.
Początek historii moich niedoli wyglądał jak wszystkie początki dramatycznych historii – normalnie.
Osiem lat po tym jak zniecierpliwiony widokiem tego świata w pośpiechu opuściłem łono matki, ojciec trzymając mnie za rękę odprowadzał do szkoły swojego średniego syna. Pamiętam, jakby to wszystko zdarzyło się minutę temu. Była bardzo ładna pogoda, jeszcze letnia. Słońce paliło. A ja, młokos, w cieniu potężnego człowieka – ojca – odbywałem swoją pierwszą podróż do gminnej podstawówki.
Trzymałem go mocno za rękę, czułem szorstkość jego zgrubiałej od pracy skóry ale nie bałem się. Przeciwnie, pamiętam że go pospieszałem, byłem bardzo zniecierpliwiony widoku szkoły, o której mój straszy brat mi opowiadał od trzech lat.
Średni syn to średni syn – nic nadzwyczajnego. To nie pierworodny, który zgodnie z prawem naturalnym przejmował ojcowiznę. To nie ten najmłodszy – najmłodszy czyli najsłabszy, najbardziej chorowity – ten, który miał być dziewczynką.
Byłem najzwyklejszym, najbardziej normalnym średnim synem swojego ojca, który pierwszego dnia września 1984. roku szedł do szkoły.
.
.
Pierwsze spotkanie z panią wychowawczynią. Polecenie:
– Dzieci będą potrzebowały znikopisy.
Następnie odbyła się prezentacja znikopisu. Kawałek zafoliowanej tektury, po której można pisać mazakami i ścierać to chusteczką. Taki miniaturowy odpowiednik tablicy szkolnej. Dziś urządzenie to wygląda trochę inaczej i działa na innych zasadach. Ale wówczas mój pierwszy znikopis zrobiony przez ojca to kawałek białej tektury oklejony gruba folią z worka po nawozie Polifoska na brzegach zgrzany lutownicą.
Na tym etapie narracji nie ma żadnego sensacyjnego wydarzenia, o którym można by wspomnieć. Wszystko przebiegało zgodnie z planem – niezależnie od tego, kto te plany układał. Uczyłem się robić szlaczki, podkreślać tematy lekcji – nic nadzwyczajnego.
„Dzień 0” nastał w epoce, w której słowo rodziców pisałem przez „u” otwarte i „f” na końcu. 23. października 1984 roku, pani nauczycielka poprosiła mnie o Dzienniczek Ucznia, w którym, używając charakterystycznego chińskiego pióra wiecznego i równie specyficznej mieszanki atramentu blue-black zapisała:
„Proszę zwrócić uwagę dziecku na odpowiednie zachowanie na lekcji i na przerwie. Od poniedziałku Marek jest bardzo niezdyscyplinowany”
.
.
Oddając mi Dzienniczek poleciła, bym pokazał go rodzicom i poprosił o podpis pod zapisaną uwagą. Pamiętam, że wówczas uśmiechała się do mnie czym uśpiła moją czujność.
Pani tzw. uwagę do małego dzienniczka (była jeszcze tak zwana „uwaga do dużego dziennika”) napisała w taki sposób, bym nie mógł jej odczytać. Przywykły do regularnych literek w elementarzu nie potrafiłem odcyfrować szlaczków. Posłuszny poleceniu nauczycielki pokazałem wpis nauczycielki najpierw ojcu później mamie.
To był błąd. Błąd, którego nigdy później nie powtórzyłem, chociaż okazje ku temu były.
Bowiem już 15. listopada skrupulatna pani wychowawczyni doniosła rodzicom, że:
„Marek dostał upomnienie od Pani dyrektor za pobicie kolegi”
Minęła się z prawdą, gdyż to nie mój kolega dostał wpierdol, bo moi koledzy nie biją dziewczyn. Ale moje tłumaczenia nie uchroniły mnie przed ciężką ręką ojcowskiej sprawiedliwości.
Jedenaście dni później narozrabiałem na wychowaniu fizycznym zwanym w owym czasie: „kulturą fizyczną”. Ale jak tu nie narozrabiać, kiedy kilkudziesięciu chłopaków podzielonych na dwie drużyny stara się kopnąć jedną, małą, okrągłą piłkę. Biorąc pod uwagę indywidualne ambicje, rozkład sił itp. tej tragedii nie można było uniknąć. Oczywiście ojca nie przekonał ten argument.
Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy jak zwykle – ganiając się z kuzynami i kuzynkami po wielkim domu dziadków. Skakaliśmy po sianie w stodołach, buszowaliśmy w piwnicach, na których sklepieniach łukowych skrobaliśmy albo wypalaliśmy świeczkami nieprzyzwoite napisy. Buszowaliśmy na strychach, gdzie ze starych szaf wyciągaliśmy różne dziwne stroje, przebieraliśmy się w nie i odgrywaliśmy teatralne sceny. Szczególnym zainteresowaniem cieszył się mundur galowy pradziadka. Srebrne epolety, ciężki pasek z dużą klamrą z dwugłowym orłem, dużo złotych guzików, dziwny kapelusz, bluza albo raczej marynarka z mnóstwem ciężkich orderów i do tego szpada, cienka i długa w skórzanej pochwie – każdy z nas chciał być piratem. Oczywiście zaszczyty przypadały z racji urodzenia najstarszemu – mojemu bratu. Ja jako drugi w kolejce mogłem nosić szpadę. Wówczas to była nasz dzida. Rzucaliśmy nią do celu, który narysowaliśmy sobie na drzwiach starej szafy. Zwyciężał ten, który trafił rzeźbionego, czarnego anioła (wyrzeźbionego na płycinie w drzwiach) w głowę.
Noc Sylwestrową także przetrwaliśmy bez większych zmian. Tuż przed godziną dwunastą w nocy pobiegliśmy zgrają do obory. Wcześniej oczywiście wykradliśmy opłatek, który teraz wciskaliśmy do pysków najbardziej oswojonym krowom. Niestety ani Mućka ani Krasula (tak ulubione krowy miały na imię) nie przemówiły. My jednak baliśmy się czekać do 12. w nocy i w obawie przed duchami – a wiedzieliśmy, że duchy wychodzą o północy – wszyscy już za trzy dwunasta siedzieliśmy pod wielkim kuchennym piecem w kuchni, przy którym zipiąc ze zmęczenia po biegu, grzaliśmy dłonie i opowiadaliśmy niestworzone historie o tym, jakie to białe zjawy widzieliśmy jeszcze kilka minut temu.
W 1989 roku skończy się w Polsce komunizm. W 1985 r. nikt o tym, nie mógł wiedzieć. Nie wiedziałem ja, nie wiedziała demokratyczna opozycja, nie wiedziała władza ludowa. Tylko jedna pani nauczycielka coś przeczuwała. Dokładnie 14. stycznia 1985 roku w rubryce Uwagi wpisała:
„W ostatnich dniach Marek na lekcjach jest bardzo niezdyscyplinowany, interesuje się wszystkim innym, nie lekcją. Nie reaguje na zwracanie uwagi”
Skąd ta wpisująca uwagi kobiecina mogła wiedzieć, że właśnie w tej chwili zaczyna wiać wiatr historii, że za chwilę w areszcie zamkną Frasyniuka i Adama Michnika i że jeszcze tego roku Zbigniew Religa dokona pierwszego w kraju udanego przeszczepu serca?
Tego nie wiedziała ani ona, ani Michnik, ani Religa a tym bardziej mój ociec, który jak zawsze w podobnych przypadkach, tak i teraz egzekwował działanie sprawiedliwości bożej.
Z bożą sprawiedliwością nie ma żartów. Zresztą odczułem to na własnej skórze. Dlatego postanowiłem, że będę zupełnie nie do poznania. że będę innym człowiekiem. Obejrzałem kilka filmów dla dorosłych w TVP, w których pokazywali bohaterów westernów, ostatnich seansów filmowych itp. I dzięki temu odnalazłem w swoim życiu jakieś wzorce do naśladowania. Chciałem być innym, lepszym niż jestem człowiekiem.
Niestety „fatalna opinia” już się za mną ciągnęła.. Wszystko co złe pochodziło ode mnie. 29. marca pani wychowawczyni napisała, że działając z innymi osobami w zgodzie i porozumieniu zniszczyłem mienie osób trzecich.
Była to nieprawda i jawna niesprawiedliwość. Ja – Marek Trojanowski – nigdy, ale to nigdy nie działem w grupie, w bandzie, w porozumieniu. Jedyna grupę przestępczą założyłem w przedszkolu, ale ona szybko została zdekonspirowana. Jako herszt bandy kazałem płacić za członkostwo w grupie i syn kucharki, który bardzo chciał należeć do mojej organizacji wydał nas. Powiedział mamie po co mu potrzebne 20 złotych w monecie, mama powiedziała pani dyrektor, która nie omieszkała podzielić się tą informacją z moim ojcem. Ale mniejsza o to.
W każdym razie, powołując świadków i kolejnych biegłych, którzy wskazywali na niemożność zaistnienia opisanej sytuacji, doprowadziłem do togo, że pani nauczycielka przekreśliła swój wpis w moim dzienniczku. Mimo to pokazałem go rodzicom, żeby widzieli że ja jestem „prewencyjnie” oskarżany o wszystkie zaistniałe przestępstwa i żeby nie brali tych wszystkich oskarżeń sobie do serca.
Mama uwierzyła, ojciec nie.
Oczywiście pani nauczycielka zapamiętała swoją porażkę – to jak musiała przekreślić uwagę z dnia 29.03.1985r.. Ludzie na ogół nie lubią przegrywać, ona także nie lubiła tego uczucia. Dlatego przy pierwszej nadarzającej się okazji sporządziła kolejną notkę:
„Marek otrzymał ocenę niedostateczną z tabliczki mnożenia”
Tylko ja jeden – z tych wszystkich, którzy się nie nauczyli – oprócz oceny niedostatecznej otrzymałem tzw. „uwagę” z tabliczki mnożenia. Tylko ja. Jak mnie ojciec tłukł pasem nie beczałem – czułem się kimś wyjątkowym