Wiersz z sieci: Ilionowski, Rewolucja IV

13 września, 2008 by

Autor: Ilionowski, Rewolucja IV

Odwróć się. Odwrócę wszystkich na drugą stronę.
Widzisz teraz? Jeszcze nie wszystko stracone.

Zobacz tu oto. Wiesz, ta część życia
nadaje się dosłownie do wszystkiego
tylko nie do jedzenia. Widzisz? Tu jest,
ona się nazywa: Różnica. Jest taka kobieca.

Mówisz dość, mówisz rewolucja, mówisz
że krew i w mordę lać trzeba i że należy.
Majtki zdzierać, w kości grać i gwałcić,
świat pożerać i palić od serca jak to się pali.

Bo najtrwalsze blizny pozostają po pecie,
który się przytka do skóry na dłoni.
Robi się to dla picu, z głupoty raczej.
Tu i teraz jednak wszystko jest inaczej.

zeby-agresywne.JPG

Kategoria: Bez kategorii | Komentarze »

Edward Pasewicz, „th” – Jak przegrać doskonale

11 września, 2008 by

– Przeczytałeś? zapytał Mateusz wracając do stolika z flaszką wódki Wziąłem całą, żeby tracić wątku dodał.
– Tak.
– No i co? Pierwsze wrażenie?
– Pierwsze wrażenie?
– Pierwsze potwierdził, rozlewając kolejkę.
– Może to dziwne, ale pierwsze moje wrażenie po przeczytaniu tego wiersza wiąże się Mandelbrotem, jego zbiorem.
– A dlaczego?
– Zbiór Mandelbrota pojawił się w moim umyśle, jako silne, nieodparte wrażenie, kiedy po raz któryś tam przeczytałem wersy z trzeciej strofy. Czekaj, zaraz je przeczytam odpowiedziałem i odnajdując kartkę z Jak przegrać doskonale, odczytałem:

I, czekaj jeszcze, nie pamiętam, ty czy ja
wpadłem na tę myśl o żukach w środku
figi, nie uważaliśmy, teraz to możliwe,
że one nas piszą.

Mateusz wysłuchał uważnie. Wyjął flaszkę z kubełka z lodem, odkręcił i rozlał kolejkę. Podniósł swój kieliszek, spojrzał na mnie i powiedział:
– Dobre, kurwa, dobre.
– Dobre.

Jak przegrać doskonale jest światem wielości znaczeń możliwych do odczytania w różnych odmianach rzeczywistości, które sam zawiera. Jest czymś na kształt tego żuczka Mandelbrota, z nadymanym odwłokiem i malutka główką pokrytą chityną, w którym samopodobność wzbogacona została każdorazowo na kolejnym poziomie o jakąś unikalną aberrację. W pierwszej chwili wydaje się być to tekst o różnicy między białkowością a duchowością, w którym to, co materialne (białko) i jego mechanika (białko pisze; białko pisze i nie obchodzi go autor) skonfrontowane zostało z autorem. Ten schizofreniczny dualizm, widoczny w całym tekście wydaje się być pretekstem do rozgrywki z rzeczywistością jako realnością rozumianą jako to, co oczywiste-zmysłowe oraz to, co senne, złudne. Jednakże prostej dychotomii wymknie się to, co unikalne w tym tekście, a mianowicie: jego wielopłaszczyznowość. Pasewiczowi udała się bowiem rzecz niezwykła. Literalnie w kilku wersach wykreował nieskończenie wiele światów i nie wydaje się, by było to dziełem przypadku. Oto pierwszy wers i zapowiedź nowej fizyki:

Przestrzeń ma kształt tarki do buraków.

Fizyki, która ograniczy się tylko do wskazania kolejnych światów, bez przesądzania o ich jakości.

Wracając do sygnalizowanego wcześniej problemu duch-ciało. Jeżeli czytelnik chciałby znaleźć jakąś odpowiedź istoty tej relacji, ciekawszej niż np. okazjonalizm, to się zawiedzie. Pasewicz tu także gmatwa, tworzy konstrukt rzeczywistości białka, które nie jest ślepe i sumy przerażeń. Pisze:

Białko pisze i nie jest ślepe, to nie rojenia
tylko suma przerażeń.

Niewiadomo do końca czy Pasewicz nadaje swojej mechanice nowe, nieznane atrybuty czy tworzy myślące maszyny, a może czy w myślących duchach widzi maszyny. Pozostawia czytelnika bez odpowiedzi, wprowadzając kolejny rodzaj świata:

I nieważne jest czy
pokochamy trupa, ta wiedza odsyła nas
w sen a on okazuje się kolejnym pismem
nie odpowiemy chyba na poste restante?

Ta cześć tekstu jest o tyle ciekawa, że Pasewicz rezygnuje z naiwnej i oklepanej metaforyki snu, jako realności (chociaż przyznać należy, że oniryczność jest ważnym elementem tekstu). Tu pojawia się problem rzeczywistości jako tego, co jest wyrażalne w języku, za pomocą pojęć. I nie sposób z jednej strony wzdrygnąć się przed tą skrajną racjonalizacją świata, a z drugiej zaś ulec pokusie choćby krótkiego eksperymentu myślowego: zadać sobie pytanie, czy znam coś, czego nie potrafię nazwać? Czy istnieje jakaś jakość ponadprzymiotnikowa, jakość nowego przymiotnika? Jeżeli tak, to czy świat jest, czy może mój język jest światem?
Nie istnieje ostateczna odpowiedź na te pytania. Zresztą próżno odpowiedzi szukać, zwłaszcza że wielość rzeczywistości (tu nawet Chwistek zazdrościłby Pasewiczowi ) w tekście Jak przegrać doskonale osiąga apogeum we fragmencie:

I, czekaj jeszcze, nie pamiętam, ty czy ja
wpadłem na tę myśl o żukach w środku
figi, nie uważaliśmy, teraz to możliwe,
że one nas piszą

Nie uważam by dyskusja nad tym fragmentem w ramach hermeneutyki multimolekularnej kiedykolwiek znalazła swój finał. Z jednej strony jest to jakaś dziecięca konstatacja, z drugiej wprowadzenie w świat fraktali i opisu. Istnieją fragmenty, o które człowiek jest zazdrosny, że to on ich nie wymyślił. Właśnie to jest jeden z nich.

Oprócz tych wszystkich warstw znaczeniowych, jest też ta literalna. Ta, która jednak umyka w kontekście tekstu. Okazuje się, że wiersz Jak przegrać doskonale może być odczytywany jako rodzaj intymnego dialogu. Pasewicz napisze:

To nie jest list miłosny
to deklaracja

ale nie sposób wyczuć tej naturalności, które pojawia się tylko w bezpośrednim dialogu, a która nie ma nic wspólnego z deklaracją, ale z intymną czułością. Pasewicz wciąga w rozmowę, w dialog. Pisze: I, czekaj jeszcze, nie pamięta ty, czy ja, pisze jakby chciał zatrzymać czytelnika by porozmawiać, ale jednocześnie daje się wyczuć pewien dystans ty cały czas pozostaje bierne.

siec-i-siec.jpg

Kategoria: Bez kategorii | 17 komentarzy »

Edward Pasewicz, „th”. Wstęp.

10 września, 2008 by

Wczoraj spotkałem kolegę ze studiów. Siedzieliśmy pod parasolami w ogródku małej knajpki przy Friedrichstrasse w Berlinie. Zamawialiśmy schłodzoną wódkę o konsystencji gliceryny i stopniowo się upijając wspominaliśmy wspólne czasy studenckie wypady na dupeczki, libacje, w trakcie których nikt nie zastanawiał się na wydolnością wątroby, te mordobicia po których człowiek miał pozdzierane kostki i siniaki pod oczami. To było coś! To była nasza filozofia, lepsza niż każda inna, którą wciskano nam do łbów.

Mateusz bo tak ma na imię obecnie pracuje w prywatnym ośrodku badawczym Heer-Meneios w Berlinie, w którym zajmuje się interpretacją tekstów. Jak to sam mówi: nie interesuje go wyjaśnienie (Erklären), ale zrozumienie (Verstehen). Zwykle nie opowiada o pracy. Związany jest tajemnica wojskową (podejrzewam, że analizują jakieś teksty dla Bundeswehry jak w tym filmie: Trzy dni Kondora) ale tym razem już przy drugim kieliszku podsunął mi wydruk na oko jakieś 50 stron i zapytał:

– Znasz?
– Co takiego? odparłem, biorąc do ręki wydruk i zacząłem go przeglądać. Jak się okazało był to tomik wierszy th Edwarda Pasewicza, wydany stosunkowo niedawno przez kserokopia.art Jarka Łukaszewicza.
– Słyszałem o Pasewiczu i czytałem kilka jego wierszy gdzieś tam w internecie, ale jego książek nie miałem w ręku. A po co mi to dajesz?
– Pracuję nad nową formą interpretacji. Nazwałem ją hermeneutyką multimolekularną odpowiedział Mateusz dając jednocześnie znak kelnerowi, żeby przyniósł kolejne zmrożone dwie pięćdziesiątki.
– Multimolekularną? A co to za stwór? zapytałem.
– Żaden stwór odpowiedział lekko poirytowany Wyobraź sobie ciasto drożdżowe. Samo ciasto jest czymś, jest substancją, którą można umieścić w ramach pewnego dyskursu. Ale w ramach różnych dyskursów można umieścić też placek, który jest modusem ciasta drożdżowego. To samo można zrobić z rodzynkami, olejem, mąką drożdżami, cukrem i innymi składnikami, które się składają na ciasto drożdżowe. W ramach dyskursu można umieścić także cukiernika i gospodynie domową, która to ciasto robi, a tym samym uzyskać przejście do kontekstów, które wydają się odległe semantycznie od ciasta drożdżowego, ale przecież są z nim związane.
– Hmmm, a jak to się ma do tej multimolekularności? zapytałem.
– Do tego zmierzam. Chodzi o to, że w rzeczywistości świata kultury istnieją relację między elementami tego świata, jak i relacje między światem kultury i jego elementami…
– No, ale o czymś takim, tylko na gruncie formalnym to już Leśniewski dawno mówił wtrąciłem.
– Tylko, że w systemie Leśniewskiego relacja między całością a elementem ma charakter obiektywny, natomiast w mojej hermeneutyce molekularnej, relacje między kolejnymi molekułami są czysto subiektywne, zależne od sensu, który jest nadawany każdorazowo. Rozumiesz?
– Znaczy, nie chodzi tu o obiektywizm w jakiejkolwiek postaci, ani o relację między poszczególnymi molekułami, ale o samą interpretację, ten każdorazowy sens?
– Właśnie! wykrzyknął, czym zwrócił uwagę pozostałych gości w ogródku.
– OO to chodzi kontynuował ściszonym już głosem o to chodzi. Tu się liczy nie tekst jako molekuła, ani nie kolejne jego fragmenty, ale każdorazowy, subiektywny z natury, bo nadawany przez tego, kto interpretuje teks, sens będący na końcu multimolekułą. W każdej chwili może być on różny, każdorazowo będzie bowiem zależny od podmiotu. I tu nikt nie oczekuje na prawdę, choćby miała się nagle wyłonić spowita w anioły, jako właścicielka świata. Tu nie jest ważny także sens, ale podmiot ten, kto ten sens nadaje, jemu należy się cała uwaga.

Spoglądałem na Mateusza. Widziałem w tym momencie pasję w jego oczach, ten błysk Kolumba, który odkrywa nowy ląd. W jego pomyśle było coś przewrotnego. Gdyby uznać, że tekst jako taki w ramach hermeneutyki multimolekularnej odgrywa rolę drugoplanową, bo najważniejsza jest interpretacja, będąca produktem podmiotu, to okazuje się, że epicentrum tej teorii jest nie tyle człowiek, ale wytrenowany umysł ludzki, który tworzy interpretacje. Nieważne czy ma on do czynienia z tekstem złożonym czy prostym, ale przede wszystkim ostateczny produkt tego spotkania. Wątpię, żeby w tym momencie Mateusz miał jakieś skrupuły, odrobinę chrześcijańskiego egalitaryzmu. Oczywistą implikacją jego koncepcji hermeneutyki multimolekularnej jest elitarność umysłu interpretującego. Jak to on zawsze mawiał: Nie znajduję w sobie odrobiny nawet litości dla głupoty w obojętnie jakiej formie.
Hermeneutyka molekularna, o której opowiadał Mateusz, miała też wartość jako forma dialogu bynajmniej nie hermeneuty z tekstem, ale hermeneuty z własnym umysłem i przede wszystkim hermeneuty z środowiskiem. Tu najbardziej ujawniała się specjalizacja tej dziedziny. Można sobie wyobrazić kolejne poziomy interpretacji, kolejne połączenia odkrywane przez niezależne od siebie przecież umysły. Te różne subiektywności, które spotykają się przecież w ramach danej interpretacji, a która ciągle pozostaje wariacją na przykład na temat ciasta drożdżowego. Te multisensy na płaszczyźnie połączeń, znaczeń, linii myślowych. To wszystko przy odpowiedniej konstelacji mogło stworzyć intelektualne perpetum mobile, które raz wprawione w ruch za pomocą prostego zdania, będzie samonapędzało się przechodząc do multisensów, multiświatów w multiinterpretacjach hemrneutyki multimolekularnej

– Poszukaj strony siódmej odezwał się po chwili milczenia Mateusz pokazując na walające się na stoliku kartki pdf-u th Pasewicza Od tego miejsca zaczyna się Preludium, najwartościowsza część całego tomu, czyli dwanaście wierszy.
Znalazłem ten wiersz: Jak przegrać doskonale. Czytam pierwszą strofę:

Przestrzeń ma kształt tarki do buraków
Białko pisze. To nie jest list miłosny, to
deklaracja. Białko pisze i nie obchodzi
go autor, spin, myszko i śmierć z zazdrości.

– Wiesz już dlaczego koniecznie chciałem się z tobą spotkać na wódce? przerwał mi Mateusz.
Podniosłem głowę znad kartek. Spojrzałem na niego i zobaczyłem ten szelmowski uśmieszek na twarzy, który pojawiał się zawsze, gdy znajdował sobie ofiarę. Kogoś, kto mu się da wciągnąć w rzeczywistość dziwnych pojęć, całych zdań, rzeczywistość najdziwniejszych światów.
– Wiem, ale za wódkę ty płacisz! odpowiedziałem, przygotowując się na długą przeprawę przez matń dwunastu wierszy Pasewicza. Miałem apodyktyczną pewność, że Mateusz nie okaże mi litości, że jak wciągnie mnie do swej sieci, to jedyny możliwy ruch może odbyć się tylko według zasad samej sieci. Chyba udzieliło mi się coś z lekcji Sacher-Masocha. Wypiłem kolejny kieliszek lodowatej wódki. Przyczaiłem się, czekałem.

siec-i-siec.jpg

Kategoria: Bez kategorii | Komentarze »

Wiersz z sieci: Ilionowski, Rewolucja III

5 września, 2008 by

Ilionowski, Rewolucja III

pani basia z mięsnego, przeliczając utarg dzienny zastanawia się nad zyskiem
oblicza najpierw brutto, następnie netto. dobrze, że mam rozum pomyślała
a myśląc to, jako podmiot, który właśnie myśli westchnęła już na głos
lecz pod nosem: tylko logika może nas ocalić. w tzw. międzyczasie
(który powinien być kategorią filozoficzną) obraca w palcach pięciozłotówkę, czyli:
chleb, mleko i jedna berlinka. nagły błysk teorii wartości (nie tej dodatkowej)
przysłonił jej ocenę rzeczywistości o tym nie pisał nawet marks.

mam nadzieję, że wiesz, że to nie był nawet wstęp, że tak jak ja czujesz dyskomfort,
że masz świadomość, że zanim napisze się w wierszu: że trzeba powiedzieć coś ważnego,
że szkoda wersów marnować na samo że. to samo dotyczy jak. odwróć się wstecz
a we wsteczu zobaczysz tylko wersy pisane młotem, bo tak je należy pisać tracąc palce
i żeby nie rozwlekać się długo w tej strofie: na chuj wam czarne płaszcze?

te ckliwe środki wyrazu, aureola duchowa, niebieskie żyłki pod pergaminową skórą
na dłoniach, są dobre gdy chcesz zrobić palcówkę dziewczynce z liceum, która
nie miała jeszcze kutasa między nogami. tu nie o palcówkę jednak się rozchodzi,
lecz o prawdę. krytyk odpowie, że właśnie prawda jest między udami zgoda
niech krytyk ten sam jednak też doda, że prawda ta czasem śmierdzi śledziami.
rysunek1.JPG

Kategoria: Bez kategorii | 3 komentarze »

Robert Rybicki – poeta prawdziwy prawdę wyczerpujący

4 września, 2008 by

Kiedy swoim czarnym BMW 750iL, z pomocą trzystu koni mechanicznych pokonywałem odcinek Frankfurt / Oder Berlin, już na wysokości pierwszego rastplacu dała znać o sobie fizjologia. Przyautostradowe niemieckie kible są całkiem, całkiem. Estetyka stali szlachetnej w takim miejscu oprócz wrażenie czystości ma jakiś swój urok. Miałem szczęście, kabina była pusta. Mogłem spokojnie zamknąć się i skoncentrować na odlewaniu się. Nie ma nic gorszego niż lanie w pisuar. Ni chuja nie mogę się skoncentrować, zwłaszcza gdy gość obok stoi i pogwizduje. Mogę wówczas tak stać latami, zmuszać swój styrany nieustannym padnij-powstań gruczoł krokowy, do tego by się rozluźnił, a i tak nici będą z odlania się. Rozpinam rozporek i leję. Jest błogo, zwłaszcza w fazie środkowej, kiedy naprężony do granic wytrzymałości pęcherz rozluźnia się, kiedy strumień moczu ma największe ciśnienie.
W tej właśnie fazie ekstazy stało się coś dziwnego. Otóż błądząc ekstatycznym wzrokiem po ścianach kabiny ujrzałem taki oto napis, starannie wykaligrafowany wodoodpornym markerem:

Kim jesteś Europejczyku? Ty, który nie znasz mądrości Chiwiego z Balchy?

Czy to nie ten śmiałek, który jako jeden z pierwszych, jeszcze przed Spinozą rzucił się na bezsensowne przepisy biblijne? pomyślałem. Ale nic. Skończyłem rytuał oddawania moczu, otrzepałem sisiora, wytarłem go jeszcze papierem toaletowym tak na wszelki wypadek. I odjechałem, całkowicie zapominając o tym klozetowym graffiti.

Całe to zdarzenie przypomniałem sobie stosunkowo niedawno, kiedy to brnąwszy przez Nową okolicę poetów, (ten sam numer, w którym to redaktor Napiórkowski opublikował z litości dla dyslektyka poezję dyslektyczną) wiersze Roberta Rybickiego. Nie wiem jaka byłaby twoja reakcja drogi czytelniku, ale kiedy moje oko napotkało pierwszy wers Kupki Rybickiego:

Leci samolot oka. Gałka oczna ze skrzydłami

westchnąłem: O ja pierdolę! Tak, tak. Nie wstydzę się swojej reakcji. Mama zawsze powtarzała: Synu nie wstydź się swoich uczuć. Dlatego też spowiadam się w tej właśnie chwili ze swojego ojapierdolizmu, który dopadł mnie z siłą błyskawicy w trakcie lektury wierszy Rybickiego.

Ale jaki jest związek między ojapierdolizmem, mądrościami Chwiego z Balchy a twórczością Roberta Rybickiego z Nowej okolicy poetów? Odpowiedź jest jedna: bezsens rozumiany nie jako non-sens, ale jako bzdeciszcze. Oto pierwsza strofa Kupki, w całości (by nie być posądzony o intencjonalność cytowań):

Leci samolot oka. Gałka oczna ze skrzydłami
Dzień dobry. Mężczyzna z psem, oczywiście,
wybierał się na przełaj łąki, ciągnąc za sobą
chybotliwy cień aż po horyzont wschodu.

Na uwagę zasługuje tu po pierwsze udane, żeby nie powiedzieć wzorowe, zastosowanie reguł poetyki enteryzacji, co już apriori unieważnia pytanie o sens. Ale przecież chciałoby się podyskutować z wierszem, z poetą, z podmiotem lirycznym. Chciałoby się nawiązać jakąś formę dialogu z lekturą. Owo czystoludzkie, prozaiczne chcenie jest źródłem pytania: co poeta chciał powiedzieć. Zanim okaże się, że nic, to należy pokonać pewien dystans intelektualny, określany jako refleksja.
Oto dekonstrukcja pierwszej strofy:

Leci samolot oka. poeta lubi zestaw LEGO Anathomy pomieszany z LEGO FlyFight

Gałka oczna ze skrzydłami jeszcze lepszy jest dwunastnica w wersji pancernej na gąsienicach z M1A2 Abrams.

Dzień dobry. Dzień dobry. Interakcja z czytelnikiem.

Mężczyzna z psem cóż za stereotyp. Niby faceci wyprowadzają pieska i śmieci, a baby gotują?
oczywiście, acha! Ponownie interakcja z czytelnikiem, który burzy się co do stereotypów.

wybierał się na przełaj łąki, a gdzie hasło: nie niszcz zieleni! Normalnie na świecie trawniki są po to by się na nich wylegiwać, tylko w Polsce służą do tego by psy na nich srały.

ciągnąc za sobą
chybotliwy cień
a to poetycka wariacja na temat czołówki z Lucky Luckea, w której kowboj jest szybszy od swojego cienia w pojedynku na rewolwery.

aż po horyzont wschodu. tutaj poeta pozostawia szerokie pole do interpretacji. Wers można odczytywać w połączeniu z wariacją na temat dziecięcej kreskówki o kowboju, albo w zgoła innym kontekście, a mianowicie jako Horizont des Seins.

Jednak myli się ten, kto uważa, że wątek LEGO, Lucky Luckea będzie kontynuowany w kolejnej strofie tego wiersza. Oto druga strofa:

Na jednej ze współrzędnych, wymacanej
przez pryzmat satelity, wehikuł obracał
bezprzewodowym spojrzeniem kamery
ze skrzydłami. Empatia sztucznych tworzyw

W tej strofie także nie zaskakuje enteryzacja. Ale: o co poeta chciał powiedzieć?.
Nie sądzę by pod pryzmatami satelit (co to za bzdura!), wehikułu obracanego bezprzewodowym spojrzeniem kamer (ibidem) poeta odwoływał się do freudowskich archetypów, czy do ideologii starwas. W zasadzie nie istnieje żadna interpretacja tej strofy, która mogłaby dowieść istnienia lichego chociażby spoiwa między strofą dwa i jeden Kupki Rybickiego.

Oszczędzę czytelnikom strofy numer trzy, która co nie powinno na tym etapie rozważań o wierszach Rybickiego zaskakiwać będzie o trującej się puszce w zaułku. Oszczędzę też kolejnej, w której Rybicki będzie pisał o książkach z kamienia. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na ostatnią strofę Kupki. Oto ona:

dla Logosu. Zdecydowanie bardziej
medialnie wyglądają stosy płonących książek
Dzięki dramaturgii płomienia Słowa zyskują
na tymczasowości. Dorzućcie, bo zimno.

Strofa ta zwraca uwagę z dwóch powodów. Po pierwsze: naoczny jest w niej pewien przekaz. Wzmocniony wprawdzie nieudolnym odwołaniem się do archetypów kulturowych jak Logos i Słowo (Rybickiemu przydałyby się korki z filozofii), ale jest. Po drugie, w strofie tej Rybicki zorientował się, że do tej pory nie miał pomysłu na ten wiersz, że dopiero ostatnia strofa ma względną wartość, że to, co do niej dodał, to sieczka którą sam określił jako Kupka.

I właśnie mimo transparentnego bezdeciszcza i poetyki enteryzacji, Kupka Roberta Rybickiego zasługuje na pochwałę. Rzadko w polskiej poezji współczesnej mamy do czynienia z veritas rozumianą jako adequatio tytułu i treści. Rybicki jest w tej kwestii bezpardonowo szczery z czytelnikiem, nie owija w bawełnę. Chciałoby się rzecz: obwieszcza wszem i wobec, że to jest literalna Kupka, naigrywając się z tych, którzy zignorują mądrości Chiwiego z Balchy.

O tym, że nie należy ignorować przekazów zawartych w tytułach wiedzą wszyscy, nawet ci, którzy w sławnych poetyckich *** doszukują się tajemnic kosmicznych. Ale w poezji Rybickiego relacja między tytułem a treścią wiersza, jest czego doświadczyliśmy na przykładzie Kupki totalna. Oto w kolejnym wierszu, pt. Wytrzymałość Rybicki-Poeta zaprasza czytelnika do gry, która polega na sprawdzeniu osobniczej wytrzymałości na bzdet. Serwując takie perły nonsensu jak: wojaczkowskie mięso wciągające dym, (które może i miałoby sens w konwencji naturalistycznej, którą przekreśla Rybicki Słowem oj, głupi, głupi poeta!) coraz bardziej dokuczający wzrost cen twarzy, kamienie leżące na scenie.
Tu ponownie należy pochwalić Rybickiego za adequatio. Trudno wytrzymać nachalny kontekst wojaczkowski, trudno wytrzymać serwowane kolejne perły nonsensu, w końcu trudno wytrzymać ze śmiechu.

W kolejnych tekstach Rober Rybicki jest także szczery. Apogeum szczerości jako adequatio, tym razem nie tylko treści i tytułu, ale relacji poeta-Rybicki jego dzieło odnajdujemy w tekście: Mówię:. Istotnym zaburzeniem semantycznym byłaby każda próba odnalezienia sensu w tym tekście. Najważniejsza jest tu konkluzja: Język jest bez sensu. Otóż Rybicki wydaje się być dojrzałym twórczo, dlatego stara się wejść w bezpośrednią relację z czytelnikami. Wprowadza w taki układ, w którym brak różnicy między podmiotem lirycznym a autorem. Mówię: język jest bez sensu za ten przekaz Rybickiemu należy się piątka. Zdefiniował on perfekcyjnie swój język, poetykę bzdeciszcza oraz enteryzacji. Z tego powodu chociażby należy mu się czołowe miejsce w panteonie polskich poetów współczesnych.
nu-zajc-nu-pagadi.jpg

Kategoria: Bez kategorii | 3 komentarze »

Mariusz Appel apeluje o nową poetykę enteryzacji.

3 września, 2008 by

Dziś rano, około godziny 6.48 zadzwonił do mnie kolega z Moskwy, Griszka. Griszka specjalizuje się w dziedzinie badawczej, którą na marginesie on sam powołał do życia, a mianowicie: poetyką enteryzacji. Co to takiego, o tym za chwilę. W każdym razie zadzwonił do mnie i mówi:
– Priwiet, znajesz li ty nowyj tiekst iz tonicu waszeigo poiety Applu?
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Czy przyznać się, że nie znam co byłoby zgodne z prawdą, ale przyznając się wyszedłbym na ignoranta. Czy może skłamać, że znam, ale wówczas groziła mi specjalistyczna dyskusja telefoniczna z Griszką, w której dostałbym po intelektualnych jajach. Tak czy siak dupsko zawsze z tyłu czyli: klasyczny konflikt tragiczny. Dla jasności dodać muszę, że wszyscy moi koledzy, nawet ci niewidoczni, posiadają zadziwiająca możliwość czytania w myślach. Dlatego Griszka nie dopytywał się więcej, przesłał mi faksem kilka stron tekstu. Okazało się, że były to dzieła niejakiego Mariusza Appla, pochodzące z tomu : tonic, a które opublikowano także w Czasie kultury.
Przeczytałem je najpierw pobieżnie, później studiując dokładnie tekst o jakże wymownym i wieloznacznym tytule: trujka, doświadczyłem augustiańskiej illuminacji. W jednej chwili poznałem przyczynę, dla której Griszka o tak barbarzyńskiej porze napadał mnie i maltretował mój faks. Oto pierwsza strofa:

blady siedział i czytał mastertona krew
odpłynęła z twarzy ubarwiając strony
zwykły kurs linii 195 nic sensacyjnego
by się nie wydarzyło gdyby nie zaczął mówić

To jest pierwsza strofa trujki w wydaniu Appla. Griszka, jako badacz poezji o niebywale analitycznym umyśle (wiedzieć należy, że ród Griszki wywodzi się z prostej linii od Tarskiego, Leśniewskiego i Goedla a ze strony babki ciotki siostry, od samego Leona Chwistka) sformułował prostą, ale w istocie genialną tezę: Enter wiersza nie czyni. W myśl owej zasady zaczął analizować teksty wielu poetów nie ze względu na treść ale użycie klawisza ENTER, który jak wiadomo służy do robienia wersów czy strof. Wyniki badań były zatrważające. Okazało się, że użycie klawisza ENTER w poezji prowadzić może do poetyki enteryzacji. Niektórzy bowiem poeci, są przekonani, że stosując czysto stochastycznie klawisz ENTER w dowolnym tekście, są w stanie stworzyć wers a w konsekwencji cały wiersz. Weźmy taki oto przykład:

doprowadzenie gazu czadnicowego albo systemem kanału ceramicznego, obwiedniego lub rurociągu obwiedniego, napowietrznego systemu kaskadowego dla ochrony przed zanieczyszczeniem smołą [ Poradnik Ceramiczny, (red.) Ignacy Płoński, Warszawa 1963, s.445.].

Tekst ten w ramach poetyki enteryzacji będzie wyglądał tak:

doprowadzenie gazu
czadnicowego albo
systemem kanału
ceramicznego, obwiedniego

lub rurociągu
obwiedniego, napowietrznego
systemu kaskadowego
dla ochrony przed
zanieczyszczeniem smołą

Ale jak to się ma do tekstów Mariusza Appla, którymi zainteresował się mój Griszka.
Otóż kiedy Griszka sformułował główna, negatywną zasadę poetyki enteryzacji, środowisko dekonstrukcjonistów podjęło się dekonstrukcji (bo cóż innego mogliby robić dekonstrukcjoniści) tzw. tekstów zenteryzowanych, czyli mówiąc wprost: zaczęli oczyszczać literaturę z nadmiernej ilości enterów. W tym momencie każdy uważny czytelnik zadać powinien pytanie: a jak rozróżnić tekst zenteryzowany od normalnego. To bardzo proste drogi czytelniku. Enteryzacja to losowe użycie przycisku ENTER. Innymi słowy, czytasz sobie tekst, czytasz, czytasz a tu nagle on się urywa, chociaż do końca krawędzi strony jeszcze tyle miejsca zostało. Mało tego urywa się tak bez sensu, bez żadnego znaczenia. Urywa się tak, jakby najwazniejsze było owo urwanie, czyli wstawienie ENTER. Weźmy jeszcze raz pierwszą strofę: trujki Appla:

blady siedział i czytał mastertona krew [enter]
odpłynęła z twarzy ubarwiając strony
zwykły kurs linii 195 nic sensacyjnego [enter]
by się nie wydarzyło gdyby nie zaczął mówić

Na przykładzie pierwszych dwóch wersów widać wyraźnie bezsens użycia ENTER, między tymi wersami jest tylko czysta mechanika. Usuńmy te enterki i co się okazuje?

blady siedział i czytał mastertona krew odpłynęła z twarzy ubarwiając strony zwykły kurs linii 195 nic sensacyjnego by się nie wydarzyło gdyby nie zaczął mówić”

Zagadka dla czytelnika. Przytoczę teraz drugą i trzecią strofę trujki Mariusza Appla, ale tym razem w wersji zdeenteryzowanej. A ty drogi czytelniku powstawiaj sobie entery tam gdzie chcesz, twórz wersy i strofy według własnego widzimisię i najważniejsze: nie martw się o sens! W poetyce enteryzacji sens nie ma żadnego znaczenia, tu najważniejszy jest ENTER.

Oto obiecany fragment:

zamiast strun głosowych mam końskie włosy i ginekomastię piersi wybrzuszają mi się jak dusza wychodząca z futbolówki kiedy puszczą szwy matka hoduje na języku garbniki zlizuje śmierć z martwych zwierząt wyprawia ich skóry na tamten świat elastyczne i miękkie

Jak się przekonałeś drogi czytelniku, tu nie sens, ale ENTER tworzy wers, strofę i wiersz. Oczywiście wszystkie kolejne teksty Appla opublikowane w Czasie kultury (3-2008) zbudowane zostały w oparciu o zasady poetyki enteryzacji. Zachęcam wszystkich, którzy chcą się zapoznać z nie tyle z tekstami Appla, ale z tajnikami koncepcji Griszki, do zabawy. Warto, warto, bo zabawa przednia ale nie tylko. Poetyka enteryzacji ma niebywały kontekst egalitarny, ba! Nawet ponadgatunkowy. Spełnia się tu ukryte pragnienie singerowskiej etyki. Oto bowiem małpa, owieczka, koza a nawet kura, kiedy się jej pokaże jak w ENTER klikać stanie się poetą. Czyż to nie wspaniałe!?
nu-zajc-nu-pagadi.jpg

Kategoria: Bez kategorii | 8 komentarzy »

Padaka po Padzie i pad na pysk czyli Dariusz Pado i jego rymowanki.

2 września, 2008 by

Na początek zagadka:

Czym się różni poeta-hetero od poety-homo? Odpowiedź jest prosta: poeci-homo okolice intymne mają dosłownie w dupie. Innych różnic nie ma, zwłaszcza jakościowych jeżeli mówimy o poezji. Czy Hawking byłby Hawkingiem, gdyby był pełnosprawny fizycznie? Butelka wódki przeciwko szklance mleka, że tak! Ale oto w Nowej okolicy poetów (26-27), publikuje nie byle kto! Ale przede wszystkim: dyslektyk! Redaktor nieszuflady! adwokat! Proszę Państwa! Oto on! Oto Darek dyslektyk Pado!

Czytając notki o autorach (a czytałem je przed tym, jak zabrałem się za wiersze w tym numerze) zastanawiałem się po jakiego wała ktoś ogłasza: Uwaga! Jestem dyslektykiem!
Zrozumiałbym taką oto notkę biograficzną: Uczłowieczony od trzech lat szympans, piszący wiersze. Starając się dociec intencji biografa Dariusza Pado, który zdaje się uważał za konieczne poinformowanie każdego czytelnika, że Pado jest dyslektykiem, przekartkowałem Nową okolicę poetów na stronę 90. Tu odważny wydawca wydał całe dwa wiersze Darka Pado.
Żeby nie przeciągać, żeby nie pastwić się dłużej nad zniecierpliwionym czytelnikiem, który chciałby poznać specyfikę poezji dyslektycznej, która przecież musi się róznić jakościowo od poezji w ogóle, oto pierwsza strofa wybitnego tekstu: Krzyż krzesło stryczek.

jeśli jesteś to jesteś / w drzewie skulony/ w pierwszym słoju //

Tak, tak. To jest pierwsza strofa. I wbrew pozorom nie przedstawił w niej poeta charakterystyki stanu larwy szkodnika drewna, zwanego kołatkiem. Nie było też intencją przedstawienie okresu prenatalnego mitycznych derwiszy, którzy wierzyli w magię drzew. Łatwo sobie wyobrazić te wypolerowane dziuple, tych spoconych derwiszy, robiących konkurencję dzięciołom, i te skulone (cóż za fatalny przymiotniczek!) embrionki w pierwszym słoju. Ale porzućmy te naiwne interpretacje, w których odpowiedzi szukamy w mitologiach.
Mój uczony kolega z Marburga, co to znany był w młodości, że pół litra wina wypija w niespełna 9 sekund, kiedy dałem mu do lektury owe dzieło, wysłał mi telegram z jednym pojęciem, które ma być kluczem do tekstu: logika-metafizyczna. I oto eureka! Teraz mnie olśniło, że strofa ta jest na wskroś metafizyczna, bo czymże jest owo: jeśli jesteś to jesteś, to przecież podstawowe pytanie o bycie, ale nie tylko. To przecież magiczna formuła identyczności, pierwszy aksjomat logiki. A wiemy, że w twórczości Darka, każdy element biografii, włącznie z dysleksją jest ważny. Wracając do aksjomatu identyczności, czyli: A=A, Darek jako prawnik przebrnął przez logiczny fakultet i teraz przetwarza ową wiedze logiczną w wersy co tylko dyslektyk uczynić potrafi.

Pocą mi się dłonie, czoło i prawa pacha. Jeżeli dyslektyk jest metafizykiem, logikiem, badaczem mitów w pierwszej strofie, to co mnie czeka w drugiej? Czy mój umysł czytelniczy nadąży za dyslektyczną poezją? Czy podołam owej jakości? A co mi tam! Czytam dalej:

jeżeli jesteś to byłeś / we mnie wrzucony / w pierwszym słowie //

Tak, tak. Znowu logika, tym razem alternatywa logiczna w odmianie egzystencjalnej.
W tej jakże bogatej w znaczenia, a ubogiej w słowa strofie zawiera się mądrość z podręcznika dla logików Barbary Stanosz i któryś tam rozdział z Batoga.

Kolejna strofa jest kolejną wypadkową fakultetu z logiki. Nie będę zatem jej przytaczał, czytelnik znajdzie jej rozwinięcie we Wprowadzeniu do logiki formalnej. Podręcznik dla humanistów, Barbary Stanosz. Przyznać należy, że rymowanka Krzyż krzesło stryczek jest ciekawą pomocą dydaktyczną w poznawaniu zasad logiki formalnej. Dla dociekliwych czytelników proponujemy zabawę z logiczną negacją. A mianowicie powstawiać przeczenia w wersach: 1, 4, 7. Zabawa gwarantowana!

Kolejny dzieło dyslektyczne, opublikowane w Nowej okolicy poetów ma także walor dydaktyczny. W rymowance pt. Kozioł (juz sam tytuł powinien nasuwać pewne implikacje z pogranicza demonologii) Pado przedstawia wersję kainowskiego bratobójstwa w wersji dla: wierzących w niego. Kim jest on? tu można sobie wstawić dowolny desygnat, madrośc dyslektyczna pozwoliła uniknąć wielkiej litery, a tym samym powiększyć zbiór potencjalnych możliwych desygnatów pojęcia on w nieskończoność. Niech moim onym będzie myszka miki. Chociaż zagadka z pierwszej strofy Kozła pozostanie na zawsze nierozwikłaną tajemnicą. Oto ona: kim jest zabity syn mojego ojca? dla uproszczenia Pado dodał: przecież zabito już tylu synów.
Pado zdaje się być tu nie tylko prorokiem religii bez boga, ale recenzentem podziemnego światka aborcyjnego. Gratulacje za takie społeczne zaangażowanie dla poety, który przecież jako prawnik musiał doświadczyć kiedyś ogromu tego problemu na sali sądowej.

Kolejne rymowanki Dariusza Pado nie rozczarowują. Utrzymane są w manierze Kozła oraz Krzyża. Pado-dyslektyk, Pado-prawnik, Pado-redaktor stara się przekonać czytelnika, że jest poetą. Jeżeli w kolejnym tomie, w wierszu pt. Zaświadczenie Dariusz Pado opublikuje kseroksa z opinii wystawionej przez Poradnię Psychologiczno-Pedagogiczną o jego dysleksji, to będzie to najlepsze dzieło Pady. Zachęcam do tego.

nu-zajc-nu-pagadi.jpg

Kategoria: Bez kategorii | 1 Komentarz »

wiersz z sieci: Ilionowski, Rewolucja II

1 września, 2008 by

Autor: Ilionowski, Rewolucja II

nie nie nie jestem inny
jestem z wami chcę jak wy
razem z wami żreć wpierdalać
brać garściami. żyć.

uwaga: jestem niewinny.

Pani w kącie pani się oburza?
Pani: pacz panie bydlę nas podbóża!

tak tak także i ta strona
strona moja (lub mnie) nie jest od was różna
jest moja jest wasza jest w tym miejscu
równa jest próżna

Tu i teraz bez zwłoki następuje: dość.

powtarzajmy razem:
tu jest kropka.
tu jest koniec
tu się nowe zaczyna

powtarzajmy póki ktoś nie krzyknie: dość
miast gadać w mordę trzeba lać.
chcesz się bić? chcesz? chcesz się bić?
czy gnić i żyć czy gnić?

jez-red1.jpg

Kategoria: Bez kategorii | Komentarze »

Dalej »