Radosław Kobierski Harar. Socrealizm psychiatryczny. Pani Bieńczycka

4 kwietnia, 2009 by

Trudno zakwalifikować utwór do kategorii blogowej: kopa w jaja, gdyż zarówno debiutancki, omawiany tutaj wcześniej Wiek rębny, jak i kolejna powieść Radosława Kobierskiego Harar jaj nie mają.
Analizuję tutaj prozę, jednak zrozumienie jej jest potrzebne do omówienia zbioru wierszy Lacrimosa, który będę prezentować już wkrótce.

Jeśli Woody Allen, po poddaniu swoich bohaterów skomplikowanym perypetiom filmowym- by doprowadzić ich do prostego wniosku, że miłość zwycięży śmierć – co nie znaczy, że ta podstawowa idea humanistyczna sprawdzi się w każdym dziele: takim jak to, mającym na celu przeprowadzić wiwisekcję psychologiczną i na dodatek dać receptę na uleczenie choroby bohatera.
Nie jest to ani łatwe, ani prawdziwe, ani zasadne.
Tomasz w powieści Kobierskiego, bardzo zresztą duchowo zbliżony do postaci w Wieku rębnym to kreacja wzrastającego człowieka nie tyle nadwrażliwca, jak piszą recenzenci, co bardzo przeciętnego dziecka, które przyszło na świat w rodzinie jak każda, równie przeciętnej, ale mającej środki na jego kształcenie. Pisarz pokazuje na przykładzie Tomasza, jak wypacza się osobowość, jak się ona zatruwa otoczeniem i co z niej wyrasta.
Wyrasta nic dobrego, ale ponieważ Tomasz jest bohaterem pozytywnym, powieść kończy się happy endem.
Chłopak mało atrakcyjny, czasowy mieszkaniec psychiatryka zwanego sanatorium znajduje ukojenie w objęciach kobiety, która go stamtąd wyciąga, uzdrawia i dając mu potomstwo, doprowadza do uleczenia nie tylko jego, ale i całej niestabilnej emocjonalnie rodziny. Oczywiście, takie życiorysy są bardzo prawdopodobne. Tylko, że utwór artystyczny rządzi się zupełnie innymi prawami. Jak tu pisałam, nie jestem krytykiem literackim, interesują mnie tylko przejawy życia artystycznego, a zatem to, co utwory artystyczne w to życie wnoszą.
Mam w ręce typowy produkcyjniak, na dodatek asekurancki i pozbawiony zacietrzewienia ideologicznego. Byłaby to zaleta gdyby nie to, że oprócz spisania losu chłopca w pierwszej osobie nieprzystosowanego i wyobcowanego, nie ma w nim wszystkich cech utworu tego gatunku.
Tomasz jest dzieckiem pozbawionym talentu artystycznego. Rodzice sędzia i nauczycielka – naiwnie pchają go, uruchamiając miejskie znajomości w fach artystyczny wiedząc, że ten niesprawdzalny nigdy sposób na życie ukryje inne niedociągnięcia syna. Dziecko przeżywa jednak katusze z nauczycielami, którym ten brak dane jest rozwijać. Nauczyciele to też ludzie, więc okazja czyni z nich w zderzeniu z materią nieedukowalną ludzkie bestie. Z muzyczki czyni sadystkę, z plastyka pedofila. Ojciec, którego etos od razu podniesiony jest przez omawiających w recenzjach powieść do ojca Kafki czy Schulza (krytycy nigdy nie poniżają się do ojców kalibrów mniejszych, np. rodzimego ojca z powieści Wojciecha Kuczoka), bije Tomaszka incydentalnie, co jest dla niego o wiele bardziej zastanawiającym zjawiskiem, niż bolesnym. Regularne bicie przez matkę Tomaszek – postać mało refleksyjna – zbywa obojętnością. Mało się zastanawia, dlaczego fakt bicia w inteligenckiej polskiej rodzinie zachodzi w czasie, kiedy w państwach ucywilizowanych uznane jest to za czyn karalny. Dla niego jest coś zupełnie normalnego, co zaraz stawia tę powieść niżej wobec Gnoju, gdzie mimo wszystko można śmiało uznać utwór Kuczoka, jako zdrowy protest obyczajowy przeciwko wychowawczemu biciu.
Druga część powieści jest zdecydowanie lepsza, ponieważ przynajmniej mamy opis depresji bardziej wiarygodny, niż wcześniejsze doświadczane historyczne wypadki takie, jak stan wojenny oczami przedszkolaka, czy jego życie w szkołach komunistycznych.
Ale i tu niewiele pisarz wnosi nowego i swojego, ponieważ, chociażby na przykładzie Sylvii Plath widać, jak trzeba dużo ujawnić i dokonać ekshibicjonistycznych zwierzeń, by powstało coś wartościowego w tej materii, coś, w czym czytelnik mógłby się przejrzeć jak w lustrze.
Pisarz ucieka więc – zresztą bardzo pomyślnie i pięknie – w stasiukowe opisy przyrody i niuanse wewnętrznego cierpienia człowieka pogrążonego w rozpaczy, jednak nie daje to czytelnikowi satysfakcji.
Nie daje, ponieważ niedosyt jest właśnie w niedopowiedzeniu i w przeciwieństwie metody pisarskiej Thomasa Bernharda, którego tak bezceremonialnie do Radosława Kobierskiego krytycy porównują.

Kategoria: Bez kategorii | 18 komentarzy »

Chcesz dodać coś od siebie? Musisz, kurwa, musisz!? Bo się udusisz? Wena cię gniecie? Wszystkie wpisy mogą zostać przeze mnie ocenzurowane, zmodyfikowane, zmienione a w najlepszym razie - skasowane. Jak ci to nie odpowiada, to niżej znajdziesz poradę, co zrobić

I po jakiego wała klikasz: "dodaj komentarz"? Nie rozumiesz co to znaczy: "załóż sobie stronkę i tam pisz a stąd wypierdalaj"?