.
Dieter Bohlen jest symbolem kiczu, szołbiznesu, komercji i udanych akcji promocyjnych.
Gdyby szukać polskiego odpowiednika tej postaci w polskim świecie literackim, to najlepszym kandydatem na polskiego Bohlena byłby Jacek Dehnel.
Porównajmy twórczość panów.
Wiersze Dehnela, to fantastycznie sprzedające się opisy. Dla przykładu: oto tekst
Na cztery kilometry przed Krakowem Głównym
dopijam resztkę coli i zamykam książkę.
Z wysokiego nasypu wyrastają równe,
długie żerdzie – las Lanzas – nad marcowym błotem;
kilka rośnie poziomo – i na tych, rzędami
wiszą spodnie, koszule i coś kraciastego,
czyste w świetle odwilży. Gdzieś tam, za torami
ktoś żyje na swój sposób w topniejącym śniegu,
za darmo. Myśl o czynszu, płatności i sumie
jest śmieszna: właścicielka, koperta, banknoty.
Potem myślę o Czynszu – tu wpadamy w tunel
z jego domyślnym światłem, z siedzeń niewidocznym.
[Poddanie Bredy]
Jego telegraficzny skrót wyglądałby tak:
Dojeżdżam. Stop. Zapłać za mieszkanie. Stop. W przeciwnym razie odetną nam ogrzewanie. Stop. Zima tego roku jest zimna.
Nawet najbardziej wierny i oddany fan Jacka Dehnela w tym tekście oprócz relacji z podróży ciuchcią po oblodzonym torowisku nie znajdzie nic więcej. Oczywiście taka porcja semantycznego mięsa zadowoli fana. Tekst nie wymaga żadnej refleksji. Zorientowany jest tylko na przeczytanie rozumiane jako mechaniczne przeliterowanie od początku do końca. W normalnym przypadku człowiek powiedziałby: „okropny gniot”, ale tutaj podpis: „Jacek Dehnel” robi za kod kreskowy na opakowaniu towaru, w którym zakodowana została wartość.
Dieter Bohlen był mózgiem projektu o wdzięcznej nazwie Modern Talking. Jednym z wyśpiewanych hitów był brother Louie [kliknij], który w jednej z wersji zaczynał się tak:
Dear, love is a burning fire.
Stay, cause then the flames grow higher.
Boy, don’t let him steel your heart.
It’s easy, it’s easy.
Boy, this game can’t last forever.
Why ? Why can not live together.
Try, don’t let him take your love from me.
Brother Louie śpiewany przez Thomasa Andersa był w swoim czasie hymnem homoseksualistów. Odziany w skórę przystojniak, z długimi czarnymi włosami, zmysłowo poruszający wyszminkowanymi ustami do dziś jest obiektem westchnień uczniów Iwaszkiewicza. Jeszcze teraz w pobliżu darkroomów słuchać charakterystyczne pogwizdywanie refrenu tej piosenki
Mimo, iż Thomas Anders był postacią pierwszoplanową (i trudno się dziwić, miejsce takiego ładnego chłopca o dziewczęcej urodzie było tuż przed obiektywem kamery), to Dieter zawsze gdzieś tam czaił się w planie z gitarką zawieszoną na szyi, na której markował chwyty i bicie.
A propos gitary. Przemyślana autoaranżacja jest widoczna w obu przypadkach. Jacek Dehnel wciska na mały paluszek pierścionek, przywdziewa płaszcz, zakład na głowę cylinder by wywołać odpowiedni kompleks wrażeń. Że po pierwsze: jest arystokratą. W związku z tym jako arystokrata w sposób istotny / biologiczny / różni się od największej warstwy społecznej jaką jest chłopo-mieszczaństwo. Dystans, który go dzieli od zwykłego śmiertelnika jest odległością, która nie wynika z jego działalności ale z urodzenia. Jako odległość aprioryczna jest ostatecznym argumentem by przekonać najbardziej sceptycznego czytelnika, który mógłby w którymś momencie zwątpić i zadać jedno proste pytanie:
– Ja też tak umiem jak Dehnel. Czym różni się on ode mnie?
Dieter Bohlen także stara się użyć gadżetów, które przekonają przeciętnego konsumenta jego dzieł, że jest utalentowanym muzykiem. A przynajmniej, że nieobca jest mu sztuka gry na gitarze. Nie bez powodu wybrał gitarę [kliknij]. Jest ona przemyślanym fetyszem, podobnie jak kapelusik, sygnecik czy zakupiona na allegro w kategorii Antyki i rupiecie laska Dehnela, która stała się rodową laską dziedziczoną z dziada i pradziada.
Dieter Bohlen podobnie jak Jacek Dehnel musi liczyć się z tym, że w kiedyś trafi na odbiorcę, który nie jest rozentuzjazmowanym fanem. Kiedy się takowy znajdzie powstaje efekt Doktora Mabuse [kliknij]. I tak, Dieter Bohlen okaże się uziemionym śmiertelnikiem, który nie potrafi śpiewać [kliknij]. Dehnel zaś będzie autorem tekstów, które w momencie jakiegokolwiek zaangażowania (społecznego, filozoficznego, artystycznego itp.) przybiorą taką oto postać:
Dokąd idziesz, chłopczyku,
w czapeczce w szkocką kratę,
w ubranku z darów,
w wyblakłych kolorkach minionych lat
osiemdziesiątych?
Wszędzie, gdzie pójdziesz, będzie gorzej,
zatrzymaj się, uśmiechnij.
[8,5×13 ’84]
Jednakże juror DSDS (Deutschland sucht den Superstar – niemiecki odpowiednik programu Idol) ma jedną przewagę nad Jackiem Dehnelem. W pewnych sytuacjach teksty Bohlena przekraczają granice zakwalifikowania. Z kiczu zmieniają się w arcydzieła. Stało się tak z hitami: cheri, cheri lady [kliknij] i you’re my heart you’re my soul [kliknij], które w odpowiedniej aranżacji – w okolicy drugiej minuty i piętnastu sekund zaczynają zaskakiwać [kliknij].
Z utworami muzycznymi jest tak, że oddziałują jako zbiory określonych dźwięków a później na płaszczyźnie znaczenia, przekazu treści. Teksty Dehnela nie nadają się do śpiewania, pozbawione są także melodyjności (np. takiej która tryska z wierszy Pasewicza). Być może ktoś pokusiłby się o ich zaśpiewanie. Być może powstałaby płyta. Jednak jeżeli chodzi o szołbiznes kulturalny, to tu dwa „być może” to o dwa „być może” za dużo.