombrowicz. Nigdy nie schodzi poniżej, nigdy nie jest lubieżny, włochaty, kącikowy. Jego wersy dotyczące czatów seksualnych w Internecie są dowodem na to, że człowiek jest istotą seksualną do końca, do śmierci. Że potrzeba seksualna u prawdziwych, dojrzałych wewnętrznie ludzi nie wygasa nigdy. Że w seksie jest duchowość. Że jak umiera w artyście potrzeba seksualna, o umiera jako twórca.
Dlatego Różewicz nigdy nie napisze tak obleśnie jak Miłosz w tomiku To, że jego pyta stoi w dalszym ciągu, jak się budzi. Nie, Różewicz opisze tylko wszystkie młode kobiety, które są niegrzeczne, głupie, ale są samą kwintesencją ludzkiego pożądania. Że świat jest teraz piękny i taki nie był nigdy. Że ten, kto przeszedł naloty i partyzantkę, a tam zespołowe latryny, wie co to jest komputer osobisty i jego intymność.
Jest też w tych wymienianych nieustannie kasandrycznych zapowiedziach klęski naszego języka i obyczajów starcze przyzwolenie. Brak buntu, pogodzenie się i pokorne czekanie na dalszą degradację, której jest w pełni świadomy.
Ten tomik to wielki powrót artysty do życia. Artysty, który ma wielki intelektualny potencjał, artysty wykształconego, oczytanego, prawdziwego intelektualisty na europejskim poziomie. Dysponując tym aparatem poznawczym dopiero ośmiela się patrzeć na rzeczywistość. Nie z pozycji biblioteki, ale z doświadczenia, na które złożyło się całe jego twórcze życie.
Montaigne napisał, że nie wystarczy zamieszkać z wiedzą, trzeba ją jeszcze pojąć za żonę. Różewicz bawi się już teraz swoją poetycką inwencją jak małe dziecko sam i to obcowanie nie przypomina wprawdzie już współżycia, ale wchłonąwszy w siebie wszystko staje się jakimś samowystarczalnym, poetyckim dynamitem.
I dlatego powiedzenie Sándora Márai:
Stary człowiek nie powinien zmieniać miejsca pracy. Gdy pozostaje na swoim miejscu, jego współpracownicy głupieją razem z nim i wtedy starość nie jest tak widoczna.
dobrze ilustruje sytuację dzisiejszej polskiej poezji.

Różewicz w tym zbiorze pisze:

„(…) przed zaśnięciem czytam
różne miesięczniki dwumiesięczniki
kwartalniki
artystyczne literackie
i widzę (ze zdziwieniem)
że wiersze moich znakomitych
kolegów (i koleżanek)
stają się powoli podobne
do moich wierszy
a moje stare wiersze
są podobne do
ich nowych wierszy (…)”
(normalny poeta)

Kategoria: Bez kategorii | 19 komentarzy »

Chcesz dodać coś od siebie? Musisz, kurwa, musisz!? Bo się udusisz? Wena cię gniecie? Wszystkie wpisy mogą zostać przeze mnie ocenzurowane, zmodyfikowane, zmienione a w najlepszym razie - skasowane. Jak ci to nie odpowiada, to niżej znajdziesz poradę, co zrobić

I po jakiego wała klikasz: "dodaj komentarz"? Nie rozumiesz co to znaczy: "załóż sobie stronkę i tam pisz a stąd wypierdalaj"?