Też mam podobne korzenie jak Jacek Dehnel. Też pochodzę z galicyjskiego mieszczaństwa z aspiracjami szlacheckimi (moja babcia Wanda Bieńkowska pochodziła z ziemiaństwa i miała w herbie dwie pałki).
Na wakacjach w Przemyślu podwórkowe dziecko, odgrywające jakieś nie swoje, wyuczone role udające dorosłych nazywała moja babcia stary- maleńki i być może to określenie już nic w dzisiejszych czasach nikomu nie mówi, ale wtenczas mówiło.
Również w szkole zawsze przy podziale klasowych ról znajdzie się jakiś arystokrata, a im bardziej szkoła jest proletariacka, tym łatwiej udawać ucznia z Eton.
Jeśli tu na blogu Marek Trojanowski cierpliwie tłumaczy skomplikowane sposoby pichcenia poezji na zasadzie zupy z gwoździa, ja spróbuję problem otworzyć kluczem osobowości, jak Maurice Blanchot.
Trzeba wiedzieć, że aby być poetą, potrzebny jest talent.
Niestety, to zapomniane słowo, mylone z ewangelicznym talentem zakopywanym w ziemi, by, jak pamiętamy z Pinokia Carla Collodiego wyrosło drzewo obsypane pieniędzmi – rezultatów spodziewanych nie wywołuje. Dlatego postanowiono, że talent nikomu nie jest potrzebny, a niejednokrotnie tylko przeszkadza. Bez talentu bowiem pole socjotechniki jest nieograniczone.
Drugim słowem źle używanym i wykorzystanym jest klasycyzm.
W recenzjach o Jacku Dehnelu (przypominam sobie Lampę) krytycy przyporządkowali twórczość Jacka Dehnela do neoklasycyzmu.
Otóż klasycyzm, jeśli krytyk pisał pozytywnie, a pisał to jest coś, co jest bezwzględnie dobre, wzorcowe, coś, co przechodzi już na stronę niezapomnienia, o czym już w szkołach można bez pudła uczyć. To jest też klimat twórczości dojrzałej, umiarkowanej, harmonijnej, ustatkowanej, twórczości następującej po anarchii i bałaganie. To odsiew z tej nieprawdopodobnej ilości poetów garści diamentów. Odsiewa się etykietując nazwą klasycyzmu.
Twórczość Jacka Dehnela (przeczytałam, oprócz tłumaczeń, wszystko!) jest naprawdę dobrze i rzetelnie wykonaną robotą literacką w sensie konstrukcji słownych. Natomiast nigdy nie była i chyba nie będzie twórczością artystyczną, a niestety, przy szlochach tych którzy do Raju nie wejdą, klasycyzm jest zarezerwowany wyłącznie dla artystów.
I teraz te moje blanchotowskie rozważania.
Jacek Dehnel zaszpuntował źródło swojego artystowskiego natchnienia najprawdopodobniej już u zarania swojego osobowościowego rozwoju zbytnio ufając rodzinie w której się pojawił.
Jest jakiś zawsze niesmak i nie na darmo Biedjajew nawet kobiet w ciąży nie znosi. Jest coś niemoralnego w rodzinach, w klanach, w ich wsparciach, pieszczeniach i głaskaniach tylko z powodu własności, a nie wartości.
Jacek Dehnel nigdy nie przeszedł uzdrawiającego okresu buntu, oczyszczenia i nigdy tak naprawdę nie uzyskał wolności wewnętrznej.
Najlepiej to się czuje w poezji. Debiutancki tomik Wyprawa na południe* jest sprytnie skonstruowanym, pełnym poetyckich niedopowiedzeń zbiorem wierszy o niczym. Poeta symuluje margines metafizyczny nie precyzując co się w nim znajduje, ale daje czytelnikowi świadomość, że coś tam jest, a nic nie ma podobnie jak margines na kartce, gdzie wiersz jest wydrukowany. I to nie jest syndrom nagiego króla. Ubiór jest wmówieniem bardziej materialnym, gdyż poezja faktycznie winna posiadać taki margines.
Brzytwa okamgnienia jest jedynie powtórzeniem poprzedniego triumfu debiutanckiego tomu.
Niestety, wbrew tytułowi brzytwa Williama Ockhama nie zadziałała.
Ponieważ znalazłam w zbiorze publikowane wiersze na portalu Nieszuflady, wybiorę wszystkim internautom dostępny (autor ciągle grozi procesami sądowymi i boję się cytować wiersz w całości, gdyż może to być złamaniem prawa autorskiego) który pamiętam z niesamowitej ilości pozytywnych komentarzy internautów na nieszufladowym forum.
KOLEJNOŚĆ( Warszawa, 7 V 2005) mówi o katastrofie autobusowej. Autor stara się prześledzić stan ducha pasażerów autobusu, których przypadkowo dosięgła śmiertelna uliczna katastrofa.
Wiersz jest zmierzeniem autora z własną umiejętnością pisarską.
Jak sobie poradzę nie będąc w takiej katastrofie, nie uczestnicząc w tragedii, gdzie nawet nie zginął ani jeden bliski mojemu sercu człowiek? Jak to śmiałe wyzwanie rozwiążę? – pyta siebie Jacek Dehnel.
I rozwiązuje. I jest bardzo zadowolony ze swojego rozwiązania problemu tematyki wiersza opartego na newsie z mediów.
Oczywiście, fortepian i palcówki z Karela Czernego jak najbardziej przy potwornej ludzkiej tragedii.
Ale kto doświadczył chociaż chwilę, jak samochód pędząc przez wieś przejeżdża psa i się nawet nie zatrzymuje, z pewnością przeżyje o wiele większy dreszcz metafizyczny, niż czytając ten wiersz.
Klasycyzm to też odpowiednia kolejność biologiczna. Najpierw trzeba wzrosnąć, by się móc zestarzeć.
* sprostowanie: debiutem Jacka Dehnela jest tomik Żywoty równoległe, a nie jak napisałam, Wyprawa na południe. Przepraszam za niedoczytanie wikipedii.