Karol Maliszewski w ubiegłorocznym obszernym artykule dla „Twórczości” o twórczości poetyckiej Justyny Bargielskiej celnie określił jej poezję jako zimną, separującą się od wszelkich wyższych temperatur i uznał to jako pozytywny znaki czasu uczestnictwa w zakonie wtajemniczonych. Kto do tej sekty należeć nie chce, niech czyta gorące strofy księdza Twardowskiego lub noblistki Szymborskiej. Łaski bez.
Czytam więc pokornie Justynę Bargielską już któryś z kolei raz, znowu i znowu, tym razem jej debiut, by rozgryźć te wiersze, które dla Karola Maliszewskiego jak i dla wszelkich jury poważnych polskich konkursów poetyckich są artystyczną oczywistością, a dla mnie, ciemnej i nierozgarniętej, wciąż są jedynie zagadką.
Tak chciałabym należeć do tej sekty, tak się do niej garnę, a ona nie chce mnie przyjąć.
W tych poetyckich strofach zgodnie z przypuszczeniem o braku w nich pożądania czegokolwiek rozpoznawalnego w moim długim życiu, pojawia się tramwaj, rzecz znana, swojska, udomowiona, ale o dziwo, budząca lęk przed wpływem.
W ubiegłym wieku panicznie kobiety reagowały na myszy badylarki, które uniemożliwiały im dokonanie aktu płciowego pod miedzą. Polska kobieta współczesna w zastępstwie i braku gryzoni panicznie boi się tramwaju:
„(…)to zaraz rozmyśla o tym co potrafi zrobić tramwaj(…)”
[moja!]
w wierszu „znak: rak” podmiot liryczny zwierza się, że jest, podobnie jak nasi XX wieczni nobliści, spod Znaku Raka i
chcąc bać się tramwaju, pisze kokieteryjnie:
„(…)lubi mrowienie, deszcze,
ucieknięty autobus (…)”
[znak: rak]
Nawet jak podmiotowi lirycznemu przydarzają się różne wizje duchowe nakazujące takie, a nie inne zachowania, poetka w dalszym ciągu tramwaju się boi:
„(…)we śnie jej przyjaciel łamie podstawę czaszki.
śniąca wisi odcięta patrząc jak jego twarz
zapada się do środka. znikają usta w które
mogłaby go pożegnać. teraz poszuka
w sobie lecz nie powie co znalazł.
dzień mija na liczeniu. żółtych prętów
w ogrodzeniu tramwajów, frędzli leszczyny(…)”
[dzień pod snem]
Wiadomo, na co liczy poetka, nie wiadomo, co w tym samym czasie liczy jej podmiot liryczny. Nie może przecież ciągle liczyć na leszczynowe frędzle, bo to są sprawy sezonowe, natomiast tramwaj jest pewny:
„(…)Noce są teraz dłuższe nieskończenie,
sekundy odmierza puls żółtych świateł
na kolejnych skrzyżowaniach pustego miasta,
które przejeżdżam uciekając inkubom.(…)”
[Tornerai]
i w tym samy wierszu podmiot liryczny, najprawdopodobniej jadący niklowanym BMW, ucieknięty od wszelkich wpływów, duchów, inkubów i lęków, wykąpany i wypachniony, zrezygnowawszy definitywnie z poruszania się po mieście tramwajem, jedzie i rozmyśla:
„(…)Czy do mnie też wróci odmieniony?
Póki co szukam w sobie tego grzechu,
ale mężczyźni cuchną. Są zbyt miękcy lub zbyt twardzi,(…)”
[Tornerai]
Czy wróci? Myślę, że nie wróci. Za moich czasów radzono dziewczynkom spod wszystkich Znaków Zodiaku, by szukały mężczyzn z pieniędzmi, bo lepiej płakać w mercedesie niż w tramwaju.
I po co ma wracać, jak każdy mężczyzna śmierdzi? Przystanek Pożądanie już nie istnieje. Sekta Poezja proponuje tylko niklowane BMW i to tylko we śnie.