W moim mieście jest kilkanaście filii biblioteki głównej, należę do kilku, gdyż każda ma zbiory zróżnicowane i preferujące inne gatunki literackie. Jedna z nich to potentat poetycki, gromadzący, zresztą z uwagi na prężną sieć w moim regionie, gdzie mieszkam Domów Kultury przy kopalniach w PRLu, które swoimi kółkami zainteresowań i szczodrością organizatorską po brzegi napełniły też biblioteczne półki.
Kosmiczny ślad zapisu poetyckiego kończy zazwyczaj swój żywot na nigdy nieruszanych i z daleka omijanych półkach, od zbiorowych prób czytelniczego rażenia, po artykulacje sławnych aktorów, aż po ilustrowanych noblistów.
Dzisiejsze ataki Tomasza Pułki czy Marka Trojanowskiego na polskich poetów noblistów mogą być może zupełnie nieważnym atakiem i nic nieznaczącym pokazywaniem języka. Ale tak nie jest.
Pomijając infantylne publikacje Wisławy Szymborskiej, przybierające kształty bajek dla dzieci, których żadne dziecko do ręki nie weźmie, można zatrzymać się na Haiku Czesława Miłosza ilustrowane przez pamiętanego z tygodnika Szpilki Andrzeja Dudzińskiego, który poprzez etat w TP dostawał też zlecenia w wydawnictwie Znak.
Pomijając bohomazy Dudzińskiego i właściwie pomijając wszystko, co pcha się by mój wywód zaciemnić i odciągnąć od jądra mojej wypowiedzi, chce tylko osłonić Chcę uratować i chcę nie wylewać dziecka z kąpielą!
Jeśli Bóg urojony Richarda Dawkinsa w popularyzatorski sposób wypunktowuje straty ludzkości doznane wskutek funkcjonowania w niej religii jakiejkolwiek, bez wzglądu na to, co ona niosła przez wieki, to w tym ferworze olśnień i bicia się dłonią w głowę nie można wszystkiego dokumentnie negować. Żałować erotycznych egzaltacji jakie przeżywało się w dzieciństwie odnośnie wyimaginowanego przyjaciela, który był dla nas przecież ostatnią deską ratunku gdy nas gnębiono i poniżano i czuć się tylko oszukanym.
Fala ateizmu będzie zdrowa, jeśli przyniesie oczyszczenie, a nie pretensje kierujące winę na obiekty zastępcze. Dawkins nie zaprzecza wielkości sakralnej sztuki, która była sakralna, gdyż kasę miał tylko Kościół. Ataki na wizerunki sakralne natychmiast w barbarzyństwie przekładają się na niszczenie w nich przyczyn płynących z prymitywnych własnych odczuć, bez odróżnienia głębi tkwiącej w niej mocy zmagań twórczych, wybitnych, niepowtarzalnych i unikalnych. Wiadomo, że prawdziwa sztuka, która jest cenniejsza niż złoto głównie ze złota się tworzy i jeśli nawet jest z recyklingu to pierwotne metamorfozy prowadzą jednak do materii nie takiej prostackiej i tandetnej. Wytworzenie produktu rzemieślniczego wymaga szkół, mistrza i adepta. A sztuka to jeszcze coś więcej. Sztuka tworzona z marszu, jedynie ze śliny, którą ma się przed lub po, to jak widać na sieciowych portalach internetowych poezji polskiej, doprawdy niewiele.
Kuglarska machina bez wprawdzie śliny, ale z klawiaturą neolingwistom też nie wychodzi. Poza kilkoma osobami, które się wzajemnie czytają, czego też sprawdzić się nie da, jest poezją niestrawną.
Na litość boską przecież Miłosza da się czytać i czego od Miłosza chcecie? Czego jeszcze chcieć, gdy jest tak niewielu poetów, którzy naprawdę nie są trujący? Którzy naprawdę przemawiają, wykonali robotę, którą trzeba wykonać, niezależnie od czasów w których żyjemy?
Simone Weil pisała o bólu i płaczu zabieranych posągów greckich przez rzymskich barbarzyńców. To Rzym dla niej był opresją i nieludzkim urzędem bez względu na jego niezaprzeczalne dokonania cywilizacyjne.
Jeśli dzisiejszy poeta będzie traktował przedmiotowo wytwory swojego komputera, nie wyzbędzie się nigdy błędu zaniedbania, zaniechania i niszczenia. Wyjałowienie mocy twórczej polegające na płytkim przetwarzaniu postmodernistycznym wytworów kultury minionych epok powoduje jej ograbianie, znikanie i zużywanie, jest właśnie dzisiejszym barbarzyństwem dziejącym się na naszych oczach.
Haiku nie jest gatunkiem literackim. Jego religijny wymiar nie musi być religijny w sensie Dawkinsa. Nie alienuje wytworu z człowieczej osobowości. Przeciwnie. O tym Miłosz we wstępie pisze, podkreślając związane z translatorską robotą kontrowersje.
Haiku to najprościej wejście w problem, zintegrowanie się z nim w sposób jak najbardziej ascetyczny, to dążenie do jedności, największa, odwieczna tęsknota człowiecza, nigdy nie spełniana, jednak spełniająca się w szlachetnym dążeniu.