Próba oczywiście nieudana, ze Śląska nie da się uciec, ponieważ tutaj jedynie można sobie cieplutko siedzieć i pisać.
Im większa prowincja, im większe zadupie, tym artyści nominowani są na największych i potężniejszych (co sobie będziemy żałować).
Pisać tu można o wszystkim, absolutna wolność w wyborze o czym się pisze i będzie pisało jest po to, by produkcja szła pełną parą i by plan realizować, wydajności nie obniżać, a wiersze wydobywać. O stachanowskim wymiarze poezji śląskiej Paweł Sarna napisał już w swojej cenionej tu bardzo pracy Śląska awangarda. Poeci grupy Kontekst poświęconej Włodzimierzowi Paźniewskiemu, Stanisławowi Piskorowi, Tadeuszowi Sławkowi i Andrzejowi Szubie.
Nie wiem, na ile dług płacony swoim uczelnianym zwierzchnikom zaciążył na osobistej twórczości poety Pawła Sarny, ale po powtórnym przeczytaniu tomiku Czerwony żagiel chyba znacząco, ponieważ alienacja z autorskiego przeżycia doprowadza w nim autora już do histerii i lęku przed wpływem.
Wpływ znaczny widać już w tomie Pawła Sarny Biały OjczeNasz, gdzie egzaltacja religijna i deklaracja wiary w Boga osiągnęła takie apogeum, że historycznie udokumentowała czasy, kiedy zachłyśnięcie się religią było tak wielkie w naszym regionie, że nawet na katowickiej ASP modelki musiały nosić majtki.
Ale rozluźnienie obyczajów następuje piorunem i jak nasi przodkowie musieli czekać na rewolucję seksualną całe pokolenie, to teraz pokolenia są tak skołowane, że w jednej zaledwie dekadzie poeci muszą ulęgać ciągłym przemianom i optować za absolutnie sprzecznymi sprawami równocześnie. Po to mamy postmodernizm, byśmy się w kadzi piekielnej gryźli, piekli i podsmażali, a to co wypłynie, to oczywiście zawsze będzie złotem, bo od tego mamy sztab śląskich krytyków.
Ale Sarna, jako mutacja poety niewinnego i anielskiego, jak piszą krytycy w Czerwonym żaglu wybiera styl pisania młodopolski. Toteż symbolizm życia seksualnego ulega sublimacji i delikatności.
W odróżnieniu od niedawnej wypowiedzi Marka Trojanowskiego tutaj na blogu o własnych gustach seksualnych, Paweł Sarna pisze:
(…) płoniemy oboje tak jasno,
a kiedy gaśnie światło
to jest nam mniej ciasno).(…)
(To tylko burza)
Nie wiemy, jakiej płci jest bohater erotyków tego tomu, ale z sonetów Szekspira wynika, że nie ma to dla czytelnika znaczenia. Wiemy tylko, że obiekt westchnień podmiotu lirycznego jest podmyty:
I jasny
musisz mi bliski być
i jasny w sobie
dla ciebie dzień
ciężkiej piany i wody
i nie usłyszy cię
most którędy
przeszedłeś przechodzą
osty bo nie usłyszy cię
most który śpiewa
ale usłyszy cię
(usłyszy cię oset)
okrutny i ostry
musisz mi lekki być
i w sobie jasny
j a k kamień
kiedy podmyty zostaje.
Wiesze w tym tomie, wbrew zachwytom nie są ani wzywaniem bogów, zaklinaniem świata, z pierwotnymi formami modlitwy jak napisze Jakub Winiarski, ani podmiot liryczny nie jest Tezeuszem, jak wmawia Łucja Abalar.
Rozbiórka tych wierszy wymagałaby szczegółowego wyliczania, a ta krótka notka nie ma na celu produkowania kolejnej pracy analitycznej. Ponieważ wiersze skonstruowane są na obsesyjnym międleniu symboliki czy też i konkretnego mostu, pod którym przechadza się podmiot liryczny i słowami poety próbuje coś z tej przechadzki mieć – a to opisując kamień, a to oset, a to ptaki – następuje coraz większe udziwnienie nieprawdopodobnymi sytuacjami i czytamy zdumieni np. o śmiejących się ptakach.
Oczywiście, zgadzam się z krytykiem Jakubem Winiarskim, że ta poezja nie ma nic wspólnego z surrealizmem. Nic a nic. Ale też nie ma wspólnego z innymi kierunkami w sztuce.
Zaczadzony poezją Stanisława Piskora, którego zmuszony jest analizować w swojej pracy zawodowej, poeta Paweł Sarna nie jest w stanie normalnie, jak młody człowiek przejść rzekę i pokontemplować świata, ani też przeżyć miłości z najdroższą osobą.
Wiersz Bezrobotny Lucyfer z tego zbioru, który jest prezentowany na literackie pl. mówi o tęsknocie do najdroższej osoby, wysłanej na zarobek najprawdopodobniej na inny kontynent. Podmiot liryczny uwiązany do Śląska, bo wiadomo, uciec stąd nie sposób, patrzy na hałdy jak Słowacki lub Bonowicz na ocean:
(…)pracuję nocą
(dlatego znikają hałdy) i dym się roznosi
i piekło
wychodzi z objęć (…)
(Bezrobotny Lucyfer)
Podmiot liryczny przedzieżgiwuje się w Lucyfera, ponieważ płonie pożądaniem do najdroższej osoby. Ale musi siedzieć tu na Śląsku, gdyż pisze kolejny elaborat o poezji Stanisława Piskora. Nie uważa tego jednak za pracę istotną. Dlatego ironicznie nazywa siebie bezrobotnym Lucyferem. Dopiero jak skończy i zdobędzie dodatkową ilość zajęć na uczelni, Lucyfer zacznie pisać kolejne erotyki o najdroższej osobie i już z całą bezwzględnością nauczać będzie o własnych wierszach:
(…)pracował będę nauczał o tobie
pod twoją obronę uciekamy się(…)
(Bezrobotny Lucyfer)
Ambiwalencja pomiędzy tematyką śląską a neutralnością opisów mostu, ostów i kamieni zawarta jest też w wierszu sławiącym świętych i patronów Górnego Śląska:, Gdy Barbara po wodzie, na Pawła powodzie. Z listu od narzeczonej, nie mojej.
Wiersz jest poświęcony drugiemu poecie Górnego Śląska Pawłowi L., którego tu będę niedługo omawiać, a z którym Paweł Sarna wydał wspólnie tomik.
To wiersz pisany kursywą, pisany jest bełkotliwym językiem kobiety, która domaga się dla siebie większej uwagi pod pozorem troski o adresata. Jest to ważny wiersz metaforycznie ilustrujący stosunek Pawła Sarny do mitu poeci śląscy.
Oczywiście w całej twórczości Pawła Sarny nie ma śladu troski o stan poezji na Górnym Śląsku, ponieważ nie ma takiej potrzeby. Poezja ma się tutaj świetnie, jest tyle wspaniałych recenzji na literackie pl.
Być może głównym wnioskiem po dotychczasowych lekturach twórczości poetów śląskich jest pomylenie produkcji z twórczością przez naukowców z Uniwersytetu Śląskiego. W tym regionie pomylić się łatwo, skoro chodziło zawsze tutaj tylko i wyłącznie o wydobycie jak największej ilości węgla.