Pauza na zastanowienie. Rusyfikacja polskiej poezji. Pani Bieńczycka

3 stycznia, 2009 by

Nasze eksperymentalne dywagacje noworoczne na temat konkursów poetyckich nie tylko nikogo nie zaniepokoiły i nie sprowokowały przynajmniej zastanowienia, ale wywołały wyłącznie samozadowolenie i agresję.

170 lat temu Markiz de Custine podróżując po Rosji z duszą na ramieniu, inwigilowany i przerażony, ogląda państwo niewolników – skłamane, spętane niepotrzebnymi zakazami.

Stopnie poetyckie zdobywane jak dystynkcje wojskowe przerażają swoją absurdalną niepotrzebnością.
Plony konkursów można sprowadzić do budowy królewskich rezydencji, według słów Markiza:

(…)Miliony wydane na Wersal wyżywiły tyleż rodzin francuskich robotników, ilu niewolników słowiańskich zabiło tych dwanaście miesięcy budowy pałacu Zimowego (…).”

Nie tylko zmarnowanie jest ich plonem:

(…) Mimo to właśnie w Paryżu pędzi się najmilsze życie: ludzie tu bawią się wszystkim narzekając na wszystko, w Petersburgu natomiast ludzie nudzą się wszystkim chwaląc wszystko: nawiasem mówiąc: przyjemność nie jest celem istnienia, nie jest nim nawet dla jednostek, tym bardziej dla narodów.(…)

Czuję się na tym blogu, pisząc o polskiej poezji jak cudzoziemiec w obcym, nieprzychylnym mi kraju zajętym przez smutnych i groźnych uzurpatorów. Astolphe Louis Leonor de Custine nie mając Internetu nie może swoich demaskatorskich spostrzeżeń natychmiast ujawnić. Chowa listy do kapelusza, pisze fikcyjne i te, czytane przez rosyjską cenzurę wysyła do Francji. Właściwe przywozi osobiście i wydaje w 12 tomach listów.
Ale czy dzisiaj w dobie Internetu niepoprawnego blogera nie czeka podobny wirtualny los, jaki przewiduje dla siebie Markiz, pozostający jeszcze w Rosji?

(…) Status cudzoziemca też nie jest wystarczającą gwarancją: przypomniałem sobie okoliczności porwania Kotzebuego, który na początku tego wieku też został schwytany przez feldjegra i w oka mgnieniu, podobnie jak ja (już sobie wyobrażałem, że jestem w drodze), przetransportowany z Petersburga do Tobolska. To prawda, że wygnanie niemieckiego poety trwało tylko sześć tygodni, toteż za młodu kpiłem sobie z jego lamentów, ale tej nocy już się z nich nie śmiałem. Czy to możliwa analogia naszych losów zmieniła mój punkt widzenia, czy to wiek mnie uczynił wyrozumialszym, dość, że litowałem się nad Kotzebuem z całego serca. Podobna tortura nie powinna być mierzona długością jej trwania. Tysiąc osiemset mil w teledze po kocich łbach, na dodatek w tym klimacie, jest już torturą, której nie każde ciało może sprostać, ale nie rozwodząc się nawet nad tą pierwszą niewygodą, któż by nie współczuł biednemu cudzoziemcowi, porwanemu od przyjaciół i rodziny, który przez sześć tygodni myśli, że jest skazany na przebywanie do śmierci na pustkowiu bez nazwy, bez granic, wśród złoczyńców i ich strażników, a choćby nawet wśród administratorów niższej lub wyższej rangi? Taka perspektywa jest gorsza od śmierci i wystarczy do jej wywołania albo przynajmniej do zmącenia rozumu.
Mój ambasador upomni się o mnie, tak, ale przez sześć tygodni zdążę poznać smak wiecznego wygnania. W dodatku mimo wszelkich upomnień, jeśli by mieli poważny interes w pozbyciu się mnie, rozpuszczą pogłoskę, że utonąłem podczas przejażdżki łodzią po jeziorze. Coś takiego zdarza się codziennie. Czy ambasador Francji wyłowi mnie z głębi tej otchłani? Powiedzą mu, że daremnie szukano mego ciała, wówczas godność naszego narodu zostanie ocalona, on będzie usatysfakcjonowany, a ja zgubiony.
Czym ich obraził Kotzebue? Lękano się go, bo publikował swoje opinie, a ich zdaniem nie wszystkie były jednakowo przychylne istniejącemu w Rosji stanowi rzeczy. Otóż kto mi zaręczy, że nie wzbudziłem właśnie takiej obawy czy bodaj takiego podejrzenia? Tak właśnie myślałem przemierzając pokój, bo nie mogłem usnąć. Czy i ja też nie mam manii myślenia i pisania? Jeśli tu wzbudzę choćby cień nieufności, czy będę mógł się spodziewać, że będą mieli więcej względów dla mnie niż mieli dla tylu potężniejszych i bardziej znanych ludzi? Daremnie powtarzam wszystkim, że nic nie opublikuję o tym kraju, zapewne tym mniej wierzą moim słowom, im więcej podziwu udaję dla tego, co mi pokazują. Nawet najbardziej sobie schlebiając nie mogą myśleć, że wszystko mi się jednakowo podoba. Rosjanie znają się na przezornych kłamstwach… Zresztą szpiegują mnie, jak każdego cudzoziemca, a zatem wiedzą, że piszę listy, że ich nie wysyłam, wiedzą też, że nie opuszczam miasta nawet na jeden dzień, nie zabierając z sobą tych tajemniczych papierów w dużej teczce. Może będą chcieli poznać moje prawdziwe myśli. Przygotują mi zasadzkę gdzieś w lesie, zaatakują mnie, obrabują, by mi zabrać listy, i zabiją, aby zmusić do milczenia. (…).

Kategoria: Bez kategorii | 23 komentarze »

Chcesz dodać coś od siebie? Musisz, kurwa, musisz!? Bo się udusisz? Wena cię gniecie? Wszystkie wpisy mogą zostać przeze mnie ocenzurowane, zmodyfikowane, zmienione a w najlepszym razie - skasowane. Jak ci to nie odpowiada, to niżej znajdziesz poradę, co zrobić

I po jakiego wała klikasz: "dodaj komentarz"? Nie rozumiesz co to znaczy: "załóż sobie stronkę i tam pisz a stąd wypierdalaj"?