Kontynuuję tutaj wątek poetów, którzy w swoim Manifeście Neolingwistycznym (w awangardzie najlepsze manifesty, potem tylko jazda w dół) z grudnia 2002 roku zawarli bardzo ekstremalne propozycje dotyczące mnożenia się:
(…) Chcemy obnażać język. Zostawić w krótkich majteczkach.(…) Nie będziemy ruszać z posad bryły świata. Wolimy ją posunąć. (…)
Brzmienie jest brzemienne w sens.(…) Mleko wykipiało(…).
Jeśli czytelnik dysponuje wyobraźnią, z troską i współczuciem pochyli się nad sygnatariuszami manifestu, gdyż prokreacja w takich warunkach z pewnością nie należała ani do łatwych, ani do przyjemnych. Toteż nie można spodziewać się, że urodzi się z tego aktu bobas różowy i gaworzący. Nic podobnego.
Biorę do ręki tomik Joanny Muller, członkini grupy twórców, skupionych wokół Manifestu Neolingwistów i kilku pism literackich, którzy, tak się składa, są równocześnie ich redaktorami naczelnymi.
Jeśli dobrze zrozumiałam z wywiadów, młoda poetka pisząc Zagniazdowniki była rzeczywiście w stanie błogosławionym i antycypowała gaworzenie dziecka pisząc strofy z wnętrza, z trzewi i z kobiecej intensywności twórczej, czyli możliwości dawania nowego życia.
Tomik składa się z dużej liczby słów i ta wielość właśnie zgarniętych do kupy ustawionych w szeregu okazów słownych, całkiem nieraz długich tworzy ten zgrabny tomik poetycki.
Wczytując się w brzemienny sens bardzo trudnych do przetworzenia plików mózgowych – gdyż słowotwórstwo staropolskie z moich danych zostało już dawno wymazane – próbowałam rozpaczliwie rozpoznać, chociaż znane mi melodie ludowych przyśpiewek – w naszej niestety kulturze toporne i prymitywne, ale zawsze:
(…) na nic zdadzą się wasze szeptuchy i płonny puchowy gościnie, gdy drzema po sznureczku zapuści was w kocią kolebkę(…) powie poetka w wierszu kararak.
Być może moje szeptuchy na nic, też zawsze tak podejrzewałam, a moją frustrację pogłębia jeszcze szept poetki Joanny Muller.
To, że poezja nie ma być intelektualna, że nie służy do porozumienia, że stanowi absolutnie nie konfesyjny, natomiast tylko prokreacyjny akt poetyckiego wyplucia na zewnątrz, wiedziałam wcześniej.
Jeśli jednak dzisiaj na podstawie tego schematu komercyjnie prosperuje Maria Peszek, to przecież nie dlatego, że wiersz rodzi się w bólu. Przeciwnie. Twórczość Maria Peszek tworzy wyłącznie z adresata, za przyczyną jego pseudo obrazoburczych potrzeb, by mógł świntuszenie uczynić nowoczesnym, by jako polski inteligent się nie wstydzić i nie żenować, czynić jeszcze bardziej kanapowym, ikeowym, a równocześnie bardziej fircykowatym, niż w epoce wiktoriańskiej.
Akuratna poezja Joanny Muller jest wersją dziewiczą tego kierunku, pierwotną, archaiczną i prototypową. Nie kłania się nikomu, jest arystokratycznie jeszcze nikomu niepotrzebna, jest sztuką dla sztuki gadania o niczym. Ale zanim przerodzi się pieprzenie w pieprzotę w śpiewie Marii Peszek, poetka Joanna Muller rodzi. Rodzi wiersze i rodzi człowieka.
W wywiadzie mówi, że rodzenie wierszy jest dla niej zabawą.
W wierszu boli me tangere jest zawarty strach rodzenia człowieka
(…) do umilenia w mlecznym sfumato/ zacieśniam widnokrążek/
męczennica jadalna położnica zległa(…)
A więc mleko nie wykipiało. Trzeba karmić, jak rodzi się człowiek. Karmić swoją egzystencją, czyli sprzeniewierzyć się Manifestowi.